Złota Wolność i wolna miłość

Publiczne dopuszczanie do głosu wszystkich opcji moralnych i łamanie tabu, prowadzi najczęściej nie tyle do powiększenia strefy wolności w ogóle, co do powiększenia jej w jednej tylko dziedzinie, a ograniczenia w drugiej.

Chwała swobód

Kiedy król Zygmunt III przywdział koronę, a niepokorny Habsburg, który chciał nad polską wolnością zatriumfować, wzięty został do niewoli przez trybuna szlacheckich swobód – Joachim Bielski wyśpiewał niezwykłą pochwałę Rzeczypospolitej.

Słyszymy w niej, że choć „Indyjskie rzeki złota dosyć mają”, choć włoskie kraje są bogatsze od Polski – to jednak Polska słynie lepszymi bogactwami. Ma bowiem nad wszystko „droższe swobody”, za które polska „młódź” – czyli najbardziej bojowa część stanu rycerskiego – zawsze chętnie nadstawi karku. Samborzanin na usługach wolnej miłości

Za tego samego Zygmunta III zdarzył się ciekawy przykład literackiej kariery, opartej poniekąd zarazem na wolności słowa i na tegoż słowa ograniczeniu. „Liber Chamorum” Nekandy Trepki odmalowuje losy młodzieńca, niejakiego Kaspra, miejskiego synka z Sambora – bo w Samborze „krawiec ojciec jego beł” – który wyjechał na wielki świat, czyli do Krakowa, gdzie się dzięki swoim wierszom zaczął kolegować „z panięty zarówno”. Tam ów Kasper, krawiecki syn, „Twardowski nazwał się”, choć do herbu prawa nie miał. Obracał się bez wątpienia w środowisku Akademii, gdzie bawiła szlachecka młodzież pospołu z młodzieżą miejską, a obracał się bez wątpienia niemoralnie i wenerycznie. Sławę w towarzystwie zapewniły mu ulotnie i anonimowo przepisywane wiersze, składające się na „Lekcyje Kupidynowe”, rymowane w dziesięciu punktach. Rzecz szła o tym, jak uwieść panienkę. Wedle starej obserwacji, Kasper opisał, jak to Kupido wlewa w amantów miłość (a raczej: zakochanie), wystrzeliwując ze swego łuku pięć strzał. Te powodują, iż on i ona zbliżają się do siebie, po kolei: patrząc, mówiąc, dotykając, całując, a wreszcie dokonując rzeczy, która w łożu się odbywa (choć w poemaciku finalny „coitus” był „interruptus” przez staruchę, która z nagła nawiedziła sypialnię panienki). Rzecz zgrabnie zrymowana i smaczna (czy niesmaczna, jak kto woli), zyskała poklask wesołej drużyny.Skuszony powodzeniem tekstu, autor zamierzył dać go do druku (też anonimowo) i tu się naciął. Właśnie bowiem nastał w Krakowie biskup Marcin Szyszkowski, który zaczął dyscyplinować drukarzy. Dowiedziawszy się, że „Lekcyje” mają być powielone w drukarni niejakiego Franciszka Cezarego, kazał je zawczasu wpisać w rejestr ksiąg zakazanych.

Zdaje się jednak, że Kaspra wcale nie przestraszyła biskupia interwencja. Sam się przecie pod poemacikiem nie podpisał, ściganie żadne mu nie groziło, a rozpustnego życia nikt podówczas w Polsce nie karał, prócz kary naturalnej, czyli ewentualnej francy. Gdyby się był Kasper szlajał w takiej na przykład Genewie, kędy rządzili zażarci protestanci, mogłoby mu podobne grzeszne prowadzenie nie ujść na sucho, może by go nawet na stos rzucono; tu zaledwie inkryminowany tekścik okazał się niedrukabilny.

