Byli, są. Czy będą…?

Głównym zagrożeniem dla polskości na dawnych Kresach stał się Kościół rzymskokatolicki. Zwłaszcza na terenach Ukrainy i Białorusi. Na Litwie i w Mołdawii Kościół nadal podtrzymuje polskość. Teresa Siedlar-Kołyszko z rozpaczą w swojej książce relacjonuje: “Latem 2006 roku na Brasławszczyźnie (Białoruś) tamtejsze Polki z płaczem mówiły: “Ksiądz Biskup Sławomir powiedział: Ja was proszę, abyście modlili się po białorusku, nie tylko proszę, a nakazuję!”.

Te dwie książki Teresy Siedlar- Kołyszko trzeba czytać razem. Stanowią one bowiem w zasadzie jedną książkę, podobnie jak trzecia kresowa praca Autorki zatytułowana „Od Kircholmu do Jałtę oraz czwarta „Między Dźwiną a Czeremoszem”. Pani Teresa Siedlar-Kołyszko od końca lat osiemdziesiątych jeździ po dawnych Kresach Rzeczpospolitej, odwiedza kolejne skupiska Polaków i obserwuje miejsca związane z wielkimi postaciami polskiej kultury. Jako dziennikarka Polskiego Radia rozpoczęła na jego antenie prezentowanie serii reportaży z dawnych Ziem Wschodniej Rzeczypospolitej. Rzemiennym dyszlem, często w prymitywnych warunkach przemieszczała się po ogromnych przestrzeniach byłej Rzeczpospolitej, robiąc nagrania dla swoich reportaży. Urzeczona resztkami polskości tak – w pozytywnym sensie – „wsiąkła” w Kresy, że w swojej reporterskiej działalności pozostała im wierna. Jest to tym bardziej godne podkreślenia, że w odróżnieniu od innych autorów zajmujących się tą problematyką, nie ma ona kresowych korzeni. Jeżdżąc tam, jest „w gościach”, a nie u siebie: zawsze podkreśla z dumą, że urodziła się w Krakowie i jest krakowianką z dziada pradziada. Przez ponad trzydzieści lat pracowała też w Krakowskiej Rozgłośni Polskiego Radia, przygotowując także reportaże literackie i słuchowiska dokumentalne.

Swoje radiowe reportaże kresowe Teresa Siedlar-Kołyszko najpierw zamieszczała w nowojorskim „Nowym Dzienniku”. Później korzystając z pomocy m.in. Polskiej Fundacji Kulturalnej w Londynie rozpoczęła wydawanie książek złożonych ze zgromadzonych, zaadaptowanych na papier kresowych reportaży. Swoimi publikacjami zainicjowała proces uświadamiania Polakom żyjącym w wolnym świecie, że za wschodnią granica Polski wciąż żyją ich rodacy, o których nie wolno zapominać i trzeba pomagać, by mogli zachować swoją tożsamość.

