W rozmowie z Kresami.pl Rafał Ziemkiewicz wskazuje na cztery główne „grzechy” międzywojennej polskiej polityki zagranicznej – przykłady braku realizmu władz II RP przed Wrześniem 1939 roku. Czy dzisiejsza polityka zagraniczna Polski jest podobna do tej, którą prowadziła sanacja w latach 30. XX wieku?

Tegoroczna rocznica wybuchu II wojny światowej, która rozpoczęła się od agresji III Rzeszy na Polskę, przypadła na czas burzliwej wymiany ciosów między głównymi stronami naszej sceny politycznej. Trudno tu jednak mówić o debacie, która dotyczyłaby faktycznej refleksji nad polską polityką sprzed kilkudziesięciu lat. Czy Polacy, szczególnie Ci rządzący Polską po 1989 roku, a szczególnie w obecnych czasach, wyciągnęli jakieś wnioski z Września’1939 roku i lat wcześniejszych, które do niego doprowadziły? Zdaniem Rafała Ziemkiewicza, pisarza i publicysty „Do Rzeczy”, związanego ze Stowarzyszeniem Endecja – zdecydowanie nie.

– Nie mogliśmy wyciągnąć żadnych wniosków, bo tak naprawdę prawie nikt w Polsce, zarówno w kraju, jak i na emigracji, nie zajmował się po pierwsze odcyfrowaniem tego, co się stało w latach 1935-39 w naszej polityce zagranicznej, a po drugie -zrozumieniem, gdzie tkwił błąd – mówi Ziemkiewicz Kresom.pl.

Ten materiał powstał dzięki pracy dziennikarzy portalu Kresy.pl.
Wspieraj rzetelne dziennikarstwo.

Ślepa zemsta i źródła mitu

– Po 1939 roku był krótki okres, kiedy próbowano rozliczyć sanacje z popełnionych błędów, ale szczerze mówiąc, była to jedynie prymitywna, ślepa zemsta gen. Sikorskiego na ludziach, którzy go prześladowali. A także zemsta ze strony innych prześladowanych przez reżim sanacyjny. Ale ta zemsta była w zasadzie wymierzana na ślepo. Do obozu Cerizay we Francji, a później na Wyspie Węży w Szkocji trafiło mnóstwo ludzi przypadkowych, którzy nie byli wcale jakimiś wysokimi funkcjonariuszami sanacji. Po prostu, kogoś trzeba było ukarać – mówi Kresom.pl Ziemkiewicz.

– Powstała komisja, która miała wyjaśnić, jak doszło do tej klęski. A potem klęski sypnęły się jedna po drugiej: rozkopano groby katyńskie, zginął gen. Sikorski, na konferencji w Teheranie przekazano Polskę Stalinowi, a już po upadku powstania warszawskiego naprawdę nikt nie był zainteresowany rozdrapywaniem ran i szukaniem prawdy historycznej, bo tak naprawdę liczyło się już tylko jedno – stworzyć jakiś mit, który by Polaków trzymał w kupie i pozwalał jakoś przetrwać ten horror, który nastąpił. I potem tak było przez pół wieku.

– I mimo, że w 1989 roku zyskaliśmy możliwość zastanowienia się nad swoją historią, nikt tego nie robił – uważa publicysta. – Ponieważ nikt się nad nią nie zastanawiał, to też nikt się nie zastanawiał nad tym, jaką politykę zagraniczną prowadzić teraz. I myślę, że na tej zasadzie można powiedzieć, że dzisiejsza polityka zagraniczna rzeczywiście prowadzona jest równie bezmyślnie, jak polityka międzywojenna. Zwłaszcza ta z końca lat 30. XX w. Można by tu wskazać różne istotne podobieństwa. Chociaż zastrzegam – historia nigdy się nie powtarza dokładnie zero-jedynkowo, nigdy nie powtarza się w szczegółach. To nie jest sytuacja identyczna, ale można zaobserwować podobne mechanizmy.

Polityka wewnętrzna ponad zagraniczną

Co było zasadniczymi cechami sanacyjnej polityki międzywojennej, zwłaszcza po śmierci Józefa Piłsudskiego?  – Po pierwsze, istniało coś w rodzaju prymatu polityki wewnętrznej nad zagraniczną – twierdzi Ziemkiewicz. – Polityka zagraniczna prowadzona była tak, żeby podobała się Polakom. Ponieważ ówczesny reżim sanacyjny był słaby, bał się własnego społeczeństwa, szukał legitymizacji, którą trochę do 1935 roku dawała legenda Piłsudskiego – jako zwycięzcy Bitwy Warszawskiej, twórcy legionów i Armii Polskiej. Ta legenda rzeczywiście działała. Gdy umarł, jego następcą stał się Śmigły-Rydz, który z oczywistych względów nie miał takiej legendy. Więc szukano jakiejś legitymizacji, którą uczyniono mocarstwowość.

