Ludzie chyba coś czuli, bo niewielu z nich poszło na sumę. Normalnie kościół był zawsze nabity. Gdzieś w porze obiadu, gdy zacząłem wyglądać w stronę Kisielina, czy nie wraca siostra, usłyszałem strzały i zobaczyłem dymy idące z nieba w okolicy kościoła. Nie bardzo wiedziałem, co się dzieje. I wtedy przybiegła do nas córka sąsiadów krzycząc, że – Ukraińcy pod kościołem mordują Polaków! – Wszystkich nas zmroziło! Jeszcze jednak łudziliśmy się, że siostra ocalała.
Roman Witwicki pochodzi z rodziny znanej na Wołyniu i na Kijowszczyźnie od bardzo dawna. Jak ustalił Włodzimierz Sławosz Dębski, który był z nim spowinowacony do tej rodziny już od 1500 r. był przypisany herb Sas.
– Urodziłem się w Kisielinie w powiecie włodzimierskim w 1931 r. – wspomina. – Mój ojciec miał na imię Grzegorz, a mama Stanisława. Matka pochodziła z Kisielina z rodziny Kraszewskich herbu „Jastrzębiec”, najliczniejszej na terenie parafii i gminy Kisielin. Była ona spokrewniona z pisarzem Józefem Ignacym Kraszewskim. Prze pewien czas rezydował on także na terenie gminy kisielińskiej w Hubinie. Mój ojciec natomiast pochodził z Wiśniowca koło Krzemieńca. Przybył on do Kisielina razem ze starszym bratem Leonem w 1922 r. Ojciec nabył gospodarstwo o wielkości 6 hektarów na kolonii Zapust. Kiedyś kolonia była oddzielona od Kisielina sosnowym borem. Po I wojnie światowej las jednak wycięto i gdy ja się urodziłem, po lesie zostało już tylko miejsce zwane „Karczunkiem”. Pełno na nim było pni po ściętych drzewach. Część kolonii leżącej od wschodu, w której mieszkali rzemieślnicy, należała jednak do Kisielina.
Do Francji na roboty
– Zapust stanowił więc niejako przedsionek Kisielina. Była to niewielka osada, w której mieszkały trzy narodowości: Ukraińcy, Polacy i Niemcy. Ci ostatni zajmowali właśnie wschodnią część Zapustu. Z nazwisk polskich w Zapuście pamiętam Adachów, Buczków i Różańskich. Nasz najbliższy sąsiad Kochański mieszkał w domku położonym podobnie, jak rodziców na skraju lasku. Dom wzniesiony przez rodziców, tak jak wszystkie inne, zbudowany był z drewna i połączony z częścią gospodarczą. Stodoła stałą prostopadle do niej. Pierwsze dziecko moich rodziców, czyli siostra Czesława, urodziło się w 1926 r. Mój ojciec, podobnie jak jego brat Leon, czyli mój stryj, należeli do pracowitych gospodarzy. Ojciec miał niestety areał, składający się z samych piasków. Aby zdobyć fundusze na podniesienie stanu swego gospodarstwa wyjechał do Francji na roboty. Stryj Leon miał lepsze gospodarstwo. Kupił je od niemieckiego kolonisty na kolonii Zielona. Ożenił się on z Marią Kraszewską, rodzona siostrą mojej mamy. Nasze rodziny były więc ze sobą mocno związane. Moja mama, jak i stryjenka Leonowa należały do najurodziwszych kobiet w okolicy. Obie wspierały też swoich mężów ze wszystkich sił. Stryjenka Leonowa, która urodziła dwoje dzieci Emilię i Bogumiła, zajmowała się ogrodnictwem, z czego znana była w całej okolicy. Ona pierwsza na targu w Kisielinie sprzedawała nowalijki i warzywa.