Rozpustnik dotkniony ręką Bożą

Jednak rok później dwudziestopięcioletni poeta poważnie zachorował. Czując zagrożenie rychłym zgonem, doznał szoku – i zrozumiał, że choroba jest karą, prawdziwym Chrystusowym dotknięciem, gwoli opamiętania grzesznika. Natychmiast napisał inny poemacik, aby – jak sam rzekł – „tymże sposobem, którym się osobliwie Boga obrażało, pokutę czynić i dobrymi rymami złe wetować”. Tytuł i materia były pobożne, acz nieodmiennie barokawe: „Łódź młodzi z nawałności do brzegu płynąca”. Tekst ów został oczywiście bez przeszkód opublikowany. Nowym dziełkiem młody poeta odszczekał wszystko to, co naszczekał uprzednio. A na dodatek zbliżył się do jezuitów i zaczął medytować w ich świątyni, ozdobionej licznymi a pięknymi obrazami, o czym sam dał świadectwo w liście do rzeczonych, krakowskich jezuitów:

„Niemało mi materyjej dodała kaplica abo oratoryjum Waszmościów ozdobami swymi, które tak są dobrze sposobione, że trudno rozsądzić, jeśli więcej i barziej ochędóstwu miejsca świętego służą, czyli patrzącym do wszelkiego nabożeństwa, postępku w cnotach, ohydy grzechów, zakochania się w bojaźni Bożej są okazyją i pobudką, a czegom sam na sobie doznał…”

Pokuta powtórna

Dziesięć lat później Kasper Twardowski popełnił kolejny, trzeci poemat, do pewnego stopnia zadziwiający (choć zadziwiający tylko tych, którzy historii literatury nie zgłębiali, bo podobne procedery nierzadko się pośród literatów zdarzały i zdarzają): mianowicie powtórzył własne, młodzieńcze dzieło, owe „Lekcyje Kupidynowe” przeformatowując jednak tytuł i odmieniając czarne na białe – to znaczy opis Wenery na opis Matki Bożej, opis Kupidyna – na opis Dzieciątka Jezus, opis „kozaczków” służących Wenerze – na opisy aniołków, zaś ogniste strzały Kupidynowe – na ogniste strzały Miłości Bożej, i tak dalej. W ten sposób powstała „Pochodnia Miłości Bożej z piącią strzał ognistych”, opublikowana w roku 1628. A kierunek tego, co Kasper robił za młodu – odwrócił się o sto osiemdziesiąt stopni. Bez wątpienia za sprawą działalności biskupa i jezuitów. Choć interweniował i sam Pan Bóg, jeśli wierzyć poecie.

Sarmacka wolność słowa

Czy działalność biskupa Szyszkowskiego i ojców jezuitów była moralna? Czy wolno „łamać sumienia”, karcić wolnomyślicieli, zabraniać druku, krótko mówiąc: ograniczać wolność słowa, promując jeden tylko dukt myśli? Czy zatem kariera literacka Kaspra Twardowskiego nie była karierą podobną do kariery stalinowskich literatów, idących z prądem?

Nie. Zdecydowanie nie był to model kariery stalinowskiej. Zresztą przypomnijmy: polska szlachta traktowała wolność słowa jakoświętą. A przypomnijmy to słowami arcykatolickiego sarmackiego wieszcza, Wespazjana Kochowskiego – który włożył Panu Bogu w usta tę sławną wypowiedź: „W opiece mojej jest wolność: i ja sam tylko przez przewiedzenie wiem, komu ją mam w zawiadowanie poruczyć”. Kochowski i jego czytelnicy uważali, że Pan Bóg powierzył hołubienie wolności właśnie Polakom.

Jak pogodzić to umiłowanie wolności z istnieniem cenzury? Czy wynikałoby stąd, że wolność wypracowana i ukochana przez Sarmatów zgniła i spaczyła się za sprawą działania konserwatywnych biskupów i jezuitów, tych, którzy nagięli działalność poetycką Kaspra Twardowskiego do katolickiej miary?

Żadną miarą. Wolność szlachecka i cenzura nie stały wobec siebie w sprzeczności. Pewnie, że protestanci mieli o tym swoje zdanie; tu jednak mówię o katolikach, a katolikiem zresztą był sam Kasper Twardowski. Nie chcę też wchodzić w kwestię, czy wpisanie niemoralnego dziełka na indeks było zasadne, czy nie (bo rzecz to wcale nie taka nieoczywista, że nie). Zauważmy jednak co innego: wolna katolicka szlachta akceptowała pewne ograniczenie wolności słowa – czynione przecież rękami swoich własnych synów i braci, kapłanów i biskupów – w imię czegoś, co nazwać by można ówczesną moralnością publiczną. Tak samo zresztą akceptowali to ograniczenie wolności słowa domagający się wolności dla swej wiary protestanci. Zauważmy, że ta sama szlachta – i katolicka, i protestancka zresztą – świntuszyła w swoich prywatnych księgach, zwanych silva rerum, wpisując w nie sprośne wierszyki; nie stawała jednak w obronie oficjalnego prawa do druku tych samych wierszyków.

