Czy nadszedł czas zawiązania konfederacji?

“Publiczna niezgoda na aferę wyborczą powinna być elementem jednoczących wszystkich, którym zależy na budowie prawdziwej Rzeczpospolitej. Państwie będącym wspólnotą polityczną obywateli. (…) Wysiłek ten powinni podjąć „wszyscy, którym leży na sercu dobro Rzeczpospolitej” “.

Już za kilka dni minie równo miesiąc od czasu, kiedy wszyscy staliśmy się świadkami tragikomicznego spektaklu – wyborów samorządowych Anno Domini 2014. Z jednej strony to w sumie mało, jednak z drugiej – wręcz przeciwnie, gdyż z czasem emocje zdążyły opaść, zapał przygasł, a dla coraz większej rzeszy osób to już tylko dawno przebrzmiałe wydarzenie medialne. Przyszło nagle, rozpaliło cały kraj, a następnie ustąpiło miejsca innym. W końcu jakoś to wszystko dalej idzie… No bo spójrzmy – przecież dla wielu Polaków „w sumie nic takiego się nie stało”.

Stało się jednak wiele, mimo iż „mainstream” chciałby, żeby „gorączka powyborcza” już całkowicie ustąpiła miejsca „gorączce świątecznych zakupów”. Taki obrót spraw byłby jednak dla nas, jako wspólnoty – fatalny. Tym bardziej, że nie chodzi tu faktycznie o żadne emocje, ale o konkretne fakty, które godzą w naszą wspólnotowość. Można wskazać co najmniej kilka głównych argumentów za tym, żeby nie tylko poważnie potraktować tę sytuację i rozpocząć wielką debatę na rzecz „poprawy Rzeczpospolitej”, ale wręcz za tym, żeby tak skandalicznie przeprowadzonych wyborów nie uznawać.

„Elity” zawiodły

Należy zacząć od tego, że siły polityczne – szczególnie te będące u steru rządów – powinny były dążyć do wyjaśnienia sytuacji i przezwyciężenia kryzysu u samych jego początków. Zrezygnowano z tego. W zamian, jakąkolwiek elementarną krytykę traktowano jako popadanie w „odmęty szaleństwa”, czy atak na fundamenty demokracji. Gazeta Wyborcza pisała o tym, że to „awanturnicy chcą nam zepsuć święto demokracji”. Pytanie dlaczego, skoro teoretycznie wszystkim powinno zależeć na tym, by jedna z fundamentalnych podstaw ustrojowych Polski została zachowana. Wezwania do wzięcia odpowiedzialności za kompromitację i dymisję członków Państwowej Komisji Wyborczej skrytykowano. Nie mówiąc już o takich spontanicznych inicjatywach, jak organizowane głównie przez młodsze pokolenie marszów i pikiet, a już szczególnie – w przypadku demonstrowania w budynku PKW.

„Sfałszowali!”

Kolejną sprawą są różnego rodzaju fałszerstwa na poziomie lokalnym. Na jaw wyszedł szereg praktyk, które polegały zarówno na kupowaniu głosów, jak i na przymykaniu oczu na jawne naruszenia. W okresie liczenia głosów informacje na ten temat pojawiały się niemal codziennie. Dotyczyły zarówno braku poszanowania symboli państwowych (urny z kubłów na śmieci z naklejonych godłem lub owiniętych flagą RP), jak i uzasadnionych podejrzeń o nepotyzm przy obsadzaniu komisji wyborczych, kupowania głosów „za wódkę”, czy braku kontroli nad procesem liczenia głosów w komisjach. Doszło nawet do tego, że na stronie PKW podmieniono protokół z wynikami wyborów do jednego z sejmików wojewódzkich, gdzie dane liczbowe wykazywały znaczne niezgodności. Być może skalę problemu poznamy niebawem, gdyż sądy już zacznają odnosić się do licznych zgłoszeń o nieprawidłowościach. Chyba, że „tak się jakoś ułoży” i większość z nich nie dopatrzy się żadnych rażących uchybień. Szczególnie wówczas, gdy nieprawidłowości „nie znaczącego wpływu na wynik wyborów”. Wówczas wszystko „się przyklepie” i „jakoś pojedziemy dalej”. W końcu po co czynić niebezpieczne precedensy…