Mama trzymała ją krótko
– Obładowana koszami codziennie chodziła na piechotę do tej miejscowości, aby sprzedać swoje produkty. Specjalizowała się też w dostarczaniu wyśmienitego masła i śmietany. Moją mamę z kolei wszyscy cenili za piękną przędzę i umiejętność wiązania siatek, służących do wyrobu serwet. Nasze gospodarstwo od warsztatu rolnego stryja oddalone było o jakiś kilometr. Stryjowe leżało za górką na tzw. Zielonem, leżącym między Jasińcem a Twerdyniami. W domu z siostrą byliśmy trzymani krótko. Ja, jako znacznie młodszy i chłopak, miałem więcej luzu, ale siostrę rodzice wychowywali bardziej rygorystycznie. Tryb jej życia regulowały nakazy i zakazy. Nie wolno jej było włóczyć się z koleżankami. Jedyne dozwolone dla niej drogi prowadziły do szkoły i kościoła. Ubierała się na ciemno, ale z szykiem. Była to zasługa naszej siostry stryjecznej Emilii, która znała się na krawiectwie. Siostra, jak wszystkie zresztą okoliczne dziewczęta, była bardzo pracowita. Wyszywała makatki, a jak miała chwilę czasu, sięgała po książki, które po prostu pożerała. Zamiłowanie do nauki odziedziczyła po matce, która miała bardzo poetyczną duszę. Układała wiersze, żadnego z nich jednak nie zapisywała, recytowała je z pamięci. Siostra, chcąc ocalić od zapomnienia te wiersze, notowała je w zeszycie, ale później, gdy trzeba było ratować życie i szybko uciekać przed ukraińskimi nożami, nie było czasu, żeby ten zeszyt odszukać. Zginął gdzieś w ogólnym rozgardiaszu.
Pojedynek wygrał ksiądz
– Z dzieciństwa zapamiętałem zwłaszcza święta kościelne i ich otoczkę. Na drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia, czyli w Świętego Szczepana, był w Kisielińskiej parafii zwyczaj obrzucania księdza owsem, gdy przechodził przez kościół i święcił. Podrostki dodawali do tego owsa groch i fasolę. Gdy do parafii przybył nowy ksiądz, też przygotowali tą fasolę i groch. Ten się jednak tego nie spodziewał i wyszedł na kościół z największym kropidłem. Za nim szedł kościelny z wiadrem wody święconej. Nie trzeba dodawać, że pojedynek z dzieciakami wygrał ksiądz. Największym świętem parafii był odpust w dniu 16 lipca na dzień Matki Boskiej Szkaplerznej. Wcześniej zjeżdżali kramarze, którzy ustawiali namioty, w których mieściły się kramy z różnorakimi towarami. Można było w nich kupić książeczki do nabożeństwa, obrazki święte, medaliki i różańce. Dzieci interesowały najbardziej stoiska, na których mogły kupić rozmaite piszczałki, fujarki, kogutki blaszane z ogonami z blaszanych piór, rozmaite pukawki. Odpust był także okazją do integracji wszystkich rodzin. Po Mszy św. i zakończeniu uroczystości odpustowych wszyscy przybyli udawali się do swoich krewnych na przyjęcia. Ci bogatsi urządzali nawet mini zabawy. Największe przyjęcie było u Kraszewskich.
Zjeżdżali się wszyscy Kraszewscy
– Zjeżdżali się na nie wszyscy Kraszewscy z okolicy, a była to bardzo rozgałęziona rodzina. Przybywali na nie także Witwiccy z Zapusty, czyli moja rodzina i stryjostwo z Zielonej. O 15., gdy wszyscy goście zasiadali do stołów, ruch na ulicy Kisielina zamierał i wychodzili na nie podpici młodzieńcy załatwiać swoje porachunki. Nikt się do nich nie wtrącał i tylko wieczorem gospodarze liczyli, ile uczestnicy bójek wyłamali im sztachet z płotów. Uczestnikami bójek byli najczęściej Ukraińcy z Twerdyń i Polacy z Rudni i Woronczyna. Ukraińcy także ściągali na odpust na „Szkapirną”, jak oni mówili. Głównie po to, by tęgo popić wódki u Komarowej, a później szukać na ulicach zaczepki. Ja, gdy wybuchła wojna, miałem 8 lat. Ukończyłem właśnie pierwszą klasę. Z tamtego okresu zapamiętałem tylko, że do szkoły chodziłem ubrany w szarą bluzę, stanowiącą rodzaj wiatrówki z krajką wiązaną w krawat. Do tego nosiłem granatowe spodnie. Dziewczęta uczęszczały do szkoły odziane w szare fartuchy z czerwonymi guzikami i takimi samymi w kolorze kokardami i paskami. Z wyposażenia szkolnego pamiętam piórnik i przyrząd do noszenia książek.
