Wiktor Szałkiewicz

Wiktor Szałkiewicz – kresowy bard, mieszkający w Grodnie udzielił wywiadu portalowi Kresy.pl na temat swego życia, twórczości, oraz sytuacji Polaków i kultury polskiej na Kresach.Kresy.pl: Porozmawiajmy o pana Twórczości. Śpiewa pan po białorusku i polsku. Dlaczego akurat w tych dwóch językach?

Wiktor Szałkiewicz: Oba te języki nie są mi obce. Jest u nas taka fajna tradycja rodzinna – w Porzowie, skąd pochodzę, to wszyscy rozmawiali przynajmniej w dwóch językach. W tak zwanym języku prostym i po polsku. Byli też tacy, którzy umieli rozmawiać w jidysz, czy po niemiecku, ale wiadomo, tylko wtedy, kiedy było z kim rozmawiać.

A kiedy zaczął pan śpiewać?

Jeszcze w szkole średniej. Potem była taka historia, że rodzice podarowali mi gitarę, od czego wszystko się zaczęło. Zacząłem komponować, ale miałem taką trudną drogę, w szukaniu swojego stylu i języka. Oczywiście jak każdy młodzieniec w tym wieku pisałem po rosyjsku, a potem zacząłem pisać po polsku. Przez długi czas pisałem tylko po polsku, potem po białorusku, a następnie po polsku.

W jednym ze swych utworów śpiewa pan o Grodnie, o tym co dzieje się z tym miastem. Czy mógłby pan wypowiedzieć się na temat zachodzących tam procesów, które pana niepokoją, czy polska kultura jest w Grodnie nadal obecna?

Wyrażę swój punkt widzenia. Grodno miało kiedyś swoje czasy świetności, w czasach głębokiego średniowiecza, później za króla Batorego. Potem znany pisarz emigracyjny Józef Mackiewicz nazywa to miasto małym, brudnym, żydowskim miasteczkiem. Po dawnych czasach nic nie zostało, a Grodno nie było nawet miastem wojewódzkim. No coś było, mieszkała tam Orzeszkowa, Nałkowska, był teatr przed wojną w Grodnie. Ale to wszystko chyba zniknęło po tej fali emigracji, na ziemie czasowo odzyskane. Ludzie ratowali się ucieczką na Śląsk, na Pomorze. Poznali bolszewików już w 1939 r., więc niczego dobrego się od nich nie spodziewali. Kultura polska istniała, ale to było tak urywkowo. Znam pojedynczych ludzi, którzy naprawdę pielęgnowali zwyczaje polskie w domach, śpiewali polskie piosenki. Znam więcej takich osób z mojego rodzinnego Porzowa. Właśnie tam zebrałem bardzo dużo ciekawych piosenek, śpiewanych po polsku, z końca XIX stulecia i początku XX, z okresu niepodległości. W Grodnie nie było to organizowane na szerszą skalę. W latach 90., kiedy powstał Związek Polaków, niby były próby, aby reaktywować tę kulturę, ale to wszystko powinno się opierać na ludziach, którzy będą to robić. Wydaje mi się, że za dużo było politykowania, prób proszenia o więcej praw a mniej obowiązków. Niestety mamy to co mamy. To co się dzieje teraz w Grodnie, nie raduje mnie.

Jednak Grodno różni się od pozostałych miast na Białorusi. Zachowało część tego uroku…

Widzi pan, ja zawsze na swoich wystąpieniach mówię, że największą atrakcją miasta powinni być ludzie. Jeżeli nie ma ludzi, miasto okazuje się być zwykłą kupą kamieni. Znam paru takich fajnych ludzi, pokroju pana Bolesława Wołosewicza, który pracował u nas w teatrze dramatycznym, twardy facet, był akowcem. Poznałem też grono chórzystów przy kościele farnym, pan Stanisław Matusiewicz i inni, ale niestety oni odchodzą…

W miejscowościach takich jak Sopoćkine, gdzie większość mieszkańców rozmawia po polsku, można zaobserwować niepokojącą tendencję: dziadkowie i rodzice rozmawiają po polsku, ale już dzieci po rosyjsku, dlaczego wg pana mamy do czynienia z takim procesem zanikania języka polskiego, jako służącego do codziennej komunikacji?

