Piotr Wielgucki – czyli popularny bloger Matka Kurka – bezpardonowo atakując Pawła Kukiza i jego ruch, z dziennikarza obywatelskiego stał się kimś na granicy agitatora politycznego. Wyrządza tym szkodę poszukiwaniu prawdy. Bo skoro okazuje się, że traktuje opisywane przez siebie sprawy wybiórczo, niekonsekwentnie, podając jako pewniki nieprawdziwe informacje – to jak traktować inne aspekty jego działalności?
Popularny bloger Matka Kurka – czyli Piotr Wielgucki – niegdyś zagorzały przeciwnik Prawa i Sprawiedliwości, który zyskał niebywałą popularność po tym, jak wypowiedział wojnę Jerzemu Owsiakowi, od pewnego czasu koncentruje się na innym temacie. Teoretycznie jest to opis osób, które angażują się w działalność polityczną wspólnie z Pawłem Kukizem. Faktycznie głoszone przez niego tezy mają jednak na celu nie tyle dociekanie prawdy, lecz skompromitowanie Kukiza w oczach społeczeństwa.
Powyższemu tematowi Wielgucki poświęcił już kilka tekstów, formułując szereg tez, które prezentuje jako absolutne pewniki. Pierwszą z nich jest wyraźna sugestia, że polityczne zaangażowanie Pawła Kukiza ma wymiar całkowicie koniunkturalny. Miał rozpocząć swoją działalność głównie ze względu na konflikt z resztą członków zespołu „Piersi”, a w pełni zaangażować się w nią dopiero, gdy ich współpraca przeszła do historii. Dotyczy to nie tylko bezpośredniego udziału w polityce, ale również nagrywanej przez Kukiza muzyki – przede wszystkim płyty „Zakazane piosenki”, co miało uwiarygodnić go w oczach szeroko rozumianej opozycji.
Bloger całkowicie – i zapewne świadomie – pomija to, że wspomniana płyta nie była pierwszym tego typu nagraniem w karierze muzycznej Pawła Kukiza. Słowem nie wspomina również o jego zaangażowaniu w Powiernictwo Polskie, popieraniu kandydatury Marka Jurka na prezydenta w 2010 roku, krytykowaniu niemieckiego Związku Wypędzonych za czasów niesławnej Eriki Steinbach, wspieraniu Marszu Niepodległości oraz zainicjowaniu ruchu Zmielonych.pl czy odznaczeniu za swoją działalność społeczną Orderem Uśmiechu i Medalem św. Brata Alberta.
Wielgucki wyraźnie sugeruje również, że flirt Pawła Kukiza z polityką był nie tylko interesowny i obliczony na własny zysk, ale co więcej – był kompletnie chaotyczny: „[Kukiz] najpierw przykleja się do Piotra Dudy i Solidarności, potem flirtuje z Ruchem Narodowym i KNP, po drodze są jeszcze chłopi z Samoobrony i zmieleni.pl [pis. oryg. – MT]”. Gdy to mu się rzekomo nie udaje, decyduje się na współpracę z tzw. separatystami, czyli dolnośląskim KW Bezpartyjni Samorządowcy. Założyli go ludzie związani wcześniej z prezydentem Wrocławia Rafałem Dutkiewiczem, którzy odcięli się od niego i odeszli, gdy ten przed ubiegłorocznymi wyborami samorządowymi zdecydował się na ścisłą współpracę z Platformą Obywatelską. Zyskali tym ruchem wspomniane miano „separatystów”.
