Walentyna Subocz w 1990 roku została wybrana do Rady Najwyższej Litwy. Prawdziwa liderka społeczności Polaków w Podbrodziu i okolicach jako parlamentarzystka szybko włączyła się działania ruchu autonomicznego.

Karol Kaźmierczak: Jak wspomina pani życie na Wileńszczyźnie w granicach Związku Radzieckiego?

Walentyna Subocz:Urodziłam się we wsi Gospoliszki niedaleko Podbrodzia. Tam była szkoła i w niej ukończyłam cztery klasy. Do starszych klas uczęszczałem już w Podbrodziu. Uczyli nas po polsku. W tym czasie mojego tatę zabrali sowieci. U niego w paszporcie zapisano Subocz Iwan. Ojciec powiedział: „To nie mój paszport. Nie wezmę go”. Dostał wyrok 15 lat. To był rok 1948. Paszportu nie chciał przyjąć i w dodatku był kułakiem, jak to określano. Wysłali go do Kaługi, byłam wtedy mała, natomiast pamiętam jak wrócił po śmierci Stalina. W rodzinie nas było siedmioro rodzeństwa. Ósmy brat poszedł do polskiej armii, przysłał jeden list i zaginął bez wieści. Po szkole poszłam uczyć się do Szkoły Pedagogicznej, również polskojęzycznej. Jeden rok uczyłam się w Trokach, później przenieśli naszą szkołę do Nowej Wilejki. Już z trzeciego roku, jako najlepszą studentkę, zabrali mnie do szkoły, bo wtedy brakowało polskich nauczycieli. Trafiłam do szkoły Korkożyszkach niedaleko Podbrodzia. Wtedy to był jeszcze rejon niemenczyński. Byłam nauczycielką starszych klas i zdarzało się, że niektórzy uczniowie byli starsi ode mnie. Uczyłam historii i rysunku. Uczniowie polubili mnie, a ja lubiłam uczniów. Egzaminy w Szkole Pedagogicznej zdawałam już eksternistycznie.

K.K..: Jak szeroki zakres miały powojenne wywózki na wschód? Czy pamięta pani wiele takich przypadków ze swojego środowiska lokalnego?

W.S.:Wiele rodzin się z tym zetknęło. Pamiętam jak jeszcze będąc dzieckiem słyszałam nocne płacze, hałasy. Wywieźli sąsiadów. Pamiętam taki okres, że nie widzieliśmy ni taty, ni mamy. W domu sama dzieciarnia, a dorośli się ukrywali nocami. Pamiętam jeszcze z tych czasów jak byłam mała, szliśmy z tatą koło Zułowa. Tam były jeszcze jakieś budynki i zagroda z końmi. Tato powiedział mi: „Pamiętaj córeczko, tutaj urodził się Piłsudski”. Pamiętam też, że w sieni naszego domu stał kufer babci. Pewnego razu przechodząc zobaczyłam, że ten kufer jest otwarty. To był duży kufer i leżało w nim wiele rzeczy. Była też jakaś karta, a na niej jakiś portret mężczyzny z wąsem. Patrzyłam na ten portret a babcia zobaczyła, wymierzyła mi klapsa i nakrzyczała na mnie. Ja się rozpłakałam. Po jakimś czasie babcia usadziła mnie na kolana i powiedziała: „Pamiętaj, to największy, najporządniejszy człowiek Józef Piłsudski, ale pamiętaj, zapamiętaj, nie mów nikomu, że widziałaś tu jego zdjęcie”.

K.K.: Zaraz potem pod koniec lat 40 zaczęła się kolektywizacja.

W.S.:Zaczęły się kołchozy. W latach 50 i 60 żyło się bardzo biednie. Tata nie chciał iść do kołchozu. Pamiętam jeszcze jak mamy brat, który spędził trochę czasu w Petersburgu, powiedział: „Jak możecie to wskoczcie na ostatni wagon” – to znaczy żeby zapisać się do kołchozu, bo tych którzy się nie zapiszą wywiozą na wschód. Pamiętam to, ja podsłuchiwałam, choć rodzice nie pozwalali nam słuchać tych rozmów. Ojciec miał dwa konie. Kobyłę do jazdy wierzchem a drugiego konia do pracy. Oczywiście zabrali oba. Ojciec pasł więc w kołchozie konie. I doglądał swojej ulubionej kobyłki. Był koniuszym, doglądał zwierząt nocą, prowadził orkę. Mimo to utrzymał kierat, którym mielił zboże na mąkę. Pomagał innym ludziom. Wtedy kołchozy rozliczały się na „trudo-dni”. Jesienią poszedł po zapłatę za cały rok, a miał bardzo dużo „trudo-dni”. Cały swój zarobek przyniósł na plecach. Przyszedł usiadł na dużej ławie. Przyszłam do niego, a on położył mi ręce na głowie i płakał. U mnie głowa była mokra. Mówił: „Czym ja was będę karmił”. A nas w rodzinie było dużo. Starsze rodzeństwo też pracowało w kołchozie. I przynosili z niego zboże. Tak ludzie sobie radzili.