Szkolne wspomnienia
– Piórnik był wykonany z jednego kawałka wydrążonego drewna. Nosiło się w nim ołówek, obsadkę na stalówkę, a także gumkę. Jak weszli Sowieci, to okazało się, że polska szkoła, do której chodziłem, była nic nie warta i musiałem ponownie zaczynać edukację w szkole sowieckiej. Niewiele z tego okresu pamiętam. Rozwój wydarzeń przytłoczył takiego chłopaka jak ja. Jak sobie przypominam, to od razu zaczęto nas uczyć, że teraz najważniejsza jest „selrada” itp. Gdy zdałem do drugiej klasy, to do szkoły przyszły trzy nowe nauczycielki – Sowietki. W 1940 r. z Zapustu do Reichu wyjechali wszyscy Niemcy. Zabrali cały swój dobytek, pozostawiając tylko domy i budynki gospodarcze. Na ich miejsce trafiły rodziny ukraińskie, przesiedlone ze strefy przygranicznej znad Bugu. Gdy wybuchła wojna niemiecko-rosyjska, miałem 10 lat i szybko dorastałem. Wydarzenia, których byłem świadkiem, biegły szybko. Sowieci, niby uciekli przed Niemcami, ale wkrótce się na nowo pojawili. W 1942 r. zaczęli się w okolicach Kisielina pojawiać sowieccy spadochroniarze. Znam sprawę niejako osobiście, bo u mojego stryja Leona na Zielonej przechowywał się spadochroniarz z grupy Mikołaja Kuzniecowa. Samolot zabłądził i on zdecydował się skakać. Wylądował koło cmentarza Kisielińskiego. Było to 14 października 1942 r. Spadochroniarz ten przystąpił do tworzenia w okolicach Kisielina sowieckiej konspiracji. Zbierał do niej czerwonoarmistów z rozbitych oddziałów. Takich żołnierzy sporo się w okolicy ukrywało. Po jakimś czasie spadochroniarz ten znikł, a wraz z nim ukrywający się żołnierze sowieccy. Pojawili się natomiast upowcy.
Pierwsze mordy Polaków
– Od wiosny 1943 r. bezpośrednio w naszej okolicy zaczęły się mordy Polaków. Początkowo miały one charakter pojedynczy, ale wszyscy wiedzieli, że UPA w naszych stronach działa. Po drogach nocami zaczęły poruszać się kolumny wozów z ludźmi, a później słyszało się strzały i widziało łuny rozświetlające noce. Później nad ranem słyszało się porykiwanie bydła, zrabowanego przez upowców i pędzonego do miejsc ich zakwaterowania. Mieszkańcy Kisielina i okolicznych kolonii zaczęli się zastanawiać, co będzie dalej. Większość obawiała się, że teraz przyjdzie kolej na nas. Inni, zwłaszcza starzy łudzili się, że Ukraińcy nic mi nie zrobią. Byli z nimi zżyci, a ci pytani o mordy mówili: „u nas cioho ne bude”. Stale wiec podpowiadali:” nie trza ich czypiać, nie bedo nas czypiali”. Młodzi ukraińscy chłopcy i dziewczęta znikali natomiast z domów, udając się do punktów mobilizacyjnych UPA. Ci zaś nie byli nastawieni pozytywnie do Polaków. Moi rodzice też dyskutowali – co robić dalej? Niektórzy mówili, żeby uciekać. Nie bardzo jednak było wiadomo, gdzie? Brakowało polskiej samoobrony, jakiejś polskiej organizacji, która by tym wszystkim pokierowała. Poza tym ojciec był gospodarzem, człowiekiem związanym z ziemią. Jaki zaś chłop porzuci swoją ziemię u progu żniw? U nas na „piaskach” zaczynały się one wcześniej i często już 10 lipca były one na ukończeniu, gdy u gospodarzy na lepszych ziemiach dopiero się zaczynały.