Wielgucki słowem nie wspomniał o tym, że owocem współpracy Pawła Kukiza i Piotra Dudy była tzw. Platforma Oburzonych, łącząca liczne osoby i środowiska przeciwne działaniom rządu Donalda Tuska, a jej zasadniczymi postulatami było wprowadzenie JOW i zmiana ustawy o referendum ogólnokrajowym. Tym postulatom Kukiz pozostaje wierny do dziś. Kiedy drugi z liderów zaczął traktować je chłodniej, drogi obu panów zaczęły się rozchodzić. Jednak do teraz Kukiz bardzo pozytywnie wyraża się m.in. na temat Dominika Kolorza, szefa śląsko-dąbrowskiej Solidarności (także w wywiadzie dla Kresów.pl). Z kolei Wielgucki miesza ciąg i charakter wydarzeń, by pokazać kandydata na prezydenta RP jako chwiejnego i pozbawionego poglądów koniunkturalistę.
Popularny bloger wydaje się przy tym celowo manipulować, opisując ordynację wyborczą w wyborach do sejmików wojewódzkich. Jego zdaniem, przykład udziału Kukiza w wyborach to pewien rodzaj „modelu JOW w pigułce”. Tymczasem w wyborach do sejmiku obowiązuje ordynacja proporcjonalna, a nie większościowa – o czym z całą pewnością dobrze wie. Jest to jednak dla niego użyteczne, by wykazać, że wprowadzenie JOW doprowadziłoby do zacementowania sceny politycznej przez lokalne układy poprzez wystawianie w wyborach osób znanych i popularnych. Wielgucki nie ukrywa, że jest zdecydowanym przeciwnikiem ordynacji większościowej.
Z kolei główny zarzut stawiany „separatystom”, z którymi współpracował Paweł Kukiz, dotyczy tego, że są to osoby z nieraz długim stażem w polityce, z których część parokrotnie zmieniała swoje afiliacje. Opisując ich wymienia głównie osoby związane z wieloletnim prezydentem Lubina, Robertem Raczyńskim. Generalnie przedstawia ich jako cynicznych graczy, wykorzystujących stanowiska w spółkach samorządowych wyłącznie dla własnych korzyści, a także koniunkturalistów, którzy zmieniają barwy na najkorzystniejsze w danym momencie. W niektórych przypadkach sugeruje, że są to osoby w różnym nieoficjalnym stopniu powiązane z PO.
Generalnym zarzutem jest również to, że osoby kandydujące w wyborach wpłacały pieniądze na swój komitet wyborczy. Część wsparła później komitet Kukiza podczas kampanii prezydenckiej. Ma to jednocześnie dowodzić dwóch rzeczy. Po pierwsze, że kandydaci stworzyli rodzaj kliki, w której wzajemnie wspierają siebie oraz tych, których chcą od siebie uzależnić (vide: Kukiz). Ponadto ich afiliacje, głównie w spółkach samorządowych, mają świadczyć, że zdołali stworzyć – jak to określił Wielgucki – „perpetuum mobile”, samo-wybierającą-się maszynę. Po drugie, osoby te jako sponsorzy Kukiza wymuszają na nim różne rzeczy, a wręcz – jak twierdzi bloger w kontekście Marka Jakubiaka – płacą mu za konkretne poglądy.
Sytuacja, w której członkowie komitetu wpłacają na jego rzecz pieniądze nie jest jednak zjawiskiem nadzwyczajnym. Sprawa wyglądałaby inaczej, gdyby istniało uzasadnione podejrzenie, że zostały one pozyskane z naruszeniem prawa. Z tekstów Wielguckiego nic takiego nie wynika, choć sugeruje on, że sama działalność wymienianych przez niego osób nosi znamiona „przekrętu”. Kwestie obsad spółek miejskich i udziału w wyborach są natomiast szerszym problemem. Tu nie przedstawiono jednak żadnych dowodów na działalność niezgodną z prawem.