Publicysta zaznacza, że było hasło bardzo popularne. – Po tym wielkim triumfie 1920 roku Polacy chcieli słyszeć, że dążymy do mocarstwowości, odzyskujemy należne nam miejsce wśród wielkich narodów, a więc musimy mieć kolonie, musimy ekspandować na inne kraje, po prostu – musimy być mocarstwem.  I trwała taka licytacja na to, kto takie mocarstwo zbuduje.

– Niestety, to była choroba nie tylko rządu sanacyjnego – zaznacza Ziemkiewicz, wskazując na ówczesną opozycję. – Zarówno narodowcy, jak i ludowcy, kupowali tę narrację i wzięli udział w tej licytacji. Przez wiele lat, aż do kwietnia 1939 roku Narodowa Demokracja bardzo ostro atakowała sanację za to, że jest nie dość antyniemiecka. Postrzegano wtedy, skądinąd niebezpodstawnie, rząd sanacyjny, a zwłaszcza Józefa Becka, jako sojuszników Hitlera. A endecja burzyła umysły Polaków mówiąc, że jesteśmy silniejsi od Niemiec i po prostu powinniśmy odebrać im resztę Śląska, Pomorze, bo stać nas na to – bo jesteśmy mocarstwem.

Przeczytaj: Polityka Józefa Becka

– Oczywiście, odpowiedzią sanacji na to była dalsza licytacja: „nie, to my zbudujemy z Polski mocarstwo, stworzymy Polskę wielką, ogromną, sięgającą od morza do morza” – mówi Ziemkiewicz. – I ta licytacja sprawiła, że polska polityka zagraniczna była polityką zupełnie szaloną, w najmniejszym stopniu nie opartą na realnych możliwościach Niemiec i ZSRR, tylko na odwoływaniu się do chciejstwa przeciętnego polskiego wyborcy, który z oczywistych powodów nie mógł mieć zielonego pojęcia o tym, jak wyglądał stosunek sił w Europie. Tym bardziej, że jego jedynym  źródłem wiedzy na ten temat była prasa, która była cenzurowana i w której, przypomnę, gdy Stanisław Cat-Mackiewicz w głębokiej trosce o Polskę napisał, że polska armia wymaga dozbrojenia, to jego tekst ocenzurowano, a on sam trafił do Berezy Kartuskiej. No bo skoro twierdził, że armia wymaga dozbrojenia, to zasugerował, że jest niewystarczająco uzbrojona. Już samo to było powodem, żeby go tam wysłać. To był pierwszy straszliwy grzech naszej międzywojennej polityki – podporządkowanie jej całkowicie prymatowi polityki wewnętrznej.

Tę informację dostarczył portal Kresy.pl.
Wspieraj rzetelne dziennikarstwo.

Ziemkiewicz dodaje, że w tym czasie toczyła się w obozie sanacji rywalizacji między Rydzem-Śmigłym i Beckiem. – W gruncie rzeczy również o to samo – czyli o to, kto pokaże się Polakom, jako ten bardziej zdecydowany mocarstwowy przywódca, który bardziej nie daje sobie w kaszę dmuchać i bardziej pokaże temu żałosnemu Hitlerkowi, uzbrojonemu w tekturowe czołgi, gdzie jest jego miejsce.

Polityka oderwana od rzeczywistości

– Druga sprawa, to było prowadzenie polityki bez jakiegokolwiek rozpoznania rzeczywistej sytuacji – podkreśla publicysta „Do Rzeczy”. – Przede wszystkim, strasznym problemem było to, że władze sanacyjne uległy 100-proc. dezinformacji Stalina, który włożył mnóstwo starań w to, aby cały świat uznał, że ZSRR jest bardzo słaby, rozpada się właściwie, a przede wszystkim nie ma żadnych zamiarów ekspansji zewnętrznej, tylko wręcz przeciwnie. Sam Stalin w oficjalnych wystąpieniach mówił: „potrzebujemy co najmniej 50, a może nawet 100 lat, żeby dogonić kraje Zachodu”, więc niedwuznacznie sugerował ,że Świat nie może się ze strony Związku Sowieckiego niczego obawiać. Bo reżim tamtejszy nie myśli o eksporcie rewolucji, tylko o własnym przetrwaniu.

