Kraje NATO zagrożone bezpośrednio rosyjską ekspansją muszą w większym stopniu polegać na własnych wysiłkach, w tym na rozbudowie klasycznych zdolności wojskowych.
Kryzys na Ukrainie uwidocznił potrzebę wzmocnienia wschodniej flanki NATO. Kraje, które weszły do Sojuszu po 1999 r., są relatywnie słabe militarnie. Nawet najsilniejsza w regionie Polska (nasz budżet obronny jest czterokrotnie większy od następnych w kolejności Czech czy Rumunii), wydaje 4-5 razy mniej niż słabnące przecież, duże kraje Europy Zachodniej, takie jak Wielka Brytania czy Francja. W tym samym czasie państwa Europy Środkowowschodniej graniczą z obszarem Wspólnoty Niepodległych Państw, zdominowanym w coraz większym stopniu przez wracającą do swojej mocarstwowej pozycji Rosję.
Co więcej, status państw naszego regionu może rodzić pytania o istnienie różnych kategorii członków NATO. W ramach przymiarek do przyjęcia pierwszej fali członków w 1999 r. „starzy” członkowie NATO wydali w lipcu 1997 r. tzw. deklarację madrycką, stwierdzając, że Sojusz nie ma intencji, planów i powodów do rozmieszczania na terytorium nowych państw członkowskich broni nuklearnej. Ponadto NATO odżegnało się wówczas od zamiarów stałego dyslokowania poważnych sił sojuszniczych na tym samym terenie.
Rosja na ścieżce ekspansji
Niestety, sytuacja strategiczna na wschodniej flance zachodniego świata od 1997 r. zmieniła się dramatycznie. Przypomnijmy, że mierzone w amerykańskich dolarach (bez uwzględnienia inflacji) rosyjskie wydatki obronne wzrosły od tamtego czasu dwudziestokrotnie. Wzrosła także agresywność rosyjskiej polityki w regionie, czego ostatnie efekty możemy właśnie obserwować. Pomimo ogólnego wzrostu wydatków wojskowych, również na zbrojenia konwencjonalne, Kreml sygnalizował w ostatnich latach także gotowość do jednostronnego użycia swojej taktycznej broni nuklearnej w regionie.
Po stronie Paktu aż do 2010 r. niewiele się jednak działo, aby uśmierzyć niepokój sojuszników ze wschodniej flanki, związany z rosyjskim potrząsaniem szablą. Tym bardziej nie było też kroków, które przełamywałyby niekorzystne zróżnicowanie statusu państw sojuszniczych. Dopiero po wojnie w Gruzji i agresywnych ćwiczeniach Zapad w 2009 r. członkowie Sojuszu zgodzili się, aby dokonać planowania ewentualnej operacji obronnej Polski i państw bałtyckich. Po tym okresie Stany Zjednoczone zaczęły także pracować nad pakietem rotacyjnej obecności wojskowej, która miała dać wschodnim aliantom tzw. widoczne gwarancje, czego elementem jest okresowa obecność amerykańskich samolotów C-130 i F-16 w Polsce.
Wydaje się oczywiste, że wobec rosyjskiej pełzającej agresji, która zdążyła już podważyć fundamentalne podstawy ładu międzynarodowego, NATO dysponuje wystarczającymi powodami, aby uznać deklaracje z 1997 r. za niewiążące w obecnej sytuacji. Niestety, nie widać, aby pośród sojuszników panowała wystarczająca wola, by zmienić ten stan rzeczy.
Minister spraw zagranicznych Niemiec Franz Walter Steinmeier negatywnie skwitował propozycje Radosława Sikorskiego, aby rozmieścić dwie ciężkie brygady zachodnich członków NATO na terenie RP, stwierdzając, że naruszałoby to porozumienie madryckie. W ten sposób nie tylko zastosował rozszerzającą, korzystną dla celów rosyjskich interpretację deklaracji z 1997 r., ale zasygnalizował, że dotychczasowe agresywne posunięcia Rosji z perspektywy Berlina nie są wystarczającą przesłanką do jej rewizji. Nieco korzystniejsze są deklaracje Francji, Wielkiej Brytanii i Danii, które ogłosiły zwiększenie swego udziału w misji patrolowania przestrzeni powietrznej państw bałtyckich.
Stosunkowo najdalej poszły Stany Zjednoczone – jednostronnie i już na początku kryzysu wysyłając eskadrę F-16 do Polski, znacząco zwiększając swój bojowy kontyngent lotniczy wspomnianego Baltic Air Policing oraz wysyłając okręty na wody Morza Czarnego. Warto przypomnieć, że wbrew dyplomatycznym zapewnieniom wysłanie amerykańskich jednostek nie było wcześniej planowane. Do Stanów Zjednoczonych dołączyła Kanada, zapowiadając wysłanie 6 samolotów CF-18. Wydaje się, że przejście kryzysu ukraińskiego w kolejną fazę – z rosyjskimi działaniami już na wchodzie Ukrainy kontynentalnej, powinno się spotkać z należytym wzmocnieniem odpowiedzi NATO. W połowie kwietnia sekretarz generalny Sojuszu Anders Fogh Rasmussen ogłosił podsumowanie trwających kilka tygodni polityczno-wojskowych prac i uzgodnień mających zmierzyć się z rosyjską ekspansją za wschodnią granicą NATO.
