Białorusko-rosyjska wojna gazowa oraz wizyta Dmitrija Miedwiediewa w USA – to, według naszych komentatorów, najważniejsze wydarzenia ubiegłego tygodnia.
Maria Przełomiec (TVP):
Aleksander Łukaszenka wygrał konfrontację z Rosją. Bardzo sprytnie zagrał podwójnym długiem: Białoruś jest wprawdzie winna Rosji 200 mln dolarów za gaz i ropę, ale Rosja zalega wobec Białorusi 260 mln dolarów za tranzyt tych surowców. Łukaszenka natychmiast spłacił swój dług, ale wciąż oczekuje od Moskwy uregulowania należności wobec jego kraju. Z propagandowego punktu widzenia to bardzo dobre zagranie. Wydaje się jednak, że Łukaszenka jest dość zdenerwowany na obecne władze rosyjskie i być może zagrał trochę za mocno. Wygląda na to, że nie podpisze on unii celnej, na której tak bardzo zależy Rosji. Możemy więc mieć za chwilę ciąg dalszy konfliktu między tymi państwami – konfliktu, na którym Białoruś może tym razem stracić. Dlatego, że jeśli Rosja wprowadzi cła zaporowe na towary białoruskie, to się skończy tak jak się skończyło w zeszłym roku, czyli znacznymi stratami Białorusi.
Wszystko to jest obliczone na zbliżające się wybory prezydenckie. W oczach swoich współobywateli Łukaszenka swoimi posunięciami zyskał. Z kolei w oczach Zachodu straciły obie strony. W efekcie Unia Europejska zaczyna sobie zdawać sprawę z tego, że kwestie energetyczne mogą być niebezpieczne, więc musi ona mieć jakiś projekt na wypadek konfliktów gazowych. Ta cała sytuacji może mieć też konsekwencje dla Polski. Być może białoruskie władze pokłócone z Moskwą pójdą na jakieś ustępstwa wobec polskiej mniejszości.
Warto też wspomnieć o wizycie Dmitrija Miedwiediewa w USA. Jest ona przez rosyjskie media pokazywana jako jedno wielkie pasmo sukcesów. Podobny entuzjazm przebija przez amerykańskie media, chociaż trudno znaleźć dla niego uzasadnienie. W rozmowach na najwyższym szczeblu podejmowano temat Iranu. Rosja jak na razie popiera stanowisko amerykańskie w tej sprawie tylko połowicznie. Miałam okazję rozmawiać ostatnio ze znanym niemieckim ekspertem do spraw rosyjskich, Borisem Reitschusterem, który powiedział, że Zachód jest bardzo naiwny w kontaktach z Rosją. Uzyskuje ona wszystko, prawie nic w zamian nie dając. To jest niebezpieczne również dlatego, że władze rosyjskie nie widzą powodów do przeprowadzenia zmian w polityce wewnętrznej.
Jerzy Haszczyński (Rzeczpospolita):
W mijającym tygodniu warto zwrócić uwagę na małą wojnę białorusko-rosyjską w kontekście unijnym. Mam wrażenie, że Rosja w sprytny sposób przetestowała Unię Europejską, a głównie najważniejsze państwa zachodnie. Test dotyczył tego, jak zareaguje Zachód, jeśli rurociągi przechodzące przez Białoruś nie będą funkcjonowały. I oto nasi zachodni sojusznicy udzielili Rosji pełnego poparcia, o Białorusi natomiast mówią, że to niewiarygodny partner. W tle mamy więc wszelkie forsowane przez Rosję projekty, które zakładają omijanie takich krajów jak Litwa, Ukraina czy Polska. Z tej krótkiej wojny gazowej Rosja wyszła umocniona z przekonaniem, że Zachód zaakceptuje każdą jej ofertę niezależnie od cen, jakie się z tym wiążą.
Inny ważnym wydarzeniem jest usunięcie pomnika Stalina w Gori. Gruzja Saakaszwilego miała zawsze problem z tym, że jej dążeniom na Zachód towarzyszył kult Stalina. Nawet za prezydentury tego prozachodniego polityka nie potrafiła się ona zdestalinizować i zdekomunizować. Bardzo dobrze więc, iż Saakaszwili zdecydował się na symboliczne rozstanie z pomnikiem sowieckiego dyktatora, który wciąż straszył w jego rodzinnym mieście. Smutne jest to, że w Gori było bardzo trudno znaleźć kogoś, kto by się sprzeciwiał obecności tego pomnika. Saakaszwili postawił się więc znacznej części swoich rodaków, ale długofalowo zrobił bardzo ważną rzecz dla swojego kraju. Bo chodzi tu również o wiarygodność Gruzji na Zachodzie.
Andrzej Talaga (Dziennik Gazeta Prawna):
Za przełomową należy uznać wizytę Dmitrija Miedwiediewa w USA. Jest ona przełomowa dlatego, że w jej trakcie rozmawiano nie tylko o zbrojeniach czy polityce międzynarodowej, ale również o biznesie. Miedwiediew złożył cały szereg deklaracji, które mogą zmienić sytuację w Rosji, chociaż nie muszą. Wszystko zależy od praktyki.
Rosyjski prezydent ogłosił znaczące zmniejszenie liczby przedsiębiorstw o znaczeniu strategicznym, a więc takich, w które firmy zachodnie nie mogą inwestować (zresztą nikt nie może w nie inwestować bez zgody państwa rosyjskiego). Dalej, Miedwiediew zapowiedział, że państwo nie będzie się uwłaszczać na inwestycjach zagranicznych, tak jak to się zdarzyło w przypadku koncernu BP na Sachalinie, gdy duża inwestycja w sektor gazowy została przejęta przez państwo rosyjskie (oczywiście państwo ją spłaciło, ale na zasadzie całkowitej arbitralności, bez żadnych powodów biznesowych).
Rosja teraz w ramach programu modernizacji potrzebuje know-how – nowych technologii, zarówno w dziedzinie przemysłu, jak i zarządzania. A nikt ich nie otrzyma, jeśli kapitał zachodni nie uzyska gwarancji bezpieczeństwa, takich jakie są w krajach cywilizowanych, w których można nie tylko zacząć jakieś przedsięwzięcie, ale i długo je prowadzić.
Rodzi się więc pytanie o to, jak konkretnie będzie wyglądać realizacja deklaracji złożonych przez Miedwiediewa. Warto w tym kontekście wspomnieć o projekcie ośrodka naukowo-technologicznego, który ma powstać w Skołkowie pod Moskwą, jako rosyjska odpowiedź na amerykańską Dolinę Krzemową. Tylko, że jest to odgórna inicjatywa państwa, przypominająca projekty Piotra I dla inżynierów i rzemieślników z Niemiec i Holandii.
Ówczesne punktowe inicjatywy cara nie objęły całego kraju, nie przełożyły się na rozwój gospodarki rosyjskiej, lecz pozostały wydzielonymi strefami innowacji technologicznych. Aby się ta historia nie powtórzyła Rosja potrzebuje nie tylko wiosek takich jak Skołkowo, ale i nowych przepisów, które w dodatku będą egzekwowane przez urzędników. Jeśli obecnemu kierownictwu państwa się to nie uda, wówczas wszystko skończy się tak jak za Piotra I.
Not. FM