Bloger wskazuje również na osoby, które wg niego współpracują z Kukizem, „rwąc się do organizowania lokalnych struktur”. Wymienia m.in. byłego działacza PiS Macieja Maciejowskiego, byłego burmistrza Ursynowa i inicjatora referendum ws. odwołania prezydenta Warszawy Piotra Guziała czy bohatera afery starachowickiej Andrzeja Jagiełło. Stwierdza przy tym wprost, że to „Raczyński i spółka” będą ustalać, kto będzie częścią nowego ruchu – i to w skali całej Polski. To, że Kukiz twierdzi, że „z nikim z establishmentu politycznego nie rozmawia”, dla Wielguckiego nie ma absolutnie żadnego znaczenia – tylko niepotrzebnie zaburza to jego narrację.
Najprościej ujmując, treść tej narracji polega na tym, że Kukiz jest jedynie marionetką, całkowicie bezwolną i sterowaną przez osoby oficjalnie stojącymi za nim, która ma umożliwić im przejęcie władzy w znacznie większej skali – może i ogólnokrajowej.Na ich czele ma z kolei stać nie kto inny, jak właśnie Raczyński. Bloger zdaje się wręcz stwierdzać, że jego wcześniejszą marionetką (czy raczej trampoliną) miał być prezydent Wrocławia Rafał Dutkiewicz. Z kolei sam Raczyński ma działać według planu opracowanego przez „wielkiego i póki co nieznanego gracza”.Ostatnio stwierdził również, że wszystko odbywa się z pomocą obecnego szefa MSZ Grzegorza Schetyny, a samym „projektem” może być zainteresowany Dutkiewicz.
Raczyński w tekstach Wielguckiego przedstawiony jest jako „lubiński baron”, a lektura wywołuje wrażenie, że w Lubinie od wielu lat rządzi bezwzględny dyktator o potężnych możliwościach i jeszcze większych ambicjach, którego dwór – złożony wyłącznie z krewnych, znajomych bądź osób od niego uzależnionych – bezwzględnie łupi mieszkańców biednego miasta, zbyt stłamszonych i zastraszonych, by jakkolwiek mu się przeciwstawić.
W ostatnich wyborach Raczyński zdobył ponad 70% głosów. Wcześniej Lubin w rankingu czasopisma samorządu terytorialnego „Wspólnota” dwa razy z rzędu znalazł się w pierwszej dziesiątce najbogatszych miast powiatowych. W 2014 roku Lubin znalazł się na szóstej pozycji. Nie można więc powiedzieć, że jest to miasto zaniedbane i zabiedzone.
Prezydent Lubina miał również niezłą prasę. W rankingu prezydentów 2013 „Newsweek” sklasyfikował go na 15 miejscu w Polsce. Chwalono, że „trudno znaleźć drugie polskie miasto z tak równo przyciętą trawą i tak porządnie położonym asfaltem”, zaś przychody osiągane z podatków były trzykrotnie większe niż w stolicy. Jednocześnie zaznaczano uprzywilejowanie miasta dzięki obecności KGHM.
Jednak niedługo po ogłoszeniu wyników wyborów samorządowych (gdzie Raczyński znalazł się w grupie odcinającej się od PO) ta sama gazeta opublikowała artykuł, w którym krytycznie opisano zarówno prezydenta Raczyńskiego, jak i inne osoby rządzące miastem. Rysowano obraz „kliki”, analogicznie jak Wielgucki, w skład której wchodzą m.in. osoby prawomocnie skazane, gdzie władza utrzymuje się głównie dzięki obsadzaniu „swoich” w spółkach miejskich. Powoływano się również na wypowiedzi kilku mieszkańców, którzy uważali, że żyją w czymś na kształt prywatnego folwarku.
W tym miejscu nasuwa się refleksja: skoro sytuacja w Lubinie jest tak tragiczna, to dlaczego ludzie nie tylko się na nią godzą, ale nawet nie próbują jej zmieniać. Domniemanie, że zdecydowana większość po prostu dała się kupić, czy wręcz zastraszyć, wydaje się co najmniej naiwne. Znane są przecież przykłady miast, w których władza wzbudzająca nieraz skrajne emocje po latach jednak się zmieniła – bo tak zdecydowali ich mieszkańcy głosujący w wyborach. Inną sprawą jest to, dlaczego negatywne opinie zaczęły pojawiać się na większą skalę dopiero wówczas, gdy konkretne osoby zaczynają być kojarzone z opozycją względem PO. Należy przy tym zaznaczyć, że co najmniej części zarzutów względem „ekipy Raczyńskiego” nie można uznać za bezpodstawne.