Wnioski prymitywnoproste w pysk

Wnioski są proste. Istnienie moralności publicznej jest sprawą ważną. Dlaczego? Bo publiczne dopuszczanie do głosu wszystkich opcji moralnych i łamanie tabu, poprzez, na przykład, dopuszczenie do powszechnej akceptacji dla rozpasania seksualnego – prowadzi najczęściej nie tyle do powiększenia strefy wolności w ogóle, co do powiększenia jej w jednej tylko dziedzinie, a ograniczenia w drugiej. Krótko mówiąc, po okresie przełamywania tabu powstaje zwykle tabu nowe, które zakazuje zwracania uwagi na to, co było zakazane przez tabu poprzednio funkcjonujące…

Poniekąd my, współcześnie, w Polsce, Europie i Stanach – jesteśmy świadkami takiego właśnie procesu. I albo zakończy się on upadkiem obecnej moralności publicznej i powstaniem nowej, obawiam się, ze znacznie bardziej represywnej – albo nastąpi to, co zdarzyło się w Rzeczypospolitej za Zygmunta III: ograniczenie swobody rozpasalnej…

Cóż. Co do mnie, z dwojga złego wolę, żeby zakazywano publikacji promujących seksualne rozpasanie, niż żeby zakazywano publikacji, które seksualne rozpasanie krytykują. I miłą mi jest przemiana, jaką przeszedł Kasper Twardowski – sądzę, że czyniąc szczerze – a zupełnie nie marzy mi się przemiana odwrotna: pobożnego człowieka w rozpasańca. I marzą mi się tacy biskupi, i tacy jezuici, którzy rozpasańców nie głaszczą, lecz pokazują im Pochodnię Miłości Bożej. Czasem więc mówię z cicha: Sarmacjo, wróć!

Jacek Kowalski

———

W załączeniu: Joachim Bielski, „Pieśń nowa o szczęśliwej potrzebie pod Byczyną” z płyty wydanej wraz z książką JK „Niezbędnik Sarmaty”, Fundacja świętego Benedykta, Poznań MMVI

———

Poematy Kaspra Twardowskiego ukazały się w ostatnich latach w serii wydawniczej Instytutu Badań Literackich w Warszawie jako tomy 2, 7 i 11 „Biblioteki Pisarzy Staropolskich”: „Pochodnia Miłości Bożej z piącią strzał ognistych” w opracowaniu Krzysztofa Mrowcewicza, zaś „Lekcyje Kupidynowe” i „Łódź młodzi z nawałności do brzegu płynąca” w opracowaniu Radosława Grześkowiaka

———




Zbierzmy 1000 stałych darczyńców i wyłączmy wszystkie zewnętrzne reklamy na Kresach. Pomóż nam zbudować solidną dziennikarską platformę, publikującą ekskluzywne, wysokiej jakości informacje, opinie i analizy, utrzymującą się wyłącznie dzięki zaufaniu Czytelników.

Kresy.pl są w 100% oddolną obywatelską inicjatywą, nie stoją za nami ani medialne konsorcja, ani rządowe dotacje. Naszym celem jest przeciwstawianie się wszelkim formom manipulacji opinią publiczną w Polsce. W dobie wojny informacyjnej nie ma zadania bardziej palącego niż odpowiedzialne wspieranie zaufanych mediów.

Wyłącz reklamy

Wesprzyj jednorazowo

1 odpowieź

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz

  1. Avatar
    jumanyga :

    Wczoraj w TVN24 w Babilonie była rozmowa o zmianie płci i o skandalicznym polskim prawie w którym sąd pyta się o pozwolenie na zmianę płci dziecka, a powinno być i są prace nad ustawą że np takie 13-15 letnie dziecko nie musi się pytać o pozwolenie na zmianę płci…

    Strach mieć dzieci… Cały trud utrzymania dziecka na barkach rodziców a jeszcze nie mają mieć żadnych praw do decydowania…

    A co do wolności, dopuszczania do rozmowy wszystkich opcji, racji i stanowisk to wydaje się to całkiem sprawiedliwe ale z drugiej strony podobało mi się to co powiedział Bohdan Poręba że prawda jest tylko jedna i nie ma sensu dostawiania do niej kłamstwa aby pokazać całe spektrum problemu czy jakoś tak.