– To była oczywiście realizacja mądrości chińskiego mędrca Sun Zi (Sun Tzu), którego praca jest do dziś podstawą nauczania w rosyjskiej akademii dyplomatycznej i w akademiach wojskowych – zaznacza. Przypominając, że ten wielki starożytny chiński strateg uczył, że pierwszym warunkiem uzyskania sukcesu w wojnie jest oszukanie przeciwnika. – Sun Zi pisze: jeśli jesteś słaby, musisz przekonać przeciwnika, że jesteś silny; jeśli jesteś silny – musisz go przekonać, że jesteś słaby; jeśli chcesz atakować, musisz mu wmówić, że będziesz uciekał, a jeśli chcesz uciekać, musisz mu wmówić, że będziesz atakował. I dokładnie to Stalin zrobił. Rzeczywiście udało mu się przekonać rząd polski, że Związek Sowiecki jest słaby i zaraz się rozpadnie.

Przeczytaj: Bieg ku klęsce

Ziemkiewicz zwraca uwagę, jak wpływało to na postawę władz II RP. – Jeszcze w początkach 1939 roku polski ambasador słał z Moskwy memoriały, że upadek ZSRR jest bardzo bliski i musimy być w gotowości, by wkroczyć na te tereny ogarnięte chaosem i zaprowadzić porządek po tym, jak to państwo upadnie – bo może to być dosłownie lada chwila. Tak fantastycznie udało się Polaków zdezinformować. I z tego wynikały wszystkie dalsze problemy naszej polityki zagranicznej.

Mit wielkiego mocarstwa

– Kolejnym, trzecim problemem, czy może przykładem braku realizmu, była wiara w to, że jesteśmy wielkim mocarstwem – uważa Ziemkiewicz. – Wiara w to, że polska armia jest sobie w stanie w pojedynkę poradzić z Niemcami. Mimo, że istniały studia w sztabie generalnym o tym, ze Polska nie jest w stanie samodzielnie wygrać wojny z Niemcami i może to się stać tylko w drodze stawiania oporu i oczekiwania na uderzenie z zachodu na III Rzeszę, przez Francję i Wielką Brytanię. To wszystko wskazuje na to, że dowództwo i kierownictwo polityczne nie przyjmowało tego do wiadomości.

Tę informację dostarczył portal Kresy.pl.
Wspieraj rzetelne dziennikarstwo.

Publicysta wskazuje w tym kontekście na osobiste doświadczenia Rydza-Śmigłego. – W 1920 roku rzeczywiście okazał się on bardzo zdolnym dowódcą na poziomie korpusu, dywizji czy nawet grupy dywizji. Sprawnie manewrując swoimi wojskami wygrywał właściwie przez cały czas wojny z bolszewikami z dużo większymi siłami, z którymi miał do czynienia. Można zrozumieć, że był przekonany, że w wypadku ewentualnego konfliktu z Niemcami będzie to samo. Wprawdzie armia polska jest mniej liczna od niemieckiej, ale dzięki duchowi bojowemu i tym sprawnym manewrom, których nauczyła się czasie wojny polsko-bolszewickiej, sobie poradzi.

– Oczywiście, doświadczenie 1939 roku pokazało, że były to mrzonki – zaznacza. – Po pierwsze, minęło 20 lat i całkowicie zmieniła się technika wojenna, podczas gdy nasza armia z 39’ roku w zasadzie nie różniła się od tej z 1920. Plan polskiej wojny to był plan manewrów mas piechoty, tak jak w 1920 roku. A tu się pojawiło lotnictwo, broń pancerna, szybkie kolumny – coś co całkowicie zmieniło teatr wojny. Po drugie, czym innym była wojna z Armią Czerwoną, która była hałastrą – wprawdzie liczną i mającą trochę zdolnych dowódców carskich, ale generalnie kierującą się zasadą „urra!” i „nakryjemy wroga czapkami, bo nas tak wielu”, a wojną z najlepszą i najsprawniejszą armią ówczesnego świata, czyli armią niemiecką końca lat 30. W każdym razie to przekonanie, że jesteśmy w stanie wygrać wojnę z Niemcami nawet bez Francji i Wielkiej Brytanii, niestety warunkowało zachowanie naszego rządu.

Po czwarte: „nie oddamy nawet guzika!”