Optymizm

Reportaże Teresy Siedlar-Kołyszko były od samego początku bardzo kobiece, pełne wrażliwości i pochylenia się nad losem rodaków, żyjących w biedzie, poniżeniu i strachu, ale pamiętających pacierz po polsku. Jej relacje były często trochę sentymentalne, trochę naiwne, mało pogłębione, oparte głównie na relacjach tych osób, które akurat napotkała na swojej drodze, ale pełne ciepła i uroku. Dzięki nim wielu rodaków nie tylko w Polsce, ale i wśród Polonii uświadomiło sobie, że Kresy Rzeczypospolitej to nie tylko Wileńszczyzna, Grodzieńszczyzna, Wołyń czy Małopolska Wschodnia, ale również te ziemie, które po Traktacie Ryskim zostały za Dźwiną, Berezyną, Zbruczem, Wilią, Horyniem i Słuczą. Część relacji z tych terenów autorka zebrała właśnie w zbiorze „Od Smoleńska po Dzikie Pola”.Teresa Siedlar-Kołyszko zaczyna w tej książce swoją podróż w Smoleńsku, a kończy w Humaniu. Po drodze przekracza Dźwinę, Berezynę, Dniepr, odwiedza Kamieniec, Chocim, Bar, Zofiówkę. Stanęła u stóp Kudaku i złożyła wizytę ojcu Darzyckiemu. Autorka w swoich reportażach nie ukrywała zachwytu nad stanem polskości na tych terenach. We wstępie książki pisała: „Rzeki, mury, kamienie, domy, drzewa, pola bitew – wreszcie wszystko zostało tam, w nie naszej ziemi i wśród obcych. Wszystko odeszło, umarło. Czy tylko tyle pozostało po wielowiekowej spuściźnie? Otóż nie! Pozostali Oni – Spadkobiercy Wielkiej Królewskiej Rzeczypospolitej. Od Smoleńska po Kudak i dalej wzdłuż Dniepru. Bohu i Dniestu aż po Morze Czarne, na wielkich przestrzeniach byłej Rzeczypospolitej istnieją czysto polskie wioski, mieszkają spadkobiercy laudańskiej szlachty, nadberezyńskich zaścianków, rycerzy osadzanych na rubieżach przez kolejnych królów, dla obrony naszych granic. Można spotkać potomków spolszczonych Szwedów, Francuzów, wiernych nowej ojczyźnie. Żyją w okolicach szlacheckich potomkowie tamtych Bohatyrowiczów, Staniewskich, Zaniewskich i Ejsmontów. W Barze śpiewają w chórze potomkowie konfederatów barskich, a w Kamieńcu do mszy świętej służą Pac i Wiśniowiecki. Po wioskach Wileńszczyzny, Oszmiańskiego i Nowogródzkiego mieszkają jeszcze byli żołnierza AK. W Tulczynie, Peczorze i Stanisławowie pamiętają jeszcze Potockich. W Niemenczynie siedemdziesiąt pięć procent mieszkańców to Polacy. W Solecznickiem – dziewięćdziesiąt procent. W Oszmiańskiem co najmniej siedemdziesiąt procent. W Żytomierskiem mieszka prawie pół miliona Polaków, a w Gródku Podolskim, już przecież za Zbruczem, jest ich do dziś po wszystkich wywózkach, ucieczkach i mordach sześćdziesiąt pięć procent. Wszędzie, na każdym cmentarzu i w każdym miejscu pamięci, spotkać możesz ich ślady. Biało-czerwone chorągiewki na mogiłkach akowców pod wołającą o pomstę do nieba ruiną kościoła w Graużyszkach i tablica upamiętniająca ich walkę wmurowania w oszmiańskim kościele. Zawsze świeże kwiaty w kwaterze żołnierskiej na Rossie i niedawno odrestaurowany cmentarz żołnierski w Kobryniu. Biało- czerwone kwiaty zatknięte za bramę nieczynnej katedry ormiańskiej we Lwowie i msza święta za duszę pułkownika Wołodyjowskiego w Kamieńcu.

Dzieci, z którymi rozmawiałam, mówią śliczną, śpiewną polszczyzną, a nazywają się Kuncewicze, Mickiewicze, Sienkiewicze, Bohatyrowicze, Doroszkiewicze lub Zaborowscy, Zbarascy, Bielscy, Barscy, Niżyńscy, Wołoszynowscy, Jastrzębowscy, Krasnopolscy, Wiśniewscy i Kamińscy. Przetrwali wszystko, wywozili ich do Kazachstanu, na Kołyme i Sybir. Wracali na ziemię przodków, na Inflanty, na Żmudź, Wileńszczyznę, na ukochane Polesie i czarnoziemne Podole. Niszczeni, wynaradawiani, odradzali się od korzeni. Przetrwali. Świadomi swego dziedzictwa, są żywym dowodem istnienia i spadkobiercami Wielkiej Królewskiej Rzeczypospolitej.

Byli. Są. Będą. Tam im dopomóż Bóg i Święty Krzyż.

Im w hołdzie książkę te ofiaruję.”

