Ukraińscy nacjonaliści nie powinni oburzać się na szefów dyplomacji stalinowskiego ZSRR i hitlerowskich Niemiec, lecz wyrażać im wdzięczność za przywrócenie integralności terytorialnej Ukrainy – twierdzi ukraiński polityk i historyk Dmytro Tabacznyk.
W zajmującym całą kolumnę rosyjskiego dziennika „Izwiestija” artykule „Od Ribbentropa do Majdanu” Tabacznyk – były szef prezydenckiej kancelarii Leonida Kuczmy i wicepremier Ukrainy w prorosyjskich rządach Wiktora Janukowycza, a równocześnie kawaler Orderu Jarosława Mądrego i laureat wielu dziennikarskich nagród – protestuje przeciwko zrównywaniu odpowiedzialności ZSRR i III Rzeszy za rozpętanie II wojny światowej.
Kontrowersyjnych tez jest więcej: Tabacznyk broni paktu Ribbentrop-Mołotow i twierdzi, że wkroczenie Armii Czerwonej do Polski 17 września 1939 roku nie było aktem agresji. Szczególnie jednak krytykuje niektóre decyzje podjęte wtedy przez Józefa Stalina, a zwłaszcza włączenie do Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej „wschodniopolskich, zachodnioukraińskich ziem”. Według niego to „mina z opóźnionym zapłonem, która eksplodowała po rozpadzie ZSRR”.
„Jak pokazała Wielka Wojna Ojczyźniana, a następnie rozwój poradzieckiej Ukrainy, Galicjanie praktycznie nie mają nic wspólnego z narodem Wielkiej Ukrainy, ani w sensie mentalnym, ani wyznaniowym, ani językowym, ani politycznym – zauważa autor. – Mamy różnych wrogów i różnych sojuszników. Co więcej, nasi sojusznicy, a nawet bracia – to ich wrogowie, zaś ich „bohaterowie” (Stepan Bandera i Roman Szuchewycz) – to dla nas mordercy, zdrajcy i poplecznicy hitlerowskich katów” – dodaje.
Tabacznyk podkreśla, że „Galicjanie dostarczyli większość kadr dla hitlerowskiej pomocniczej policji, formacji Abwehry i SS” a także byli siłą napędową „majdańskiego puczu” – jak nazywa pomarańczową rewolucję – „który tylko cudem, dzięki opanowaniu ówczesnych władz, nie przekształcił się w wojnę domową” – zaznacza. Także dziś to, co złe, przypisuje Galicji, stwierdzając: „dzisiejsza antyukraińska, antyrosyjska, antyeuropejska i antyhumanitarna postawa ukraińskich władz w dużej mierze jest wynikiem galicyjskiej przemocy w polityce Ukrainy”.
Dużej części dzisiejszych problemów można było uniknąć, twierdzi Tabacznyk, gdyby Galicja w 1939 roku została włączona do ZSRR jako samodzielny podmiotu, „nie wspominając już o tym, że w 1945 roku można ją było bez bólu zwrócić Polsce” – dodaje.
Winą za wybuch II wojny światowej tradycyjnie już Tabacznyk obarcza „autorytarny rząd Polski”, który zablokował „jedyny pakt prawdopodobnie mogący zapobiec wojnie – sojusz zbiorowego bezpieczeństwa ze Związkiem Radzieckim” poprzez odmowę wpuszczenia wojsk radzieckich na swoje ziemie.
„Polska podpisała własny pakt o nieagresji z nazistowskimi Niemcami i zaanektowała czeskie terytorium, co pozwala obiektywnie ocenić oświadczenie polskiego prezydenta Lecha Kaczyńskiego, iż Związek Radziecki »zadał cios w plecy«” – pisze Tabacznyk. Dodaje też, że na powrocie do granic sprzed paktu Ribbentrop – Mołotow nie ucierpiałaby Rosja, ale Ukraina, która „(jeśli oczywiście będziemy konsekwentni) będzie musiała zrezygnować ze wszystkich ziem za Zbruczem (które powinny wrócić do Polski), z Północnej Bukowiny i Południowej Besarabii (należy zwrócić Rumunii) i Zakarpacia (do 1939 roku wchodziło w skład Czechosłowacji, a w latach 1939-45 należało do Węgier)” – wskazuje autor.
Według Tabacznyka, ukraińscy nacjonaliści „to dziwni ludzie”. „Nazywają okupacją ponowne zjednoczenie Ukrainy i Rosji zgodnie z decyzją Rady Perejasławskiej w 1654 roku, ale za nic w świecie nie chcą zwrócić Krymu, podarowanego im z okazji 300-lecia tej »okupacji«. Piętnują jako haniebną politykę narodowościową Stalina, ale chcą żyć w ukraińskim państwie, którego granice zostały określone w czasach ZSRR” – zauważa.
Kurier Wileński/PAP/Kresy.pl





