Zapowiedzi Rasmussena są dość ogólnikowe – na razie NATO ani państwa członkowskie nie ujawniły konkretnych kroków, jakie mają być przedsięwzięte, aby wzmocnić obecność i gwarancje sojusznicze na wschodniej flance. Mowa jest o większej liczbie samolotów, okrętów, a także większej gotowości i ilości ćwiczeń. Przewidziane środki nie wychodzą więc poza dotychczasową formułę „widocznych gwarancji” i doraźnych sygnałów, które Amerykanie wysłali w stronę rosyjską, przemieszczając okręty i samoloty do Polski, Rumunii i krajów bałtyckich. Pewnym pokłosiem tejże deklaracji były wyniki rozmów ministra obrony narodowej Tomasza Siemoniaka z jego amerykańskim odpowiednikiem Chuckiem Hagelem. Oprócz prawdopodobnej zgody na sprzedaż Polsce pocisków dalekiego zasięgu JASSM (co nie powinno zaskakiwać, biorąc pod uwagę, że Waszyngton zgodził się wcześniej na ich sprzedaż Finlandii – państwu w końcu nienatowskiemu), wzmocnienia współpracy sił specjalnych oznajmiono także czasową dyslokację symbolicznej wielkości kontyngentu wojsk lądowych USA (150-osobowej kompanii).
Ta zróżnicowana, ale w ogólnym bilansie dość umiarkowana odpowiedź sojuszników oznacza najwyraźniej, że na razie w łonie Sojuszu wygrała opcja uznająca, iż powiedziano w aktualnej sytuacji już w zasadzie wszystko, aby uspokoić wschodnią flankę i wysłać adekwatny sygnał Rosjanom. Mocniejszej odpowiedzi można się więc spodziewać chyba jedynie w momencie bezpośredniego zagrożenia terytorium państw NATO.
Zdani na siebie
Dzieje się tak z kilku przyczyn. Jedną z nich jest brak spoistości Sojuszu. Pakt Północnoatlantycki nie jest już tak zjednoczony jak w trakcie zimnej wojny. Zagrożenie nie ma już tak egzystencjalnego charakteru. Nie dotyczy całego kontynentu, a tylko Europy Środkowo-Wschodniej, którą Moskwa najwyraźniej chciałaby sobie ponownie podporządkować. Rosja dba o to, żeby dzielić Zachód i sterować ewolucją zachodniej społeczności w stronę wygodnej dla niej formuły koncertu mocarstw. Sprzyja temu wzmagający postawy krótkowzroczne kryzys gospodarczy.
Kolejną kwestią jest redukcja zdolności wojskowych europejskich członków Sojuszu. Ich siły zbrojne, w efekcie kryzysu oraz postzimnowojennej tzw. dywidendy pokojowej, przez lata były redukowane oraz przygotowywane do misji ekspedycyjnych poza Europą. W mniejszym stopniu niż w okresie poprzednim są więc przygotowane do stawienia czoła takiemu zagrożeniu, jak zreformowane siły rosyjskie. Dla przykładu – Niemcy posiadają ponad dwa razy mniej czołgów niż Polska. Ten rodzaj uzbrojenia zniknął zupełnie z arsenałów niektórych innych sojuszników, jak np. Holandii. Nawet największa potęga militarna Europy Zachodniej – Wielka Brytania – nie brała pod uwagę rosyjskiego zagrożenia, przeprowadzając swoje ostatnie reformy i cięcia w siłach zbrojnych.
Stawienie przez NATO czoła pełzającej ekspansji rosyjskiej to nie tylko ryzyko utraty krótkoterminowych korzyści. Oznaczałoby ono także konieczność zmiany paradygmatu modernizacji sił zbrojnych państw członkowskich Sojuszu. To pociągnęłoby za sobą zwiększone koszty, ale także być może mniejsze możliwości udziału w misjach ekspedycyjnych poza obszarem Sojuszu. Stany Zjednoczone obawiają się zwłaszcza o to, by konieczność reakcji na wydarzenia na wschodzie Europy nie przekreśliła ich możliwości zwrotu na Pacyfik, aby zmierzyć się z zagrożeniem chińskim.
To wszystko oznacza, że jeśli nie można przecenić nawet symbolicznej obecności zachodnich sojuszników, to kraje NATO zagrożone bezpośrednio rosyjską ekspansją muszą w większym stopniu polegać na własnych wysiłkach, w tym na rozbudowie klasycznych zdolności wojskowych. Musimy jednocześnie starać się, aby obecność zachodnich sojuszników – zwłaszcza Amerykanów, miała charakter stały, a także by współpraca z USA brała pod uwagę również zagrożenie rosyjskim arsenałem taktycznej broni nuklearnej.
Tomasz Szatkowski
“Nasz Dziennik”