K.K.: Kontynuowała pani karierę nauczycielki?

W.S.:Pracowałam jako nauczycielka tylko osiem lat. Od 1957 roku. Po studiach, po zdaniu egzaminów, uczyłam w szkole w Podubince, gdzie miałam pod opieką 57 dzieci. Nawet tam zdarzali się uczniowie starsi ode mnie. Pracowało mi się dobrze. Kłopotów nie było, bo rodzice byli kategoryczni.. Dopłacali mi za dobre wyniki pracy. Starałam się organizować koncerty, ale kiedy było trzeba to musieliśmy sadzić kukurydzę w kołchozie. Potem studiowałam zaocznie pięć lat na uniwersytecie w Leningradzie. Pamiętam, że chłopacy mawiali przy jedzeniu: „Ustąpcie miejsca Polce”. Pamiętam też jak jeden z wykładowców nachylił się nade mną i pyta się patrząc na moje zapiski: „Dlaczego tu polskiej litery?”. A ja wstałam i powiedziałam: „Bo ja Polka”.

K.K.: W 1964 roku rozwiązano rejon niemenczyński zamieszkiwany w większości przez Polaków. Podbrodzie i okolice przeszły do rejonu święciańskiego zamieszkiwanego w większości przez Litwinów. Czy wpłynęło to na instytucje życia polskiego na tym terenie, szczególnie szkoły?

W.S.: Pogorszyło się. Sprytnie to robili. Mało uczniów to zamykali szkołę a uczniów przenosili do Podbrodzia. A tam typowo polskiej szkoły nie było. W 1971 lub 1972 roku zamknęli także moją szkołę. Jedyna polska szkoła w rejonie pozostała w Magunach. Wybrali mnie sekretarzem komitetu wykonawczego apilinki – gminy terenowej Podbrodzia. Przewodniczącym apilinki był Polak. To był dobry człowiek, a on mówił mi: „Nareszcie mam dobrego pomocnika”. Pracując zawsze mówiłam po polsku. Zebrania rady zawsze zaczynałam po rosyjsku, ale kontynuowałam po polsku. Poleciła mnie do administracji pani Viktoria Purvenickaite. W połowie Polka, a może raczej w większej części Polka. Jej rodzina pochodziła z Petersburga, ale ona już się tutaj urodziła. W Niemenczynie była chyba drugim sekretarzem komitetu partii. Potem była sekretarzem partii w Święcianach. Jej spodobało się jak zajmowałam się dziećmi w szkole. W administracji otrzymywaliśmy niskie płace, takie same jak na poprzednim stanowisku. I ta sama pani Viktoria namówiła mnie na przejście do kołchozu. To było około 1975 roku i w kołchozach już wtedy dobrze płacili. W kołchozie imienia Adama Mickiewicza w Magunach przepracowałam 10 lat na stanowisku zastępcy przewodniczącego. Przewodniczącym był tam Polak, ale on ciągle po rosyjsku mówił. A ja po polsku. Dokumentacja była natomiast prowadzona w języku rosyjskim.

K.K.: W jakim języku ludzie wówczas rozmawiali między sobą w Magunach? Nie pytam o sytuacje formalne, ale codzienne, prywatne rozmowy.

