Oficerowie nie uchylali się od podejmowania trudnych i drażliwych problemów. Jednym z nich był problem granicy wschodniej. Oczywiście wszystkim nam odpowiadała perspektywa Polski z granicą na Odrze, Nysie i Bałtyku, ale jednocześnie trudno było pogodzić się z tym, że będziemy musieli opuścić rodzinne strony.
Piekło nad Prypecią, które przeszli żołnierze zgrupowania, dowodzonego przez kpt. „Gardę”, mocno wryło się w pamięć Józefa Czerwińskiego. Jeszcze i dzisiaj pamięta swoich towarzyszy broni, którym tak jak jemu udało się przejść tą rzekę i znaleźć się za sowieckim frontem.
– Lżej rannych odwieziono do szpitali polowych – wspomina. – Podporucznik „Kostek” – Edward Kubala i „Orzeł” – Stanisław Wdowiak, trafili do radzieckiego szpitala w Kamieniu Koszyrskim. Kubala po wyleczeniu ran walczył w szeregach 1 Armii Wojska Polskiego, zginął na Wale Pomorskim. Ciężko rannych kierowano do szpitali i sanatoriów na głębokich tyłach, gdzie niektórzy leczyli się przez wiele miesięcy. Najmłodszy nasz partyzant „Zuch”- Czesław Stawicki, ranny w głowę i obie nogi, odzyskiwał siły w Moskwie i Charkowie. Plutonowy „Zawisza”, „Pijawka” i „Ryta”- Janina Sawicka, leczeni byli w Rostowie nad Donem. Tego samego dnia po południu kolumna całych i zdrowych partyzantów ruszyła do jednej ze wsi na zapleczu frontu. Tu urządzono nam kwatery i poddano ogólnej dezynfekcji. W lasach poleskich walczyliśmy z plagą wszy, gotując ubrania w wiadrach. Z głowami jednak było trudniej. Po dwóch czy trzech dniach, w czasie których solidnie nas podkarmiono, przyjechali przedstawiciele Armii Polskiej w ZSSR.
– Pierwsze spotkanie z żołnierzami armii, o której dotychczas jedynie słyszeliśmy od żołnierzy i oficerów radzieckich, zrobiło na nas dziwne wrażenie. Później, kiedy poznaliśmy się bliżej i zżyliśmy z żołnierzami tej armii , jeszcze bardziej dziwiło na, że ktoś z dowództwa, widocznie bez większego zastanowienia, wysłał trzech przedstawicieli w osobach: oficer narodowości żydowskiej, kierowca Rosjanin i podoficer kobieta narodowości polskiej, potrafiąca mówić poprawnie po polsku. Nic więc dziwnego, że wśród partyzanckiej braci rozeszło się zaraz złośliwe powiedzonko: „To ci wojsko – Żyd, Ruski i baba”. Zrodziły się wątpliwości co do narodowego charakteru tej armii, zwłaszcza że obco wyglądał również ciemny piastowski orzełek bez korony, jaki nosili na rogatywkach jej przedstawiciele. W ślad za tą pierwszą grupą przyjechała kolumna samochodów ciężarowych, ochraniana przez fizylierki. Po załadowaniu się ruszyliśmy w kierunku Kiwerc, niewielkiego miasteczka koło Łucka. Po drodze mieliśmy postój w pobliżu szpitala polowego Armii Polskiej, w którym przebywali nasi ranni partyzanci. Odnalazłem wśród nich „Strusia”. Miał poszarpana odłamkami nogę, ale rana nie była groźna.
– Pogadaliśmy chwilę. Poczęstował mnie przysmakiem, którego nie miałem w ustach od wielu miesięcy – kompotem z suszonych owoców. Szpital polowy zrobił na mnie wrażenie jednostki prawdziwego Wojska Polskiego: personel był polski, w alejce między namiotami bielił się orzeł, ułożony z kamyków w tle czerwonej cegły. Czasu na dłuższą rozmowę jednak nie było, musieliśmy ruszać w dalszą drogę. Koło południa znaleźliśmy się w lasku pod Kiwercami. Lasek był niewielki. Widocznie stała tu uprzednio jakaś jednostka, świadczyły o tym porozrzucane obierzyny. Spać nie było gdzie, więc starym partyzanckim sposobem zbudowaliśmy sobie szałasy z gałęzi. Owego pierwszego dnia pobytu pod Kiwercami nie zdawaliśmy sobie jeszcze sprawy z tego , że najbliższe dwa tygodnie wywrą istotny wpływ na nasze dalsze życie. Byliśmy już pod opieką Armii Polskiej i właśnie teraz nastąpił dla nas czas wyborów. Dziś może się wydawać, że wszystko było oczywiste, wybór prosty, ale wówczas wiosną i latem 1944 roku, dla wielu, bardzo wielu byłych żołnierzy konspiracji sprawa wyboru nie była łatwa.
– Gdy owego zimowego dnia 1944 roku przyszedł do mnie Kazik Danilewicz i zaproponował pójście do partyzantki, zdecydowałem się od razu. Wiedziałem, że idę do polskiej partyzantki walczyć przeciwko Niemcom i banderowcom o Polskę i to mi wystarczało. Nie zastanawiałem się nad tym, jaka Polska ma być po wyzwoleniu. Nie wiedziałem nic o różnych koncepcjach jej powojennego kształtu. Teraz przyszedł czas zastanowienia się właśnie nad tymi sprawami. W obozie pod Kiwercami pozornie nic się nie działo. Wypoczywaliśmy, wracaliśmy do sił. Poprawiły się humory i chłopcy zaczęli robić sobie różne kawały. Słonce prażyło mocno, było ciepło, więc odsypialiśmy nieprzespane noce również w dzień. Wyżywienie początkowo było nie najlepsze, ale po pierwszej inspekcji dowódcy armii, generała dywizji Zygmunta Berlinga i wysłuchaniu przez niego naszej opinii w tej sprawie, nastąpiła wyraźna poprawa. Nadal zachowaliśmy swoich dowódców i podzieleni byliśmy na kompanie, plutony i drużyny, jak poprzednio w partyzantce. Spokój w obozie był jednak pozorny. Najdrobniejsza sprawa wywoływała nieraz zażarte spory, wzbudzała podejrzenie. W pierwszych dniach pobytu odbyła się – jak to natychmiast określili partyzanci – „spowiedź”. Przyjechało kilku oficerów z informacji i przy zbitych z okrąglaków stolikach przeprowadzono ze wszystkimi indywidualne rozmowy, dotyczące partyzanckiej przeszłości. Należało wymienić bitwy, nazwy oddziałów i pseudonimy oraz nazwiska dowódców.
– Ponieważ nie wyjaśniono, czemu mają służyć te dane, same rozmowy, jak ich forma nie robiły na nas dobrego wrażenia, wzbudziły szereg podejrzeń. W zgrupowaniu naszym kipiały nieustannie dyskusje i polemiki. Byliśmy przecież partyzantami, którzy niedawno składali przysięgę na wierność emigracyjnemu rządowi polskiemu w Londynie. Większość z nas, młodych chłopców i dziewcząt, nie miała wyrobionych poglądów politycznych. Pójście do polskiej partyzantki było dla nas całkiem oczywiste. Biliśmy się z Niemcami i nacjonalistami ukraińskimi, pragnąc wyzwolenia Ojczyzny i zakończenia wojny. Wierzyliśmy, że wojnę będziemy kończyli jako zwycięzcy na niemieckim terytorium , jak to się mówiło, „w Berlinie”. Nie wiedzieliśmy wówczas nic o istnieniu Krajowej Rady Narodowej. Przypuszczam, ze również znaczna część młodych oficerów nie miała nawet ogólnego rozeznania w sytuacji Polski podziemnej. Na terenach koncentracji 27 dywizji AK, między Kowlem a Włodzimierzem, zimą i wiosną 1944 roku działa jedynie partyzantka radziecka. Nie było więc tu konfrontacji poglądów i postaw politycznych, do jakiej dochodziło w województwach lubelskim, kieleckim, rzeszowskim i na innych terenach, gdzie obok siebie działały AK, BCh, AL. i inne organizacje podziemne.
– Szerszej pracy politycznej w szeregach 27 dywizji nie prowadzono, wpajano jednak lojalność wobec rządu emigracyjnego i dowództwa AK. Nawiasem mówiąc, z nazwą Armia Krajowa zetknąłem się dopiero pod Kiwercami. Do tego czasu wiedziałem jedynie, że jestem w 23 pułku piechoty 27 Polskiej Dywizji. Na Wołyniu i Polesiu współdziałaliśmy często i owocnie z partyzantami radzieckimi i regularnymi jednostkami Armii Radzieckiej. Stosunek naszego dowództwa do nich był poprawny, ale nieufny. W lesie pod Kiwercami stanęliśmy wobec różnorodnych, nowych problemów. Wkrótce po przejściu przez front ktoś puścił pogłoskę, że jako żołnierze formacji podległych rządowi emigracyjnemu zostaniemy przetransportowani przez Związek Radziecki i Bliski Wschód do Armii Polskiej na Zachodzie. Wielu z nas przez pewien czas wierzyło w to. Z pewną rezerwą odnosiliśmy się początkowo do oficerów Armii polskiej w ZSRR. Pamiętam, jak na drugi czy trzeci dzień po przybyciu pod Kiwerce zobaczyłem dwóch oficerów rozmawiających grupą otaczających ich partyzantów. Jeden z przybyłych był wysoki i smukły, drugi znacznie niższy. Gdy podszedłem bliżej, spostrzegłem na ich naramiennikach i furażerkach generalskie wężyki. Pierwszy raz w życiu widziałem generałów. Byli to: generał dywizji Zygmunt Berling i jego zastępca do spraw polityczno-wychowawczych, generał brygady Aleksander Zawadzki.