Podobna uwaga dotyczy innych osób, które przywołuje Wielgucki – poza własnymi opiniami zasadniczo nie przedstawia żadnych argumentów na ich potwierdzenie, a czasem podaje nieprawdziwe informacje. W odniesieniu do Patryka Wilda stwierdza, że był to człowiek Schetyny, który „potrafi łgać w żywe oczy, nawet gdy mu pod nos podsunąć dokumenty”.Nie dodaje, że był on członkiem PO przez niespełna rok (wyrzucono go w 2008 roku), a karierę polityczną w samorządzie rozpoczął już wcześniej. Nie precyzuje też, jakie zarzuty ma na myśli – wystarczy mu przedstawienie ogólnego obrazu. Nie wiemy, czy popularnemu blogerowi chodzi o sprawę zarzucenia Wildowi przez senatora Ludwiczuka kłamstwa i działania na szkodę lokalnej społeczności w związku z ważną inwestycją drogową (za co senator musiał przeprosić). Lokalne władze PO domagały się w 2014 roku usunięcia Wilda z szeregów stowarzyszenia Obywatelski Dolny Sląsk z prezydentem Wrocławia Rafałem Dudkiewiczem na czele, gdy ten ostatni zacieśniał swoją współpracę z Platformą.
Z kolei w przypadku głośnej afery w RTBS w Lublinie, której prezesem był Damian Stanikowski (wg Wielguckiego – ważny członek „kliki Raczyńskiego”) przed sądem nie stanęła „delegacja RTBS w osobie księgowej”, ale Edyta B., kierownik ds. administracji i finansów, której afera bezpośrednio dotyczyła. Ponadto, nie „wyprowadzono milionów złotych”– Edyta B. okradła spółkę łącznie na 944 tys. złotych.
Zasadnicza kwestia polega jednak na czym innym. W końcu nie jest tajemnicą, że w przypadku Lubina już wcześniej upubliczniono niekorzystne dla rządzących miastem fakty – jak nieprawidłowości w obsadzie spółek miejskich czy zatrudnienie byłego współpracownika SB. Chodzi o to, że zasadniczym celem Wielguckiego jest skompromitowanie Pawła Kukiza poprzez ukazanie go jako marionetki w rękach podejrzanych ludzi tworzących „quasi-mafijny” układ, którego celem jest uzyskanie dużo większej władzy. I na tym się koncentruje.Dlatego według swoistego klucza przedstawia inne osoby, które angażują się w „ruch Kukiza” – zupełnie pomijając to, że zarówno podczas kampanii prezydenckiej, jak i obecnie, w ważnych momentach najwięcej zależało właśnie od zaangażowania zwykłych ludzi. Przyznał to sam Kukiz w wywiadzie dla Kresów.pl.
Wielgucki ostatnio stwierdził wprost, że „na czele antysystemowej rewolucji Kukiza”stoją „partyjny baron, złodzieje i esbek”.Zupełnie nie bierze jednak pod uwagę samego Kukiza, który w środę wyraźnie zdystansował się od wcześniejszych działań i wypowiedzi prezydenta Lubina, dotyczącej m.in. podania nazwy Ruchu na zbliżającej się „konwencji WoJOWników”. „To wymysł pana Raczyńskiego i jeśli ma jakąś “niespodziankę” to niech ją sprezentuje w swojemu najbliższymu otoczeniu, do którego ja osobiście nie należę”– napisał Kukiz dodając, że cały ruch jest jego zdaniem rozgrywany, a wypowiedzi m.in. autorstwa Raczyńskiego „to nie przypadek”. „Na ile są świadomi ich konsekwencji – ich sumienie. Nas nie pokonacie. Nigdy”– stwierdził. To bardzo ważna deklaracja, jednak Wielguckiego zupełnie ona nie interesuje.Czy dlatego, że podważa to budowaną przez niego narrację – nie wiadomo.