System zawiódł

Ważne było też to, że cały system liczenia głosów był na tyle wadliwy, że doszło do ogólnokrajowego paraliżu. Ponadto wykazano, że był on nieszczelny. Dochodziło do udanych prób włamywania się do niego (z wykorzystaniem m.in. kodu źródłowego, umieszczonego dzień przed wyborami na tzw. GitHubie), co jeszcze pogłębiło skalę kompromitacji. Z tego co wiadomo, próby te nie były szkodliwe, choć informatycy, którzy zdołali przyjrzeć się systemowi „od środka”, wskazywali na szereg błędów zawartych w jego kodzie, które oceniali jako typowe dla niedoświadczonych studentów.

„Ale głupi ci …”

Obłudą było przyjęcie przez część mediów i przedstawicieli obozu rządzącego przewrotnej narracji: wmawiania obywatelom, że sami są sobie winni. „Co najmniej kilkanaście procent ludzi nie potrafiło zrozumieć prostej instrukcji wyborczej. Teraz najpewniej Ci sami uważają, że wybory sfałszowano. Znaleźli sobie nowy Smoleńsk”. Tego rodzaju pogardliwe opinie można było znaleźć w szeregu miejsc – szczególnie w Internecie. Starano się pokazać, że tak naprawdę winny jest ów mityczny, tępy ciemnogród, który nie jest w stanie zrozumieć prostych instrukcji wyborczych, a za własne nieuctwo obwinia cały świat. Okazuje się jednak, że sytuacja wygląda zgoła inaczej. Dość proste analizy statystyczne pokazują bowiem, że rozkład głosów nieważnych zadziałał bardzo mocno na niekorzyść PiS, a w dużo mniejszym stopniu na PO. Z kolei PSL jako jedyny zyskał na takiej sytuacji.

Pomińmy już komentarze dotyczące wyborów w dwudziestoleciu międzywojennym, gdzie mimo faktycznego analfabetyzmu części społeczeństwa odsetek głosów nieważnych był mniejszy. „A może posłuchali co poniektórych, i na złość oddali głosy nieważne?”. Też nie, co udowadnia ogólna tendencja zysków i strat. Gdyby ludzie rzeczywiście „posłuchali” i w ten sposób zaprotestowali, to głosy nieważne byłoby z pewnością znacznym odsetkiem całości, ale na pewno nie doprowadziłyby do tak wyraźnej zmiany wyniku wyborów. A szczególnie – mega-sukcesu PSL.

Naruszony fundament

Jednak jedną z najpoważniejszych konsekwencji tej afery jest właśnie to, że podważono fundament ustrojowe RP. Nawet przyjmując założenie o absolutnej wyższości idei reprezentacji politycznej należy zauważyć, że owa realna reprezentacja została zakłócona. Czy wpłynie to budująco na ludzi? Przyczyni się do wzmocnienia fundamentów ustrojowych III RP? Nie sądzę, a nawet jestem przekonany, że skutkiem zaniechania jakichkolwiek prób naprawy sytuacji będzie jeszcze większa erozja społeczna. Według komentarzy odnoszących się do publikowanych sondaży, „jedynie” około 20% Polaków uważa, że wybory powinny zostać powtórzone. Przeciwnego zdania jest „aż” 40% ankietowanych. Według takich osób jak np. Jacek Żakowski to świetna wiadomość. Problem w tym, że te 20% to co najmniej o kilkanaście punktów procentowych za dużo. To nie jest „mały problem” – to czerwone światło ostrzegawcze, świadczące o kryzysie polskiej polityki.