W.S.: Nawet w formalnych sytuacjach mówiliśmy po polsku. Ja byłam zastępcą przewodniczącego do spraw socjalnych i kulturalnych, robiłam rozmaite zebrania, koncerty, wieczorki mickiewiczowskie na przykład. To wszystko było w języku polskim. Tylko jak ktoś przyjeżdżał z zewnątrz to mówiliśmy po rosyjsku lub litewsku. Pamiętam nawet zebranie z przodownikami pracy. Przyjechała z rejonu wspomniana pani Purvenickaite, był nawet ktoś z Komitetu Centralnego partii, człowiek żydowskiej narodowości. Pani Purvenickaite powiedziała po polsku „Trzech budrysów”. Ktoś nagle powiedział: „Proszę wszystkich wstać”. Wszyscy wstali. A on zaintonował: „Jeszcze Polska nie zginęła…”. Ja śpiewałam też. I wszyscy śpiewali bo tam byli sami Polacy. W tamtych czasach! W 1976 roku. Byłam pewna, że wezwą mnie za to na dywanik i koniec ze wszystkim. Absolutnie nic się jednak nie stało. W pani Purvenickaite mówiła potem: „Trzeba robić tak jak Walentyna robi”.

K.K.: Wielu Polaków pracowało wówczas w administracji?

W.S.: Pracowali ale nie na wysokich stanowiskach. W administracji rejonowej już mniej. Wydaje mi się, ze dominowali na stanowiskach Rosjanie, ale było też dużo Litwinów.

K.K.: Czy w tych czasach spotykała się pani jeszcze z negatywnym nastawieniem do Polaków?

W.S.: Pamiętam jak trzecia sekretarz komitetu rejonowego na zebraniu wyszła referować sprawy na konferencji rejonowej w której brali udział radni, działacze partyjni, przewodniczący kołchozów, był nawet delegat z Moskwy. I mówi, że wszystko dobrze, wspaniale. Było to około 1980 roku. Nie ścierpiałam. Wstałam i powiedziałam, że to nieprawda. Powiedziałam, że na 30 tys. mieszkańców rejonu była rosyjska gazeta i szkoły, była litewska gazeta i szkoły, a dla nas tylko jedna szkoła. Pytam się: „A gdzie polska gazeta?”. A Polaków było prawie połowa wśród mieszkańców rejonu. Nie tylko w Podbrodziu ale i w Nowych Święcianach żyli Polacy. Zeszłam z trybuny. Cisza jak makiem zasiał. Nikt się do mnie nie zwraca. Wstał człowiek z Moskwy i mówi: „Najlepsze wystąpienia to było wystąpienie Subocz Walentyny. Ona powiedziała prawdę”. I nie wyobraża pan sobie jak nagle wszyscy się zaczęli do mnie uśmiechać. To było bardzo nieprzyjemne.

Nasz kołchoz im. Adama Mickiewicza był największym z rejonie. I różnie to bywało. Musiałam jeździć i załatwiać. Jeden raz pojechałam do ministerstwa do Wilna. Czasy były o tyle inne, że wtedy można się było dostać do każdego urzędnika nawet do Prezydium Republiki. W ministerstwie udało mi załatwić dwa wagony paszy dla krów. W 1983 roku wróciłam do administracji apilinki Podbrodzia, już na stanowisko przewodniczącej. Umiałam wyrwać nakłady. Przeprowadziłam w gminie elektryfikację, bo jeszcze wtedy nie było prądu we wsiach. Budowano drogi i mosty.

K.K.: Ze statystyk partyjnych wynika, że Polacy w Litewskiej SRR należeli do, partii komunistycznej proporcjonalnie rzadziej niż Rosjanie i Litwini. W okolicach Podbrodzia również tak było?

W.S.: Polaków było w partii najmniej. Nikt nie chciał iść do partii. Ja poszłam, ale przyjęli mnie dopiero po trzech latach kandydatury bo byłam kułaczką. Musiałam iść do partii aby móc być zastępcą przewodniczącego kołchozu. Bez biletu partyjnego nie mogłabym nawet zostać dyrektorem szkoły. Pierwszym sekretarzem partii w rejonie była Purvenickaite, ale ona oficjalnie była Litwinką. Ona mogła mówić po polsku tylko u nas w Magunach. Nigdzie indziej po polsku nie rozmawiała. Drugim sekretarzem był Czuwałow – Rosjanin. Trzecim sekretarzem była Litwinka. Nam jako przedstawicielom władzy „rukowodstwo” kazało chodzić do kościołów i słuchać co ksiądz mówi, patrzeć kto chodzi. Nigdy nikt z nas w tym celu nie chodził. A na kartach pisaliśmy, ze wszystko jest dobrze. Mnie też nigdy nikt nie wydał, że chodziłam do kościoła w Magunach. Tu byli sami Polacy.

