Czy cud nie może być “polityczny”?

Trzeba “chwycić byka za rogi” i zmierzyć się bez strachu z pytaniem, które coraz powszechniej wprawia w zakłopotanie katolików, zwłaszcza jeżeli czują się zobowiązani do metodologicznego przynajmniej agnostycyzmu ze względu na swoją pozycję naukową.

Jak wiadomo, XIX-wieczna historiozofia pozytywistyczna bardzo skutecznie narzuciła (co wzmocniły jeszcze wpływy XX-wiecznego marksizmu) podejście, które a priori wyklucza poważne potraktowanie jakiegokolwiek przekazanego przez tradycję świadectwa o cudzie wiążącym się z wydarzeniami historycznymi. “Poważny” historyk uważa przeto za swoją powinność wyraźnie zaznaczyć, że wszystko to są baśnie, legendy, zmyślenia, prokurowane oczywiście na użytek władców (albo/i Kościoła). Dodać należy, że pozytywistyczni historycy niemało energii włożyli w obalanie konkretnych podań o takich nadprzyrodzonych ingerencjach Opatrzności w historię. Nietrudno dostrzec w tym zbieżność – czasową i intencjonalną – z nurtem tzw. demitologizacji Ewangelii w liberalno-protestanckiej oraz modernistycznej biblistyce i teologii.

Czy takie podejście jest uzasadnione – wyłączywszy właśnie jedynie ów ściśle rozumiany “agnostycyzm” metodologiczny, wynikający z faktu, iż reprezentant nauki empirycznej, jaką jest historia (zdarzeniowa) nie posiada w swoim warsztacie badawczym narzędzi pozwalających ustalić prawdziwość lub nieprawdziwość tego, co ponadempiryczne? Tu jednak chodzi o coś więcej niż “agnostycyzm” metodologiczny, ani nawet o przeprowadzenie materialno-historycznego dowodu, że to oto konkretne zdarzenie albo w ogóle nie zaistniało albo miało zupełnie naturalny charakter, lecz o agnostycyzm teoretyczny, który (mimo braku wspomnianych narzędzi) orzeka kategorycznie, że nie w historii (politycznej) “cudów nie ma” i być nie może. Jest to co najmniej przekroczenie rygorów własnej dyscypliny naukowej oraz wyciąganie nieuprawnionych konkluzji ze szczegółowych ustaleń co do faktów. Jeśli na przykład wiemy, że narracja o Świętej Ampułce pojawia się po raz pierwszy dopiero w VIII czy IX wieku, to wcale nie wynika z tego koniecznie, iżby była ona zmyśleniem bpa Hinckmara czy kogokolwiek innego. Opowieść o gołębicy przynoszącej ów cudowny olej mogła być dotąd przekazywana w tradycji ustnej a to czy ów cud się zdarzył, czy nie, pozostaje jedynie, wobec braku innych źródeł, poza możliwością rozstrzygnięcia przez historyka.

Lecz chodzi o coś więcej jeszcze. Sama możliwość zaistnienia cudu nie zależy przecież od warsztatowego czy nawet teoretycznego wydoskonalenia jakiejkolwiek dyscypliny wiedzy naukowej, ale od akceptacji – bądź nie – fundamentalnych twierdzeń metafizycznych i teologicznych, czyli: (a) istnienia Boga, (b) Jego transcendencji, (c) dualizmu Stwórca – stworzenie, (d) wszechmocy Boga, a więc także możliwości zawieszania przez Niego tych praw fizykalnych, które dla świata ustalił. Albo te twierdzenia akceptujemy, i wtedy jesteśmy teistami, dla których nadnaturalny cud jest zupełnie “naturalny” (w znaczeniu: nieproblematyczny); albo nie akceptujemy, więc ani jeden cud, żaden, nie jest możliwy; atoli wówczas jesteśmy siłą rzeczy co najmniej agnostykami w sensie pełnym i ścisłym, agnostykami religijnymi i materialistami historycznymi. I żałosne wówczas są wykręty “metodologiczne”, że do agnostycyzmu zobowiązuje nas nauka historyczna, zaś “osobiście” to jesteśmy katolikami wierzącymi w to, czego naucza Kościół. To rozdwojenie może jedynie przybrać albo postać “nieśmiałą” (jeśli nie po prostu tchórzliwą), jak u protestantów angielskich od XVI wieku, głoszących, że “epoka cudów się skończyła”, albo radykalną i otwarcie negującą możliwość cudu w ogóle i kiedykolwiek.

Lecz równie głupie i nielogiczne jest i takie podejście, które dopuszczając zaistnienie cudu w innych – by tak rzec – departamentach świata, czyni negatywny wyjątek właśnie dla “departamentu” historyczno-politycznego. Na jakiej podstawie możemy twierdzić, że Bogu, owszem, wolno” dokonywać cudów eucharystycznych, ale wstęp do ingerowania w zdarzenia mające konsekwencje polityczne jest Mu wzbroniony? Czyżby Bóg zawarł z nami jakiś contrat social, w którym poręczył, że będzie dla nas zawsze wyłącznie “monarchą konstytucyjnym i parlamentarnym”, nigdy zaś “decyzjonistycznym dyktatorem”? Nie tylko teologia, ale historia również tego nie potwierdza.

prof. Jacek Bartyzel

forma płatności