Tragiczna niedziela
– Owego krytycznego dnia w niedzielę 11 lipca 1943 r., kiedy to UPA napadła na kościół w Kisielinie, co było wstępem do etnicznej czystki w całym rejonie, mającej go całkowicie zdepolonizować, ja do kościoła nie poszedłem. Udała się do niego tylko moja siostra Czesława. Rodzice też zostali w domu. Mnie ojciec kazał na rowie paść krowę. Ludzie chyba coś czuli, bo niewielu z nich poszło na sumę. Normalnie kościół był zawsze nabity. Gdzieś w porze obiadu, gdy zacząłem wyglądać w stronę Kisielina, czy nie wraca siostra, usłyszałem strzały i zobaczyłem dymy idące z nieba w okolicy kościoła. Nie bardzo wiedziałem, co się dzieje. I wtedy przybiegła do nas córka sąsiadów krzycząc, że – Ukraińcy pod kościołem mordują Polaków! – Wszystkich nas zmroziło! Jeszcze jednak łudziliśmy się, że siostra ocalała. Ukraińcy odstąpili od kościoła, w którym pod dowództwem Włodzimierza Sławosza Dębskiego, broniła się część wiernych. Ci opuścili go i stało się jasne, że Czesi wśród nich nie było. Znalazła się wśród tych, których Ukraińcy wyprowadzili ze świątyni i zamordowali. Nie stanowiła bynajmniej jedynej ofiary z Zapustu.
Zamordowani w kościele
– W kościele Kisielińskim zostali zamordowani: Stanisław Górak, Janina Kowalska, Bolesław Masłowski, Janina Omańska i Janina Onyszko. Z mojej rodziny bliższej i dalszej w kościele zamordowano w sumie piętnaście osób! Gdzie i jak została zamordowana, a także gdzie jest pochowana nasza siedemnastoletnia Czesia nigdy nie udało się nam ustalić. Bardzo prawdopodobne, że odstawili ją na bok, żeby zgwałcić. Była ładną i niedostępną dziewczyną i wielu młodych Ukraińców wodziło za nią oczami. Inne dziewczyny, które Ukraińcy zamordowali i złożyli w płytkim masowym grobie, które potem krewni odkopali, też miały zdarte majtki. Świadczyłoby to o tym, że przed śmiercią były przez zwyrodnialców, którzy ich później zabili, zgwałcone. Moja mama przeżywała prawdziwe katusze. Stan jej ducha najlepiej ilustruje wiersz, który ułożyła:
„Cichuteńki wiatr powiewa
A w mym sercu burza tkwi
Poszła córka do kościoła
A z kościoła nie wróciła
Został w nim jej trup.”
– Ukraińscy zbrodniarze zamordowali też dzieci stryjostwa Emilię i Bogumiła Witwickich. Emilia urodziła się w 1926 r., a Bogumił w 1924 r. Emilia była piękną, wysoka brunetką. Uroku dodawały jej długie włosy, które myła w wywarze z orzecha włoskiego. Znakomicie uczyła się i wiele koleżanek jej zazdrościło. W dniu mordu, jak ustalił Włodzimierz Sławosz Dębski, Emilia i Bogumił wyszli wcześniej z kościoła zaraz po „ite missa est”. Uszli ze 200 metrów w stronę domu, gdy dopadł ich kolega szkolny Annanij Maciuk, zawrócił i doprowadził na miejsce zbrodni.
Cdn.
Marek A. Koprowski