– Rozmowa toczyła się swobodnie. Generałowie pytali o przeżycia wojenne partyzantów, koledzy zaś wypytywali o sprawy interesujące nas. Ktoś chciał się dowiedzieć, czy zostaniemy odtransportowani do Anglii. Generał Zawadzki odpowiedział: – Po co? Przecież tędy droga najkrótsza do kraju. Niedługo razem pójdziemy do Polski, do Warszawy. – Generał Berling interesował się naszymi warunkami bytowymi. Zaczęliśmy trochę narzekać na wyżywienie. – Dostaniecie zwiększone porcje – obiecał. – I rzeczywiście zaczęto nas karmić znacznie lepiej. Obóz pod Kiwercami odwiedziła też przebywająca w tym czasie w jednostkach Armii polskiej delegacja Krajowej Rady Narodowej. Nakreślono nam sytuację polityczną w świecie i w kraju, zapoznano z programem Związku Patriotów Polskich i KRN, poddano analizie przyczyny klęski wrześniowej. Mówiono o przyszłej Polsce na Odrze, Nysie i Bałtyku, o celach i zadaniach Armii Polskiej, która świetnie uzbrojona, najkrótszą drogą dotrze do kraju. Szczególnie wiele uwagi poświęcono problemowi stosunku do ZSRR i braterstwu broni z żołnierzami Armii Radzieckiej, opowiadano nam o bitwie pod Lenino i wspólnie przelanej tam krwi. Oficerowie nie uchylali się od podejmowania trudnych i drażliwych problemów. Jednym z nich był problem granicy wschodniej. Oczywiście wszystkim nam odpowiadała perspektywa Polski z granicą na Odrze, Nysie i Bałtyku, ale jednocześnie trudno było pogodzić się z tym, że będziemy musieli opuścić rodzinne strony.
– Pewne wątpliwości budziło w nas to, że wśród oficerów, z którymi się stykaliśmy, wielu nie najlepiej mówiło po polsku i zdradzało semickie pochodzenie. W 27 dywizji również byli Żydzi, na przykład wśród lekarzy, zastanawiał nas jednak znaczny ich procent w aparacie politycznym nowej armii. Później przekonałem się, że procent Żydów wśród kadry oficerskiej był znacznie wyższy niż wśród szeregowców. Mimo różnych wątpliwości i niejasności, wynikających w trakcie rozmów z oficerami, stopniowo dochodziliśmy do wniosku, że ważniejsze jest to, co nas w tej chwili łączy. A łączyło nas przede wszystkim pragnienie dalszej walki z wrogiem. Najbardziej przekonywującym fragmentem była świadomość, że armia weźmie wkrótce bezpośredni udział w wyzwalaniu ziem polskich. Rozumieliśmy, że nasze miejsce powinno być wśród tych, którzy pierwsi przyniosą wolność Ojczyźnie. Powoli lody topniały. Przyczyniały się do tego, obok prowadzonych pogadanek i rozmów oraz troski ze strony przełożonych, również kolportowane materiały propagandowe, zwłaszcza gazeta armijna „Zwyciężymy”, która od drugiej połowy czerwca pisała i o nas.
– Szczególnie wiele uwagi i troski poświęcał nam kapitan Felicjan Łyssakowski, oficer polityczno-wychowawczy armii, przedwojenny działacz Związku Nauczycielstwa Polskiego. Ten spokojny, poważny, wówczas 49-letni mężczyzna podchodził do nas z sercem i dużym wyczuciem sytuacji, rozumiejąc przyczyny naszych niepokojów i wahań. Rozmawiał z nami bardzo często, przy każdej okazji wyjaśniał, nieraz kilkakrotnie, nasuwające się wątpliwości i problemy. Ceniliśmy to, że ani on, ani inni oficerowie nie obrażali się za stawiane im, nieraz podchwytliwe i trudne pytania, lecz cierpliwie i spokojnie rozpraszali nasze wątpliwości. Starano się również organizować nam rozrywki. Serdecznie witaliśmy i oklaskiwaliśmy w naszym obozie zespół artystyczny 1 Dywizji Piechoty im. T. Kościuszki. Utkwiła mi w pamięci śpiewana przez duet kompozycja fragmentów piosenki „Rozkwitały pąki białych róż” i radzieckiej „Katiuszy”. Świetnie bawił nas iluzjonista, wyczyniający różne sztuczki. Silne wrażenie pozostawił po sobie liczny zespół artystyczny 1 Frontu Białoruskiego, który dał piękny koncert i zaprezentował wspaniały układ tańców. Takiego programu większość z nas nigdy nie widziała. Każdej niedzieli prowadzono nas w szyku zwartym do kościoła w Kiwercach.
Cdn