Państwo „zdało egzamin”

Wreszcie – niemoc instytucjonalna, którą wszyscy mogliśmy ujrzeć w całej okazałości. Sposób wydawania pieniędzy publicznych jest skandalem samym w sobie. Prawie pół miliona złotych wydano na system pełen luk i niedoskonałości. To niemal stukrotnie mniej, niż na niesławny portal dla bezdomnych. Przetarg okazał się być fikcją, którą do samego końca starano się przypudrować. Całość „przyklepano” i dopuszczono do użytku na zasadzie „jakoś to będzie”.

Owszem, w pewnym sensie jest to związane z co najmniej wadliwie funkcjonującym systemem przetargów publicznych, jednak w tym przypadku nie można kwitować sprawy takim uproszczeniem. Przede wszystkim dlatego, że w przetargu (rozstrzygniętym na trzy miesiące przed terminem wyborów!) zadecydowała nie najniższa cena, ale… brak innych oferentów. Podobnie było w przypadku przetargów ogłaszanych przez część urzędów marszałkowskich na druk kart do głosowania. Wykazano również powiązania przynajmniej zwycięzców z PSL.

Co z naszą wolnością?

Czy w obliczu tego wszystkiego, w obliczu konsekwencji skandalu wyborczego, możemy powiedzieć, że posiadamy rzeczywistą wolność polityczną? Że mamy wpływ na to, co się dzieje w naszej Ojczyźnie? A może właśnie tę wolność przegrywamy? Stanie się tak wówczas, jeśli w duchu zgodzimy się, że po prostu stało się to, co stać się musiało. Tylko, że nie ma już żadnych pozorów – nie jesteśmy jakimikolwiek uczestnikami polskiej polityki. Polacy stali się nie mięsem armatnim, ale mięsem wyborczym – masą, którą można dowolnie kształtować, której opinie w zasadzie nie mają większego znaczenia. Zużyje się – ok, trudno. W końcu najważniejsze, żeby jakoś to wszystko przepchnąć.

Odarci z nadziei

W pewnym sensie już przegraliśmy – w skali całego kraju uznanie nieważności wyborów jest nie tyle mało prawdopodobne, co w zasadzie (i prawnie) niemożliwe. Owszem, tysiące ludzi wyszło na ulice. Aż tyle, i tylko tyle. No bo skoro nic to nie dało, to po co to wszystko, na co? Na myśl może przyjść sytuacja z tzw. sprawy 6-latków. Stosunkowo mało osób zauważyło pewien fenomen – sprawa ta spowodowała oddolną mobilizację wielu ludzi. Poświęcali oni nieraz bardzo wiele, żeby pomóc, bo wierzyli w cel tej inicjatywy. Wierzyli, że jeśli uda im się wnieść sprawę do parlamentu, to nawet przy braku aprobaty możliwa będzie ogólnonarodowa debata. Stało się inaczej – po krótkich deliberacjach projekt wylądował w koszu. A wraz z nim – ciężka praca i wyrzeczenia tysięcy ludzi. Efektem było ogólne rozczarowanie, które spowodowało, że wielu zaangażowanych uległo wielkiemu rozczarowaniu i dla działalności publicznej zostało bezpowrotnie straconych. Teraz może być podobnie. Nie chodzi tu o znane twarze czy „pół-etatowych” działaczy – mamy na myśli zwykłych ludzi, których oddolna partycypacja miała być czynnikiem budującym lepszą Polskę. Wówczas to zniszczono. Wygląda na to, że i tym razem sytuacja może się powtórzyć. Co prawda teraz dzięki działaniom obywatelskim udało się osiągnąć pewne sukcesy – odsunięto w czasie zniszczenie samych kart do głosowania i umożliwiono sprawne składanie protestów wyborczych. To bardzo dużo, ale jeżeli niebawem wszystko skończy się tak, jak w przypadku „sześciolatków w szkołach”, straty społeczne i frustracja będą nieuniknione.