K.K.: Wraz z Gorbaczowem w drugiej połowie lat 80 zaczęły się zmiany polityczne. Jak odczuła pani te zmiany?

W.S.: Wówczas pracowałam już w administracji. To już było zupełnie inne życie. Wypłaty w kołchozach były już na poziomie. Ja rozbudziłam wielu ludzi. W 1988 roku zebraliśmy 16 dzieci, które chciały w Podbrodziu od pierwszej klasy uczyć się w szkole w języku polskim. Pamiętam jak na początku roku szkolnego w szkole zaczęłam przemawiać po rosyjsku. A potem przemówiłam po polsku, do moich wychowanków, którzy teraz sami oddawali swoje dzieci do szkoły. Łzy stanęły w oczach. Pamiętam, że wychodzę z tej klasy a pod nią sala pełna kolejnych rodziców, którzy mówią: „My też chcemy polskiej klasy dla naszych dzieci”. Poszłam do dyrektora, którym był Białorusin, ten mi mówi: „Walentyno Iwanowno, co ja teraz zrobię?”. Powiedziałam mu: „Idziemy, zobaczycie”. On wyszedł do rodziców, zaczął mówić, że nie ma miejsca, nie ma nauczycieli by uczyć kolejną klasę po polsku, a jedna z nauczycielek mówi: „Ja nie mam klasy. Ja będę ich uczyć”. Dyrektor zabrał mnie i znów pyta: „Co mam robić?”. Ja mówię: „Znaleźć wszystko co trzeba. Teraz już nowe czasy, nowe myślenie”. Potem powstała jeszcze trzecia i czwarta klasa polskojęzyczna. Uczniowie przeszli z dotychczasowych klas rosyjskich. Pamiętam też jak w nocy przyjechała z Zułowa dwójka Polaków, którzy powiedzieli, że przewodniczący kołchozu zdecydował o wycięciu dębu w dawnym majątku Piłsudskich. Pojechałam do tego przewodniczącego – Rosjanina. Powiedziałam żeby nie ruszali i odstąpili choć już zaczęli piłować.

K.K.: W 1988 roku powstało Stowarzyszenie Społeczno-Kulturalne Polaków na Litwie. Czy jego struktury powstały także w rejonie święciańskim?

W.S.: Cały czas dochodziły do nas informacje o organizowaniu się Polaków. My założyliśmy koło. Zorganizowaliśmy zjazd założycielski koła Stowarzyszenia w Podbrodziu w kwietniu 1989 roku. Zaraz potem Stowarzyszenie stało się Związkiem Polaków na Litwie. Pamiętam zjazdy Stowarzyszenia i Związku w Wilnie. Wszyscy byliśmy natchnieni. Wystarczyło powiedzieć komuś, zadzwonić, zbierzcie ludzi, nie trzeba było długo prosić. Ludzie zbierali się w miejscowościach. Ja przemawiałam. Tu wszędzie byli swoi ludzie. Przecież w Podbrodziu nie było kiedyś jednego Litwina. Pomagała nam bardzo Polska. Przyjeżdżał z Polski pan Dawidowicz, który dużo u mnie przebywał. Dużo ludzi z Polski do nas przyjeżdżało.

K.K.: W 1988 roku powstaje także litewski ruch odrodzeniowy – Sajudis. W październiku 1988 roku odbywał się jego pierwszy zjazd. Jakie były pani wrażenia w obliczu powstania tego ruchu? Jak odbierała pani jego stosunek względem ludności polskiej?