– Po czwarte – nie wiem, która z tych spraw jest najważniejsza, ale dominowała zasada, którą Rydz-Smigły wyraził w tym powiedzeniu, że nie oddamy ani sukmany, ani nawet jednego guzika – mówi Kresom.pl Ziemkiewicz. – Otóż był taka zasada, ze coś nam się należy, w związku z czym nie możemy z tego ustąpić. Bo „nam się należy”. To jest oczywiście zaprzeczenie polityki jako takiej, która mówi, że trzeba osiągnąć to co możliwe. A żeby osiągnąć to, co możliwe, to trzeba czasem nie tyle wyrzec się, co na jakiś czas zrezygnować z pewnych innych celów. Polska polityka roku ’37-’39 chciała osiągnąć wszystkie możliwe cele i nic mniej. Mamy być mocarstwem.

Przeczytaj: Śmigły-Rydz

– Pozostawiam uznaniu czytelnika porównanie tego z polityką, jaka prowadzimy dzisiaj i stwierdzenie czy istnieją jakieś podobieństwa, czy też nie. Moim zdaniem podobieństwa istnieją – w przekonaniu o tym, że nikt nam nic nie zrobi, bo to przecież niemożliwe, żeby nam się coś stało. I w przekonaniu, że decydującą kwestią w stosunkach międzynarodowych jest słuszność. A skoro my mamy słuszne racje, żeby się domagać np. reparacji, traktowania nas  na równi z innymi krajami UE, żeby domagać się naszych praw tu i tam, to skoro mamy słuszne prawa, to nie możemy oddać ani guzika. Myślę, że również ocena rzeczywistego stosunku sił i realistycznego spojrzenia na to, jak rzeczywiście wyglądają polityczne potencjały uczestników tej gry, jaką prowadzimy, a także kwestia prymatu polityki wewnętrznej nad zagraniczną, czyli prowadzenia tej drugiej w taki sposób, żeby zwiększać swoją popularność w kraju. To również są podobieństwa, które można wskazać. Ale, jak powiedziałem – nie chcę przesądzać. Niech czytelnik sam, w swoim rozumie i wedle swojej wiedzy, zważy i podejmie decyzję – podsumowuje ten wątek publicysta.

Sojusz z Hitlerem

Ziemkiewicz odniósł się również do krytyki formułowanej przez niektóre środowiska, które stanowczą odrzucają jakąkolwiek opcję, polegającą na ściślejszej współpracy II RP i III Rzeszy. Wskazując m.in. na „General Plan Ost” i bezdyskusyjnie zbrodniczy charakter nazistowskich Niemiec.

– Historyk, który badał wnikliwie Hitlera powiedział, że w tym, co Hitler planował, tak naprawdę były tylko dwie rzeczy niezmienne: nienawiść do Żydów i nienawiść do Francji; chęć zniszczenia Żydów i oczyszczenia Niemiec, a najlepiej całego świata, z wpływów żydowskich i chęć rewizji traktatu wersalskiego. To były dwie niezmienne rzeczy w polityce Hitlera. Cała reszta była kwestią taktyki uważa Ziemkiewicz.

Przeczytaj: Racja stanu II Rzeczypospolitej a sojusz z Niemcami

Zdaniem publicysty, również  stosunek Hitlera do Polski i innych krajów Europy Środkowej był kwestią taktyki. – A ci, którzy używają takiego retorycznego młota pod hasłem „nie mogliśmy przecież być w sojuszu z Hitlerem, bo to potwór, ludobójca, straszliwy zbrodniarz”, co oczywiście nie ulega żadnej kwestii, nie chcą zauważać jednej, zasadniczej rzeczy: my byliśmy w sojuszu z Hitlerem. To był sojusz niewypowiedziany, niepodpisany, ale ówcześnie nikt – ani Hitler, ani Stalin, ani przywódcy Zachodu – nie miał żadnej wątpliwości, że Polskę trzeba uważać za sojusznika Hitlera. I uważano tylko, że Polacy targują się, żeby zanim podpiszą ten sojusz, uzyskać jak najlepsze dla siebie warunki.

– Otóż, polityk z szerokimi perspektywami i z wielką odpowiedzialnością za Polskę i myślący realistycznie, gdyby się trafił w tamtym czasie, powinien był zrozumieć już w 1935 roku (po tym jak Zachód odrzucił nasze oferty wojny prewencyjnej przeciwko Niemcom i przyjął politykę appeasement), że trzeba dokonać zasadniczego wyboru. Albo Hitler dążący do odbudowy Niemiec w szerokich granicach jest dla nas zagrożeniem, albo jest dla nas przyjacielem zauważa.