Co z tym marszem?

Co w tym wszystkim może przynieść zbliżająca się wielkimi krokami manifestacja 13 grudnia? Może być wyraźnym głosem sprzeciwu narodu, który nie godzi się na traktowaniu całej afery tak, jak gdyby nic się nie stało – głosem skupionym w jednym miejscu, zamiast w kilku (jak w przypadku akcji tuż po wyborach). Zdaniem niektórych komentatorów sympatyzujących z PiS, Jarosław Kaczyński miał słuszność, kiedy dystansował się od licznych wystąpień w całym kraju, gdyż dopiero teraz przyszedł dobry moment na głośny i zorganizowany protest. Ale z drugiej strony – jeżeli nie pójdą za tym żadne konkretne działania, to właśnie ów wielki marsz PiS może skończyć się faktycznym uspokojeniem sytuacji. Względnie – energia protestu zostanie skanalizowana na rzecz konkretnej partii. Dlatego dużo zależy od tego, jak będzie wyglądał ów marsz 13 grudnia.

Jak zachowuje się opozycja? Czy rzeczywiście jest tak radykalna, jak próbował straszyć np. Andrzej Celiński? A może wręcz przeciwnie – chodzi tylko o demonstrację i powrót do sprawdzonej retoryki. Rzut granatem i powrót do okopu? Najbliższy czas pokaże, czy wszystko tylko rozejdzie się po kościach, czy jednak stanie się coś więcej? Niby sondaże są bezlitosne. Ale, zachowując proporcje, rok temu, w początkach Majdanu, połowa obywateli Ukrainy też była przeciwna.

Czas zawiązać konfederację?

Jednak niezależnie od tego – jeśli teraz nie powiemy stanowczo „dość!”, to znaczy, że przegraliśmy nasze państwo i naszą wolność. Jeśli po tym wszystkim, a szczególnie po 13 grudnia, wszyscy wrócą do odgrywania swoich ról, to nie będzie to już kryzys polskiej polityki. To będzie jej realny koniec. W takim przypadku wszelkie postulaty emendacyjne, o naprawie czy poprawie III RP staną się nieaktualne. Staniemy przed wyzwaniem zbudowania nowego państwa. Dlatego, że nie będzie już czego naprawiać. To będzie koniec polityczności, nawet tak wykoślawionej i fasadowej jak w przypadku III RP.

Dlatego nawet wówczas, gdy nie będzie możliwości legalnego nieuznania wyborów samorządowych 2014, to chodzi w tym o coś więcej. Nie można ich uznać w „duchu obywatelskim narodu”. Szczególnie wówczas, gdy całe przedstawienie pt. „Dzieje chwalebne najjaśniejszej i jedynej słusznej III RP”, cały system będzie trwał dalej. Publiczna niezgoda na to co się wydarzyło powinno być elementem wspólnym, jednoczących wszystkich, którym zależy na budowie prawdziwej Rzeczpospolitej. Państwie będącym wspólnotą polityczną obywateli. W naturalny sposób powinna do tego dążyć zasadnicza siła opozycyjna w Polsce – i to od dawna. Jeżeli nie, to wysiłek ten powinni podjąć „wszyscy, którym leży na sercu dobro Rzeczpospolitej”.

W polskiej tradycji republikańskiej istnieje instytucja konfederacji. Był to związek obywateli dążących do dobra wspólnego, który zawiązywano wówczas, gdy inne środki czy instytucje zawodziły. Była to „ostatnia instancja”, umożliwiająca obywatelom realny wpływ na politykę. Gdyby niegdyś, w okresie I RP, doszło do takiej sytuacji jak obecnie, z pewnością zostałaby zawiązana nowa konfederacja. A czy my, dzisiaj, jesteśmy na to gotowi?

Marek Trojan

forma płatności