W.S.: Relacje kształtowały się rozmaicie. Niektóre moje litewskie koleżanki pozostały moimi koleżankami do dziś. Ale było rozmaicie. Kiedy mnie wybrano do parlamentu w lutym 1990 roku rozmawiałam i z Polakami, i Litwinami, i Rosjanami. Poza mną było jeszcze trzech kandydatów w moim okręgu wyborczym. Jeden Polak i trójka Litwinów. Do Podbrodzia przyjeżdżał czołowy działacz Sajudisu Justinas Marcinkevicius. Do drugiej tury przeszłam ja i Litwin – dyrektor największego zakładu pracy w Podrodziu, zakładu przemysłu elektronicznego. W dzień wyborów kupiłam kwiaty bo byłam przekonana, że to on wygra. Gdy zaczęli liczyć głosy okazało się, że w kolejnych apilinkach ja wygrywam. To, że w mojej apilince to zrozumiałe, ale że w Święcianach, Nowych Święcianach, to byłam w szoku. Kampania wyborcza była bardzo ciekawa. Wszędzie trzeba było przemawiać osobiście. O poparcie u nas się nie lękałam, ale w Święcianach, to co innego. Pamiętam wystąpienia. Moi kontrkandydaci mówili po pięć minut. Ja prawie dwie godziny. Dostawałam pytanie za pytaniem. Ostatnie było pytanie: „Jak rozumiecie demokrację”. A ja odpowiedziałam: „Odpuściliście tutaj trzem mężczyznom. A mnie, kobietę trzymacie tutaj i pytacie przez dwie godziny. I to jest demokracja”. Pamiętam jak nas wyprowadzono. Podbiegła do mnie kobieta i mnie pocałowała i powiedziała: „My za panią”. Kampanię wyborczą prowadziłem i w języku polskim i litewskim.

K.K.: Wchodząc do Rady Najwyższej znalazła się pani w ramach ośmioosobowej Frakcji Polskiej. Od razu na pierwszym posiedzeniu nowego parlamentu Litwini zdecydowali się uchwalać akt niepodległościowy. Sześciu polskich deputowanych, w tym pani, wstrzymało się od głosu. Dlaczego podjęliście taką decyzję?

W.S.: Wytłumaczę tylko we własnym imieniu. Weszłam do parlamentu po drugiej turze. Dopiero zaczynałam w polityce. Skoro większość naszej frakcji zdecydowała by wstrzymać się od głosu, ja też tak zrobiłam. Nie wystąpiliśmy przeciw. A nikt z Sajudisu nie podjął z nami rozmów.

K.K.: 12 maja 1989 roku odbył się w Mickunach pierwszy zjazd deputowanych Wileńszczyzny wszystkich szczebli, gdzie rzucono hasło okręgu narodowego dla Polaków.

W.S.: Pamiętam, że przywoziłam wtedy kogoś z Polski. Spóźniłam się na zjazd. Z Podbrodzia pojechaliśmy autobusem. Uważałam autonomię za potrzebną. Tam gdzie ja pracowałam byli praktycznie sami Polacy. Nie było praktycznie ani jednego Litwina. Dopiero później najechali, a teraz jest ich jeszcze więcej. W kołchozie im. Mickiewicza była jedna litewska rodzina. Tak samo było w kołchozie w Prenach, tam byli sami Polacy i Białorusini. W Powiewiórce byli Polacy i Rosjanie, ale wielu tamtejszych Rosjan już się czuło Polakami. W Zułowie było dużo starowierów.

K.K.: Czy koncepcja autonomii Wileńszczyzny była popularna wśród ludności?

W.S.: Tak. To nie my sami to popieraliśmy.

K.K.: Zjazd w Mickunach powołał do życia Radę Koordynacyjną, która miała kierować działaniami na rzecz stworzenia autonomii. Pani też wchodziła w jej skład?

W.S.: Byłam w tej radzie. Od samego początku. Występowaliśmy jako Rada do władz Republiki. Formalnym liderem była pani Leonarda Sapkiewicz. W zebraniach Rady uczestniczyło nieco ponad dwadzieścia osób. Byliśmy cały czas w kontakcie. Czasem spotykaliśmy się nawet kilka razy w tygodniu. A czasem znacznie rzadziej. Bardzo poważałam Aniceta Brodawskiego przewodniczącego rady rejonu wileńskiego. Liderem był także Ryszard Maciejkianiec. Bardzo aktywny był Stanisław Pieszko. To był mądry człowiek i on nie bał się mówić. Bardzo go szanuję. Deputowany parlamentu Akanowicz, wydaje mi się, że do Rady nie wchodził choć autonomię popierał. To była trudna sytuacja. Niech pan sobie wyobrazi, że w Podbrodziu stała wtedy Armia Radziecka. Była tu duża baza. Jakoś trzeba było lawirować. Byliśmy w pułapce między jednymi a drugimi.

K.K.: 1 czerwca 1990 roku odbył się drugi zjazd autonomistów w Zawiszańcach.