– Jeśli jest zagrożeniem, to trzeba było przyjmować, mimo wcześniejszych rozczarowań, oferty, które z Zachodu płynęły ws. wspólnego występowania przeciwko Hitlerowi – twierdzi publicysta. – Co prawdopodobnie uniemożliwiłoby mu podbój Austrii, a na pewno Czechosłowacji. Jeżeli był naszym przyjacielem, a szczerze mówiąc zachowywaliśmy się w tedy tak, jak byśmy tak uznali, to trzeba było się już tego trzymać. I w kwietniu 1939 roku, kiedy polityka ta przyniosła konkretne, wymierne owoce, tzn.  z jednej strony owszem, otrzymaliśmy Zaolzie, ale z drugiej zostaliśmy z trzech stron otoczeni przez Niemcy (które dzięki przejęciu czechosłowackiej armii i potencjału zbrojeniowego Czech stały się z dnia na dzień blisko dwukrotnie silniejsze niż wcześniej), trzeba było przy tym konsekwentnie pozostać i przyjąć warunki ultimatum niemieckiego. Czyli zgodzić się na eksterytorialną autostradę niemiecką przez Pomorze i polską przez Gdańsk i na przystąpienie do paktu antykominternowskiego. A także na to, co najbardziej bolesne – czyli klauzulę konsultatywną. A więc zobowiązanie się do wzajemnego uzgadniania polityki zagranicznej Polski i Niemiec. To były dwa realne warianty.

Ziemkiewicz mówi, że sanacja ostatecznie zdecydowała się na przyjęcie wariantu pierwszego. – Do kwietnia 1939 roku zachowywała się tak, jakby Hitler był naszym przyjacielem, a jego dążenie do odbudowy Niemiec w szerokich granicach było dla nas korzystne, po czym nagle całkowicie zmieniła front i postanowiła wystąpić przeciwko Hitlerowi, co sprawiło, że jego przygotowania wojenne, pierwotnie przeciwko Zachodowi, zostały przesunięte w naszą stronę i skierowane na Polskę. Więc błąd został popełniony w tym miejscu. Trzeba było zdecydować się konsekwentnie na jeden z tych wariantów.

Dlaczego, stało się tak, jak się stało? – Mówiłem o tym mocarstwowym urojeniu. Beck uważał, że możemy wyciągać z podbojów Hitlera korzyści dla siebie, nie podejmując wobec niego oficjalnych zobowiązań. Ponieważ nawet jeśli się wzmocni tymi podbojami, których dokonuje, to przecież nasza armia jest tak silna, że w razie czego da mu nauczkę i w każdej chwili możemy zmienić front i przywołać go do porządku. To było absolutnie oparte na urojeniach, o czym bardzo boleśnie przekonaliśmy się we wrześniu 1939 roku.

Kresy.pl

Reklama



3 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz

  1. tagore
    tagore :

    Lektura dokumentów z archiwum francuskiego ministerstwa spraw zagranicznych w pałacu D’Orsay rysuje nieco inny obraz Pana Becka niż urojenia Ziemkiewicza.
    Porozumienie z Niemcami nie doszło do skutku ,z przyczyn praktycznych. Wiosną 39 roku
    ostatecznie rozwiały się nadzieje na jakiś kompromis ,inny niż w stylu Czeskim „hart”.

  2. jazmig
    jazmig :

    Ziemkiewicz guzik wie. Czym innym są listy ambasadora w Rosji, a czym innym raporty wywiadu, który wbrew pozorom dość dobrze funkcjonował zarówno w Niemczech, jak i w ZSRS.

    Armia czerwona była słaba i do pokonania nawet przez Polskę, przynajmniej na terytorium, które nas interesowało, bo oczywiście nie było mowy o zdobywaniu Moskwy. Wyobrażenia Ziemkiewicza, jakoby polskie władze nie miały pojęcie o sile sowieckiej armii są fałszywe. Ta armia była naprawdę słaba.

    Podobnie jak chodzi o armię niemiecką, Polacy doskonale znali jej wartość bojową i wbrew pozorom byli przygotowani do wojny z Niemcami. Niewątpliwie wielkim błędem było dopuszczenie do tego, że Niemcy przejęli całą Czechosłowację, ale z drugiej strony trudno pozytywnie ocenić czeską armię, mimo jej wyśmienitego wyposażenia. Polska powinna wesprzeć Czechosłowację w jej problemach z Niemcami wbrew Anglii i Francji. Tu właśnie tkwił zalążek późniejszej klęski wrześniowej. Należało zrobić wszystko, aby w przypadku braku możliwości obrony Czechosłowacji, przejąć jej uzbrojenie. Tego niestety polskie władze nie uczyniły licząc na Francję i Anglię w wojnie z Niemcami, ale jak wiemy, ta wiara była fałszywa.