Kraj, który w latach panowania sowieckiego był królestwem ciężkiej pracy, dziś nie ma siły roboczej. Kampania rządowa próbuje odnowić dawny prestiż zawodu.
Gdzie się podziali rosyjscy robotnicy? Ci, którzy nadal uśmiechają się do nas z mozaiek w metrach, z marmurów w parkach publicznych, z płaskorzeźb w budynkach państwowych, kontynuując swą wędrówkę w stronę „czerwonego wschodu słońca”. Zniknęli wraz z całym Związkiem Radzieckim, wśród chaosu towarzyszącemu narodzinom kapitalizmu. Coś, co niegdyś było królestwem ciężkiej pracy, rajem huczących tokarek i lamp lutowniczych, dziś nie znajduje już robotników. Bardzo trudno jest o młodzieńca gotowego przywdziać kombinezon roboczy, a niemożliwym wręcz ujrzeć choć jednego, dla którego owa praca stanie się prawdziwą pasją i który, przede wszystkim, będzie w stanie należycie ją wykonać.
Rząd stara się zachęcić młodych do dawnej profesji nieco naiwnymi, nieskutecznymi metodami. Kampania posługuje się plakatami oraz spotami telewizyjnymi, próbując odzyskać dawny prestiż, którym niegdyś cieszył się ów zawód. Seksowne dziewczyny z tęsknym wzrokiem widnieją na murach Moskwy oraz innych wielkich rosyjskich miast, nawołując: „Pilnie potrzebuję hydraulika”, stolarza, murarza czy po prostu złotej rączki.
Współczesni Rosjanie jednak nie dają się nabrać. Odtworzyć mit po jego upadku jest trudnym zadaniem. Dawniej dzieci, które nie marzyły o pracy kosmonauty, aspirowały do miejsca w fabryce. Współcześnie oczekiwania się zmieniły. Menedżerowie, prawnicy, w najgorszym wypadku urzędnicy: oto nowe możliwości oferowane przez ogrom szkół prywatnych i uniwersytetów, które „produkują” dyplomy, oczywiście w języku angielskim, będące kiepską kopią tych z instytutów europejskich i amerykańskich. Prawie nigdy nie dają ani gwarancji pracy, ani nawet kompetencji, lecz obiecują pewien status, którym żaden robotnik się już nie cieszy. To nie są czasy, gdzie ciężka praca dawała wynagrodzenie wyższe od pensji lekarzy czy nauczycieli. Skończył się luksus pierwszeństwa na listach oczekujących na zakup małego samochodu, nie ma już darmowych biletów na stadion czy do teatru, a o pobycie nad ciepłym morzem Krymu dzisiejszy pracownik fizyczny morze tylko pomarzyć. Robotników – traktowanych z góry, źle opłacanych, widzianych jako ludzi z innej epoki – z czasem zaczęło ubywać. Niektórzy próbowali szczęścia jako drobni przedsiębiorcy, wielu z nich skończyło jako pracownicy biurowi. Wszyscy starali się uchronić własne dzieci od pracy fizycznej.
Trzydzieści lat później katastrofa jest nieunikniona. Nawet przypływ imigrantów z byłych siostrzanych republik nie zmienił tego stanu rzeczy. Niewykształceni i kulturalnie zacofani młodzi Kirgizi, Tadżycy i Uzbecy, poszukujący pracy w Moskwie, otoczeni są inżynierami, ekspertami od zarządu personelem czy psychologami. Nikt jednak nie jest w stanie nauczyć ich, jak obsługiwać dźwig, chwycić młot pneumatyczny czy posługiwać się dłutem.
Niektóre firmy, takie jak Spółka Zakładów Przemysłowych „Severtstal”, próbuje się bronić podwajając pensje, zapewniając bezpłatne podróże oraz duże rabaty na zakupy. Cóż jednak z tego, gdy jedyni, chętni do pracy robotnicy przypominają zabytkowe posągi, które uśmiechają się do turystów krzyżując swoje młoty z sierpami młodych rolniczek.
Nicola Lombardozzi
“La Repubblica”
tłum. Diana Lorek