W.S.: Na ten zjazd przywiozłam pana Adama Chajewskiego z Warszawy, który nas wspierał. On często tu przyjeżdżał. Pamiętam, że zgubiłam drogę i byłam później. Nie chcieli mnie wpuścić bo mnie ni znali. Tam byli już inni członkowie Rady Najwyższej. Na przykład Stanisław Akanowicz. W Podbrodziu sami wyszliśmy z inicjatywą aby przyłączyć miasto i apilinkę do rejonu wileńskiego. Ja przygotowywałam uchwały. Potem był zjazd w Ejszyszkach, w październiku 1990 roku. Pojechała cała delegacja. Z Podbrodzia pojechał cały autobus. Dużo głos zabierali Stanisław Pieszko, Czesław Wysocki, Adam Monkiewicz, Jan Ciechanowicz, który teraz przebywa w Polsce. On był największym radykałem. Występował także poseł Leon Jankielewicz. On był dobrym mówcą ale był ostrożny. On zawsze był bardzo ostrożny.

K.K.: Jan Kucewicz wystąpił wówczas z postulatem by tworzyć odrębną republikę poza Litwą.

W.S.: Faktycznie wystąpił, ale to zostało odrzucone.

K.K.: Na zjeździe w Ejszyszkach uchwaliliście powołanie Polskiego Kraju Narodowo-Terytorialnego w składzie Litwy. Rozpoczęliście wówczas negocjacje z władzami litewskimi?

W.S.: Rozmawialiśmy z Prezydium Rady Najwyższej. Te rozmowy były bardzo ciężkie. Nikt z nich, absolutnie nas nie poparł. Byliśmy w Radzie Najwyższej cztery lub pięć razy. Jechaliśmy całą grupą członków Rady Koordynacyjnej. Ze strony litewskiej rozmawiał z nami Romualdas Ozolas jako przewodniczący Państwowej Komisji do spraw Litwy Wschodniej. Pojawiał się Algirdas Brazauskas. On był bardziej miękki od Ozolasa. Przedstawialiśmy im wszystkie nasze koncepcje. Projekt Statutu. Prosiliśmy ich o stanowisko. Oni przeciągali. Dopiero po wydarzeniach pod wieżą telewizyjną sytuacja się zmieniła, bo my Polacy byliśmy im wtedy potrzebni…

K.K.: Po ataku radzieckich żołnierzy na cywilów?

W.S.: Nóż na gardle mieli, ale to była chwila, moment…

K.K.: Można nazwać ówczesne pojednawcze kroki litewskiej Rady Najwyższej wobec Polaków za pozorowane?

W.S.: Tak, można.

K.K.: 22 maja 1991 odbył się ostatni zjazd autonomistów w Mościszkach. Na tym zjeździe uchwaliliście Statut Polskiego Kraju Narodowo-Terytorialnego.

W.S.: Na tym zjeździe był Landsbergis. I on jak zawsze mówił tak, żeby nie można było jasno zrozumieć co ma na myśli.

K.K.: We wrześniu 1991 r. Litwini zawiesili samorządy rejonów wileńskiego i solecznickiego i stłumili ruch autonomiczny. Działaczami na rzecz autonomii zajęli się litewscy prokuratorzy.

W.S.: W Radzie Najwyższej stworzyli komisję, która miała nas Polaków przesłuchiwać. Pamiętam, że podszedł do mnie Landsbergis. Pyta mnie: „Co pani teraz myśli?”. A ja mu odpowiadam: „Myślę gdzie nas wywieziecie, bo Syberii u was nie ma”. On zaczął mówić, że tak nie będzie. A ja po prostu wstałam i wyszłam. Wezwali mnie na przesłuchanie do Prokuratury Generalnej. Dwukrotnie. Stawiali zarzuty, że podjęłam działania niekonstytucyjnie, na zlecenie Moskwy. Po tym wszystkim ja wyjechałam do Ameryki.

K.K.: Podsumowując tę historię – czy uważa pani koncepcję autonomii Wileńszczyzny za słuszną? Czy Polakom żyło by się na Litwie lepiej gdyby autonomia powstała?

W.S.: Oczywiście tak. Można było to wszystko po ludzku zrobić.

Czytaj także: Zbigniew Jedziński: Przekonaliśmy się, że mamy siłę [+FOTO]

Projekt „Autonomiści. Historia dążeń do autonomii Wileńszczyzny” sfinansowany został ze środków Senatu RP oraz Stowarzyszenia Odra-Niemen.

Reklama



0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz