Niemiec widząc, że nie idzie mi to kopanie, przybiegł z mordą, krzycząc z daleka: Vavluchter! Donnervetter! – Kopać! Kopać! – Groził, że mnie zastrzeli, jak się będę obijać. Popatrzyłem za nim i jak odszedł ze 150 metrów, wziąłem szpadel na ramię i uciekłem. – Kop se ch..u sam – pomyślałem.
-Pamiętam, że strasznie przeżyłem kolejno niemiecką obławę, w trakcie której Niemcy penetrowali całą wieś w poszukiwaniu choćby śladów jej współpracy z partyzantami – wspomina Józef Stachura. – Jeden z Niemców wlazł do naszej chałupy z karabinem gotowym do strzału i zaglądał wszędzie. Nie tylko do szafy, ale schylił się nawet, by zajrzeć pod łóżko. Siedliśmy na ławce pod sosną na podwórku i czekaliśmy, co będzie dalej. Później stanął jakieś pięć metrów przed nami i wycelował w nas karabin. Mnie oblał zimny pot. Myślałem, że ten Szwab po kolei nas wystrzela. On istotnie strzelił, ale do kota, siedzącego na płocie. Ten podskoczył do góry, jakby rażony piorunem. Za jakieś dwa, czy trzy dni wrócił. Niemiec go nie zabił, ale ciężko ranił. Kula przeszyła go na wylot. Dostał gangreny i zdechł. Później Niemcy kilkakrotnie jeszcze penetrowali naszą wieś. Zachowywali się różnie. Zdarzali się wśród nich porządni ludzie, jak też najzwyklejsze skurwysyny.”
Praca za okupacji
„Przy okazji kolejnej obławy zaszedł do nas jeden z Niemców i poprosił o mleko. Choć mieliśmy wtedy tylko jedną krowę i mieliśmy odstawiać mleko w marach kontyngentu, to zawsze tego mleka w domu trochę było. Ojciec uznał jednak, że Szkopowi mleka nie będzie dawał. Powiedział mu, że mleka nie ma i może dać mu jabłko. Rosły u nas wtedy takie pyszne renety. Ojciec zerwał jedną z nich i podał Niemcowi. Ten zaczął jeść i wtedy zza obory wyszedł drugi Niemiec. Wtedy ten pierwszy rzucił do ojca – żebyś mu nic nie dawał! Musiał to być zły człowiek, nielubiany nawet przez swoich kolegów. Za Niemców musiałem też chodzić do dworu, administrowanego przez okupantów, na przymusowy odrobek. Szczególnie w kość dały mi się zbiory buraków. Musiałem wykopać kawałek nim obsadzony o długości pięciuset metrów i szerokim na pięć liszek. Wszystkie buraki musiałem oczyścić, odciąć od nich liście i ułożyć na kupki. W listopadzie 1944 roku, jak pamiętam, kopałem marchew. Padał deszcz ze śniegiem. Było bardzo zimno. Przyszedł do mnie taki karbowy i mówi – Dziecko, chcesz tu zamarznąć, nie wiesz jak się robi? Weź szpadlem trochę poprzewracaj, pozbieraj marchewki, a resztę przyjdą ludzie w nocy i wykopią. – Później, jak przyszli komuniści, to publicznie przed kościołem powiedziałem, że ten karbowy jest porządnym człowiekiem, który uratował mi życie.”
Kopanie okopów
„Bo gdyby nie on, to pewnie zamarzłbym na śmierć. Pod koniec okupacji za ojca musiałem iść do kopania okopów przy szosie w rejonie Kruplina. W zasadzie to chyba nie były okopy, tylko coś w rodzaju zagłębień przeciwlotniczych. Co kilka metrów wzdłuż szosy kopaliśmy takie doły, do których z jednej strony schodziło się po schodkach. Mieli się w nich chować żołnierze , poruszający się po drodze podczas sowieckich bombardowań. Zacząłem kopać i od razu zakląłem szpetnie. Wbijam szpadel, a on k… nie chce wchodzić w ziemię. Pod cienką warstwą gruntu byłą jakaś ruda, do przebijania się przez którą był potrzebny kilof. Nadzorujący te roboty Niemiec widząc, że nie idzie mi to kopanie, przybiegł z mordą, krzycząc z daleka- Vavluchter! Donnervetter! – Kopać! Kopać! – Groził, że mnie zastrzeli, jak się będę obijać. Popatrzyłem za nim i jak odszedł ze 150 metrów, wziąłem szpadel na ramię i uciekłem – kop se sam ch… – pomyślałem i uciekłem do domu. Wkrótce zresztą ruszyła sowiecka ofensywa i Niemcy w pośpiechu uciekli. Partyzantka oczywiście nasiliła w tym czasie swoje działania. W naszej okolicy uaktywnił się NSZ i AK. Członkiem gminnej organizacji Armii Krajowej był nasz dalszy wuj, niejako Czypiór, który ożenił się w Stobiecku. Prowadził on w gminie ewidencję i w związku z tym kierował komórką zajmująca się wydawaniem spalonym ludziom lewych dokumentów. Jak ktoś umarł to na jego nazwisko je wypisywał.”
Jak przyszli komuniści
„Później, jak przyszli komuniści, to z rodziną zaraz nawiał na Zachód. Bał się aresztowania i prześladowań. Komuniści takich ludzi bardzo często traktowali jako kolaborujących z Niemcami. Dowódcą AK w gminie był natomiast Szajna pseudonim „Esman”. Najsłynniejszą jego akcją była akcja na gminę w Ładzicach. W biały dzień AK-owcy podjechali pod jej budynek i wynieśli wszystkie dokumenty, które wywieźli do lasu i spalili. Gwardia Ludowa, czy później Armia Ludowa też się w nasze strony zapuszczała, ale rzadko. Nie miała tutaj podglebia. Członkowie PPR-u, jak się później okazało, też tu mieszkali, ale w czasie wojny się nie uaktywniali. Siedzieli, jak zające pod miedzą. Jesienią 1944 r. na naszym terenie pojawiła się partyzantka radziecka. W zasadzie to nie byłą partyzantka, tylko regularna grupa zwiadowcza Armii Czerwonej, zrzucona pewnie na spadochronach. My z mamą akurat szatkowaliśmy kapustę. Posiedzieli trochę u nas w domu, a później wzięli sąsiada jako przewodnika i kazali się zaprowadzić przez łąki do Woli Jedlińskiej. Tam strzelili w górę rakietą, dając komuś jakiś sygnał, zwolnili sąsiada i poszli dalej na Adamów. Dokonywali rozpoznania przed natarciem Armii Czerwonej.”
Brat sprzedawał brata
„Później po wyzwoleniu zwolenników nowej władzy w terenie pojawiło się sporo. Nawet niektórzy AK-owcy wstępowali do PPR-u, czy do ORMO i umacniali władzę ludową. Był m.in. taki Kazimierz Szarek, który został komendantem ORMO. Milicja przyjeżdżała do niego i sprzedawał ludzi, że aż miło. Wszyscy się go bali. Zresztą nie był jedynym. O ile podczas okupacji niemieckiej społeczeństwo trzymało się jakoś, to później donosicieli wysługujących się komunistom było całe mnóstwo. Brat sprzedawał brata. Najbardziej ideowi AK-owcy nie ujawnili się i zaczęli tworzyć podziemną organizację, która ostatecznie przybrała postać Konspiracyjnego Wojska Polskiego. Wielu AK-owców, którzy tworzyli je na naszym terenie, znałem osobiście, o przynależności niektórych do struktur AK tylko się domyślałem. Przez jednego z nich związałem się z tworzonym oddziałem KWP i zostałem jego łącznikiem. Przeszkolono mnie i po złożeniu przysięgi na plebani w Dworszowicach otrzymałem pseudonim „Grab”. Oddział, na rzecz którego działałem, stanowił formalnie kompanię, która miała kryptonim „Młoty”, dowodził nią Eugeniusz Tomaszewski pseudonim „Burta”.”
Taktyka UB
„Był on jeszcze dowódcą AK na tym terenie mieszkał w Woli Blakowej, a konia i siodło którego używał trzymał u gospodarzy na Adamowie i Woli Jedlińskiej. Dowodził on tą kompanią do lutego 1946 r., kiedy to dowódcą został Tomasz Szczęsny pseudonim „Tygrys”. Dowódcą SOS, czyli Służby Ochrony Społeczeństwa, wykonujących m.in. wyroki śmierci , na osobach szczególnie dających się we znaki ludziom i zwalczających bandytyzm był Józef Sochański, pseudonim „Woj.” Funkcję szefa kompanii pełnił Mieczysław Oszumek pseudonim „Stalka”, a jego zastępcą był Jan Łaczmański pseudonim „Jur”. Niektórzy historycy uparcie nazywają go w swoich publikacjach Dulębą, a on przecież tak się nie nazywał. Był to chłopak z Częstochowy, kilka lat starszy ode mnie. Niemiec w czasie wojny uderzył go pistoletem i uszkodził mu szczękę. Część kości mu uwinięto i wstawiono protezę z platyny. UB cały nasz oddział starał się infiltrować i rozbijać od środka. Tego „Stalkę”, o którym wspomniałem, załatwili jego kolesie, gdy był on u Antka Majaka. Byli to dwaj bracia Teodor i Witold B. Gdy był u tego Antka, wywołali go wieczorem i powiedzieli, że jakiś facet jeździ po wsi na rowerze. Jest ubrany w płaszcz i rozgląda się wokół. „Stalka” uznał, że to może być wstęp do ubeckiej obławy i trzeba ze wsi się wynosić. Jeden z tych braci Witold już czekał na „Stalkę” z rowerem. Ten na niego wsiadł i pojechał. Ufał braciom B. Byli przecież żołnierzami z jego kompanii.”
Zasadzka na „Stalkę”
„Za wsią rósł przy drodze taki modrzew. Gdy „Stalka” podjechał do niego, ktoś leżący pod nim strzelił i ten padł śmiertelnie ranny. Zdołał jeszcze zaczołgać się na pole i tam zmarł. Drugiego strzału nie było, nikt nie poszedł go dobić. Ten, kto wziął go na muszkę, musiał być pewny swego. Braci B. nikt nie podejrzewał. Dopiero później się dopatrzyłem ich powiązań z bezpieką. Rok od śmierci „Stalki” zostałem przymusowo wcielony do Służby Polsce, bo zobaczyłem ze zdumieniem, że jeden z tych braci przywozi z posterunku karabiny i zajmuje się naszym szkoleniem. Musiał być więc człowiekiem zaufanym. Takim zaś zostać nie było łatwo. Nie wystarczyło wstąpić do ORMO. By mieć dostęp do broni i móc prowadzić szkolenie wojskowe młodzieży, trzeba było się specjalnie zasłużyć…
Cdn.
Marek A. Koprowski