Problemem jest również to, że popularny bloger nie tyle nie jest osobą postronną, co praktycznie nie ukrywającą, że jego działalność ma na celu wzmocnienie PiS poprzez jak największe osłabienie ruchu gromadzącego się wokół Kukiza, który jest dla niego „kompletnym idiotą”lub „cynicznym karierowiczem”. “Kukiza trzeba zgnieść do 7%, pół elektoratu zostawić w domach, jakieś 30% przeciągnąć do PiS”– napisał wprost na twitterze. I trudno nie odnieść wrażenia, że tę strategię Piotr Wielgucki konsekwentnie realizuje. Jako wojownik konkretnej partii – czego nie ukrywa.
Trudno powiedzieć, czy właśnie z tego powodu Wielgucki posuwa się do formułowania stwierdzeń nieprawdziwych. Wbrew temu, co utrzymuje, sztab wyborczy Pawła Kukiza zapłacił za wynajem hali na wieczór wyborczy po I turze wyborów prezydenckich. Podobnie myli się podając, że na tydzień przed terminem zbierania podpisów z poparciem kandydatury na prezydenta RP, Paweł Kukiz miał ich jedynie 30 tysięcy. Faktycznie, było ich wówczas około 150 tys. Podając tę nieprawdziwą informację bloger wyraźnie sugeruje, że wówczas do akcji wszedł „macher” Raczyński i jego ludzie, nakazując zbieranie podpisów w podległych sobie organach administracyjnych i spółkach – tak jak miało się to odbywać w przypadku Bronisława Komorowskiego.
Inna refleksja dotyczy tego, że Wielgucki zdecydowanie krytykuje nie tylko lubińskich samorządowców. Wydaje się być całkowicie przeciwny wszelkim niezależnym komitetom samorządowym. Sugeruje, że coś takiego jak niezależny komitet wyborczy po prostu nie istniej, a są to jedynie różne mutacje lokalnych „klik”. Czy preferuje w zamian rządy ogólnopolskich partii politycznych, a wręcz konkretnej siły politycznej – tego nie precyzuje. Wiadomo jednak, że jest zdecydowanym oponentem dwóch postulatów, które znajdą się we wrześniowym referendum – jednomandatowym okręgom wyborczym oraz niefinansowaniu partii politycznych z budżetu. Zapewne stąd jego upór, pasja i zaangażowanie. I w dużej mierze z tych cech bierze się kontrowersyjny aspekt jego działalności. To, że stara się poznać i analizować czyjeś zaplecze polityczne nie jest przecież niczym złym. Pokazywanie negatywnych stron działalności osób publicznych to wręcz konieczność. Problem polega na tym, że w tym przypadku mamy do czynienia z działalnością wyraźnie kierowaną osobistymi emocjami, prowadzoną według z góry założonej tezy.
Łączenie emocjonalnego podejścia i konsekwentne lansowanie przyjętej z góry tezy to już nie dziennikarstwo obywatelskie, jak chcą tego entuzjaści Wielguckiego i obrońcy jego działalności, ale coś na granicy agitacji politycznej. Paradoksalnie, bloger sam wyrządza tym szkodę nie tyle sobie, co dochodzeniu do prawdy. Bo skoro okazuje się, że traktuje opisywane przez siebie sprawy wybiórczo, niekonsekwentnie, a do tego podaje nieprawdziwe informacje – to jak wówczas traktować inne aspekty jego działalności?
Marek Trojan