Zwątpienie

Z czasem pisarstwo Teresy Siedlar-Kołyszko stawało się coraz bardziej dojrzałe, oparte na większym bagażu informacji, ale tym samym bardziej pesymistyczne. Zaczęła rozumieć, że jej hurra optymistyczne prognozy na temat trwania polskości na dawnych Kresach są mocno przesadzone. Wyrazem tego jest tom zatytułowany „Byli, są. Czy będą…?”W zamieszczonym w nim reportażu zatytułowanym „Cmentarz polskości” stwierdziła “…im dłużej wędruję, im baczniej obserwuję, tym coraz mniej we mnie nadziei, a coraz więcej zwątpienia”. Ze stuprocentową pewnością można zaryzykować twierdzenie, że w kolejnej książce zarysowany przez Autorkę świat Kresów będzie zupełnie tragiczny. Jej diagnoza przyczyn znikania polskości na Kresach przedstawiona w tym tomie jest jak najbardziej trafna. Głównym zagrożeniem dla polskości na dawnych Kresach stał się Kościół rzymskokatolicki. Zwłaszcza na terenach Ukrainy i Białorusi. Na Litwie i w Mołdawii Kościół nadal podtrzymuje polskość. Teresa Siedlar-Kołyszko z rozpaczą w niej konstatuje: „Latem 2006 roku na Bracławszczyźnie (Białoruś) tamtejsze Polki z płaczem mówiły: „Ksiądz Biskup Sławomir powiedział: <>.

Ponieważ Polaków można spotkać na całym świecie, a ja mogłam się przyjrzeć z bliska Kościołowi katolickiemu w Stanach Zjednoczonych, spróbuję porównać duszpasterstwo tam, na drugiej półkuli, w obcym państwie, gdzie Polacy są emigrantami, i tu – na ziemiach wschodnich Rzeczypospolitej, gdzie Polacy żyją od setek lat, gdzie są u siebie.

Otóż, w Stanach Zjednoczonych istnieją setki, jeśli nie tysiące kościołów katolickich „polskich”, to znaczy tych, w których służba liturgiczna jest wyłącznie w języku polskim. Gdzie msze święte, kazania, śpiewy – wszystko odbywa się po polsku. Przy każdym kościele pracują siostry różnych zgromadzeń, które katechizują po polsku dzieci, po polsku przygotowują je do Komunii Świętej. Uczą polskich pieśni, a także organizują z dziećmi po polsku okolicznościowe uroczystości i przedstawienia (np. jasełka). Przy wielu kościołach działają polskie szkoły sobotnie, gdzie dzieci uczą się języka polskiego, polskiej historii, geografii. Przy większości kościołów pracują organizacje harcerskie. Biskupi przyjeżdżający z Polski z ramienia episkopatu gorąco zachęcają do zachowania mowy ojców, do dbałości o pamięć historyczną, o tożsamość narodową. Niby ta sama opieka duszpasterska nad Polakami za granicą i taka różnica. Wynikałoby stąd, że Polacy, którzy prawie wyłącznie z własnej woli, z chęci zarobku opuścili Ojczyznę, to lepsi i prawdziwsi Polacy, a ci, którzy zawsze żyli na swojej ziemi, na ziemiach Rzeczypospolitej, to ci gorsi, lub nawet nie-Polacy. Oni, strażnicy naszych narodowych pamiątek, oni, wierni Polsce i wierze ojców w najgorszych, najtragiczniejszych czasach, kiedy za polską mowę, za polską książeczkę do modlenia wywożono na Kołymę lub od razu rozstrzeliwano. Im teraz odmawia się wsparcia i pomocy w przetrwaniu. Straszne to i rozpaczliwie smutne.

Byli…są…Czy będą…? A jeśli nie będą, to kto ten śmiertelny grzech – wynaradawiania Polaków – przyjmie na siebie? Kto odpowie za tę zbrodnię na żywym wciąż Narodzie przez Bogiem, Polską i Historią. Kto?…”

To pytanie jest oczywiście retoryczne.

Marek A. Koprowski

Teresa Siedlar-Kołyszko, Byli, są. Czy będą…?, Kraków 2006, Wydawnictwo „Impuls” s. 461.

Teresa Siedlar-Kołyszko, Od Smoleńska po Dzikie Pola. Trwanie Polaków na ziemiach wschodnich I Rzeczypospolitej, Kraków 2008 , Wydawnictwo „Impuls” s. 295.

forma płatności