Człowiek prosty się zawsze do sytuacji dostosowuje: w kościele mówi po polsku, z Rosjaninem po rosyjsku, po między sobą w jakiejś prostej gwarze. Myślę, że im za bardzo nie zależy na pielęgnacji tej tradycji i kultury, a bardziej na tym, aby znaleźć miejsce w życiu, wg mnie o to im chodzi przede wszystkim. Nasi rodzice byli wychowywani trochę inaczej, byli na pewno większymi patriotami. W II Rzeczpospolitej człowiek miał jakąś perspektywę, a nie wiem, czy teraz człowiek żyjący na Białorusi, obojętnie czy Polak, czy Białorusin, czy odczuwa on jakąś perspektywę…

W wielu piosenkach, używa pan bardzo wyrazistego języka, porusza pan trudne tematy, np. w utworze pt. chamskaja lada (хамская ўлада – chamska władza – przyp. aut.). Dlaczego śpiewa pan też takie piosenki?

Kieruje się jedynie poczuciem obowiązku, a poza tym, to bardzo ciekawy temat. Ten wójt Garbowski, był realną osobą i naprawdę, kiedy dawał żebrakowi pieniądze mówił: „Módl się żebracze, żeby cham nigdy nie był panem”, to było i wielu ludzi pamiętało to. Tak samo z piosenką o dzieciach kucharek, to się dzieje, moja twórczość jest odzwierciedleniem rzeczywistości.

Którą ze swoich piosenek lubi pan najbardziej, albo uważa za najważniejszą?

Widzi pan, ja swoich utworów nie rozróżniam, one wszystkie są dla mnie jak dzieci, a wszystkie dzieci się kocha. Mam co prawda taki tryptyk wrocławski i bardzo mi się podoba piosenka o tym, że ostatnim podmiejskim pociągiem z Woroników, przyjechała do miasta Wrocławia noc. Na rynku nikogo nie ma, wszędzie pusto, a tylko hrabia Aleksander Fredro siedzi sam i czeka na dorożkę, która zawiezie go do Lwowa. Wydaje mi się, że pomnik Fredry został nieszczęśliwie wypędzony, ze Lwowa, tak jak Sobieski do Gdańska. Ja myślę, że to kiedyś wróci i wróci w takich łagodniejszych okolicznościach

Jak jest pan odbierany na Białorusi, gdy śpiewa pan po polsku?

Raczej normalnie. Śpiewamy też po białorusku. Ostatni koncert mieliśmy z panem Anatolem w Mińsku, sala była bardzo duża: 300 – 500 osób. Z 50 osób poszło do domu, bo nie było biletów. Nie należymy do żadnych ugrupowań politycznych. Jesteśmy artystami i reprezentujemy swój własny punkt widzenia na to, co się dzieje. Chyba za to nas lubią. Uważam, że taka postawa pozwala uniknąć wielu nieszczęść i niepowodzeń.

Słyszałem, że jest pan bardem Wielkiego Księstwa Litewskiego…

To stare określenie (śmiech), ale rzeczywiście, coś w tym jest. Bardzo lubię Józefa Mackiewicza. Zacząłem czytać parę lat temu i przeczytałem wszystkie jego prace. To był fajny kraj. Naprawdę, Rzeczpospolita była bardzo dobrym krajem. Teraz próbują zrobić w Europie tę Unię, to przecież unia już była i to prawdziwa. Dla mnie i Ukrainiec i Polak i Litwin i Białorusin jest bratem. Trzeba szukać czegoś wspólnego. Nie, że ten był Ukraińcem, a ten Białorusinem, a tamten jeszcze kimś innym, tylko, że oni byli nasi.

Czy jest jakikolwiek sposób na zachowanie kultury polskiej na Kresach?

Oczywiście. Ja mówię, że chodzi przede wszystkim o ludzi, o osoby silne i twórcze, które powinny podjąć się tego ciężkiego trudu pisania po polsku i spisywania tych wszystkich spraw, które się dzieją dookoła. Jest za dużo miernoty. Nie wystarczy nabazgrać paru slów po polsku, aby być poetą. Mickiewicz też był poetą, tylko dobrym poetą (śmiech). Trzeba poświęcenia. Praca na rzecz polskości na Wschodzie, jest misją, której trzeba się poświęcić i odczuwać ją.

Dziękuję bardzo za rozmowę

Rozmawiał: Albert Kwiatkowski

Reklama



0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz