Solidarność z Wileńszczyzną, a potem z Majdanem!

Patologiczna sytuacja, w której wiece “solidarności z Ukrainą” gromadzą w Polsce kilkadziesiąt razy więcej osób niż manifestacje w obronie dyskryminowanych Polaków w Republice Litewskiej, świadczy o głębokim kryzysie naszego narodu. Co więcej – takie narody po prostu nie zasługują na dłuższą metę na niezawisłość polityczną, zaś wielka polityka prędzej czy później wyegzekwuje od takiego narodu swoje niezmienne prawa.

Wyrazy solidarności, bezinteresowne akty poparcia, podświetlanie pomników i budynków w sino-żółtych barwach – Ukraina może w Polsce liczyć dosłownie na wszystko. „Solidarność z Ukrainą” stała się czymś w rodzaju – albo nawet po prostu zastępczym patriotyzmem, czymś ponad ludzki odruch współczucia dla wszystkich tych, którzy gdziekolwiek na świecie giną i co uznać można za przejaw niesprawiedliwości, która w normalnym człowieku budzi moralny sprzeciw.

Nie da się inaczej wytłumaczyć gorączki przejawiającej się w kolorowaniu sztandaru „SOLIDARNOŚCI” na barwy ukraińskie, podświetlaniu pomnika Kościuszki w Łodzi na niebiesko-żółto czy też wtykaniu małemu Powstańcowi Warszawskiemu na warszawskim Starym Mieście flagi naszego południowo-wschodniego sąsiada. W najbardziej optymistycznej wersji miłość do Polski przestaje wyczerpywać potrzeby polskiego patrioty, musi być ona uzupełniona o głębokie uczucie do innego kraju i tym krajem jest akurat Ukraina. W bardziej pesymistycznym wariancie Polska po prostu wielu Polaków nie obchodzi, hasła miłości do „ziemi i grobów”, czczenia swojej przeszłości i szacunku do ofiar własnego narodu nie poruszają już serc wielu z nas tak jak odwołujące się do ogólnoludzkich haseł humanitaryzmu wezwania do solidarności z ludźmi doznającymi krzywdy w sprawie, która bezpośrednio nas nie dotyczy i o którą walczy inny naród.

I nic to, że na świecie ludzie giną codziennie, mordowani są chrześcijanie, a ich los jest dużo bardziej tragiczny niż obecna sytuacja Ukraińców. Nie obchodzi nas specjalnie los Palestyńczyków dyskryminowanych na własnej ziemi przez Izrael, nie obchodzi nas los Indian w amerykańskich rezerwatach, o Tybecie przypominamy sobie od święta. I bardzo dobrze, bo prywatne sympatyzowanie z jakąś sprawą od spraw polityki państwowej powinno być maksymalnie izolowane. Tymczasem można odnieść wrażenie, że racją stanu Polski, którą ta powinna się kierować, jest udzielanie moralnego i wszelkiego innego rodzaju wsparcia dla demonstrujących na Majdanie Ukraińców. Zupełnie tak, jakby państwo polskie było zinstytucjonalizowanym aparatem współczucia, a nie narzędziem w rękach narodowej wspólnoty polskiej do realizacji SWOICH interesów.

Pożądaną byłaby argumentacja, która nie opiera się na emocjach, czyli krótko i w punktach po kolei: czemu Polska ma wspierać Majdan, jakie odniesie z tego korzyści, jakie warunki powinna stawiać opozycji i czy w ogóle osiągnięcie przez nią zakładanych celów jest realne. Bilans zysków i strat dla każdego wariantu rozwoju wypadków powinien być wykonany na samym początku, tymczasem zamiast niego mamy groteskowe porównania demonstrantów do powstańców – w domyśle polskich, bo słowo „powstaniec” w polskim kontekście kojarzy się ze zrywami XIX-wiecznymi albo też ze świętą dla wielu (jeszcze!) Polaków ofiarą Powstańców Warszawskich. Takie stawianie sprawy wcale zresztą Ukraińcom nie pomaga, bo polska historia to nie ich historia, nas zaś taka frazeologia dramatycznie zuboża. Mówiąc krótko: nasze powstania to nasze powstania, nasza przelana krew to nasza przelana krew. Jeśli tracą one swój jedyny w swoim rodzaju, tylko polski kontekst, a stają się uniwersalnym orężem i wzorcem walki o wolność wszystkich ludów, to potem nadają się one tylko do kosza. Prometeiści robią więc polskiej wspólnocie narodowej krzywdę nie mniejszą niż palikociarze, jeśli nawet nie większą, bo ci sami pozycjonują się na określonych stanowiskach w debacie publicznej, głosząc otwarcie, że „Polacy powinni wyrzec się polskości”. Za co jak za co, ale za tę odważną deklarację powinniśmy być p. Palikotowi wdzięczni po stokroć, bo przynajmniej tutaj nie udawał, o co mu naprawdę chodzi. Natomiast prometeiści skutecznie czynią jedynym możliwym wzorcem patriotyzmu „solidarność z Ukrainą”, bez możliwości zdań odrębnych. Kto przeciw, ten ruski agent. Słynne słowa Stefana Kisielewskiego o Michniku jako totalitaryście idealnie wpasowałyby się również w kontekst moralnego szantażu, jaki stosuje strona „solidarna z Ukrainą”.

Ma też owa strona nieocenione zasługi dla zdemolowania polskiej debaty publicznej, z której części w dużej mierze po prostu odjęło rozum. Fraza o „ruskim agencie” nie dość, że ośmiesza realne zagrożenie rosyjską agenturą w Polsce (znamienna jest anegdota opowiadająca o wysypie „rosyjskich domów kultury” na ziemi słupskiej, gdzie miały się mieścić elementy amerykańskiej tarczy antyrakietowej; abstrahując od sensu budowy w Polsce instalacji, która miała być wymierzona – przypomnijmy sobie dokładnie – w… Iran), to jeszcze sprowadza wszelkie rozważania na temat ukraińskiego Majdanu do dychotomii: agent Rosji/nie-agent Rosji. W normalnym kraju tak się nie dyskutuje, a takiego prowadzenia debaty publicznej na ważny przecież temat może życzyć Polsce tylko najgorszy jej wróg. Tak samo więc jak „Gazeta Wyborcza” nakręcała specjalnie i z wyrachowania emocje związane z katastrofą smoleńską, tak prometejska strona, cynicznie już chyba, odwołuje się do argumentów natury emocjonalnej w kwestii Ukrainy. Nie liczą się koszty dla wspólnoty, nie liczy się to, że będziemy jako Polacy żyć po wygaśnięciu gorącego sporu obok siebie w stanie większej niż wcześniej konfrontacji (kto lubi być wyzywany od „ruskich agentów”, „tituszek” etc.?). Liczy się tylko zwycięstwo w bieżącym starciu.

Adwokatów doczekała się również ta część ukraińskiego Majdanu, którą w końcu musieli zauważyć ci, którzy woleliby widzieć tamtejsze spektrum postaw i opcji politycznych wybiórczo.

Banderyzm. Tony beznadziejnej publicystyki usiłującej głupim Polaczkom wytłumaczyć, jak to nacjonalizm ukraiński jest antyrosyjski, ale na pewno nie antypolski (tak jakby jedno wykluczało drugie!), zaś kult Bandery i UPA to w zasadzie nic złego, a nawet w pewnych okolicznościach coś dobrego, wyrządziły równie wielkie szkody polskiej wspólnocie jak wcześniej wymienione zjawiska. „Niezalezna.pl”, „Gazeta Polska”, „W Sieci”, „W Polityce” – to właśnie z tych mediów dowiedzieliśmy się o istnieniu nowego modelu patriotyzmu, w którym cześć narodowej pamięci istnieje, ale istnieje pod warunkiem, że w jakimś konkretnym momencie trzeba będzie ją wyciszać. Bo jak Ukraińcom – dużym dzieciom, których najwyraźniej nie można traktować jak normalny naród i od którego nie można domagać się ustosunkowania do kwestii co najmniej kontrowersyjnych – zacznie się wypominać symbolikę i hasła będące nie do zaakceptowania dla Polaków, to wtedy zechcą do Rosji. To, że Ukraińcy mogą samoistnie dokonać czegoś, nie będąc podpuszczanymi przez siły trzecie, a co będzie dla Polaków kamieniem obrazy, nie mieści się w głowie tej części sceny publicystycznej. Przypominają w tym oni rodzica, który na wywiadówce uparcie nie chce przyjąć do siebie myśli, że jego dziecko zachowuje się nagannie, szukając dla niego najbardziej nawet absurdalnych wymówek.

W ten oto sposób autorzy ww. mediów zaserwowali nam protezę patriotyzmu, uczucie, które w danych okolicznościach i w danym czasie trzeba wygaszać. Trzeba przełknąć to, że są flagi OUN-UPA. Innych bohaterów Ukraina nie ma. Tylko co nas to na dobrą sprawę obchodzi?

Jesteśmy zobowiązani przede wszystkim do występowania w obronie czci i godności Polaków oraz polskiej historii. Chcąc tratować Ukraińców jako dojrzały naród wystarczy im wysłać jasny komunikat: Polska nie akceptuje ludobójczej tradycji spod znaku OUN-UPA, Szuchewycza i Bandery, a odwoływanie się do niej traktuje jako akt wrogi. Nic więcej dodawać nie trzeba. Nie ma co robić z Ukraińców idiotów, którzy nie znają kulisów działań tych formacji i postaci. Zresztą, sposób kibicowania ukraińskiej reprezentacji w meczu z Polską na rynku we Lwowie, gdzie symbolika i hasła związane z OUN-UPA były tymi wiodącymi, wskazuje jasno, że Ukraińcy idiotami nie są i doskonale rozumieją polski kontekst działalności tych organizacji.

Zobacz: “Banderowskie hołdy z kibicowaniem w tle”:

[link=http://kresy.pl/wydarzenia,spoleczenstwo?zobacz/banderowskie-holdy-z-kibicowaniem-w-tle]

Pomińmy mniej już istotny fakt, że wrażenie obecne u wielu, iż Polska rozgrywa w jakikolwiek sposób sytuację na Ukrainie choćby w minimalnym stopniu, można traktować w kategoriach humoreski. Misternie snute plany, w których przed wchłonięciem Ukrainy przez Rosję ratuje jedynie polskie milczenie o Rzezi Wołyńskiej, można wyrzucić na śmietnik. Polski stosunek do tradycji OUN-UPA ma dla obecnej sytuacji Ukrainy zerowe znaczenie, poszczególni Polacy mogą tutaj tylko zachować bądź stracić twarz, szczególnie dotyczy to tych, którzy uznawali się za „dziennikarzy niepokornych”, reprezentujących nurt patriotyczny w polskim dziennikarstwie i odwołujących się do tradycyjnego zestawu wartości.

I tak, ten reprezentowany przez nich rzekomo tradycyjny zestaw wartości w ich wykonaniu zupełnie się skompromitował. Gdy odwołują się oni chociażby do kryterium Prawdy, to jest to również nie warte teraz większej uwagi. Gdy poświęca się ową Prawdę choćby na moment, na potrzeby danej chwili, w jakimś doraźnym celu, to po prostu przestaje ona być Prawdą, staje się plastyczną masą mającą wpasować się w lukę istniejącą w obowiązującym w danej sytuacji światopoglądzie, a nie trwałym fundamentem wszelkich rozważań o czymkolwiek. W ten właśnie sposób publicyści ci wywarli całkowicie demoralizujący wpływ na swoich wiernych czytelników, dla których Prawda przestała być już czymś obiektywnie istniejącym, a jest czymś kształtującym się w toku „mądrości etapu” i dopiero od tegoż etapu zależny jest jej kształt. Tak właśnie sponiewierali pamięć o ofiarach Wołynia, ale i zgwałcili Prawdę publicyści, którzy nie ustawali w wysiłkach w tłumaczeniu nam, prostaczkom, dlaczego Bandera nie jest już antypolski.

Finalnie otrzymujemy produkt, który jest patriotyzmem jedynie z nazwy. Co jest natomiast prawdziwym patriotyzmem?

Przede wszystkim jest to zabieganie o dobro oraz troska o Polaków, w kontekście polityki wschodniej są to Polacy na Kresach. Jakkolwiek by się silić, to troska o Ukrainę NIE JEST polskim patriotyzmem. Zatrważające, że ci sami „niepokorni” nie poświęcili Kresowiakom nawet ułamka wysiłku, jaki poświecili z kolei na wykazywanie, że polski patriotyzm to wspieranie części (jakiej części, tego nikt – a już na pewno nie dyżurni „eksperci” – nie zbadał, natomiast większość ukraińskiego społeczeństwa lubi Rosję, więc z przeciwrosyjskiego bufora nici, drodzy prometeiści) społeczeństwa popierającej Majdan. O tym, że Ukraińcy SAMI wybrali sobie prezydenta w demokratycznych wyborach i świat te wybory uznał, nikt już nie mówi, a jeśli tak, to tylko w żenującym kontekście rzekomej analogii do wybranego również w demokratycznych wyborach Hitlera – co jest kolejnym rozwalaniem rzeczowej debaty na ten temat w Polsce.

Natomiast pies z kulawą nogą nie interesuje się tymi, którzy powinni nas obchodzić najbardziej. Niezwykle zdeterminowaną i budzącą podziw społecznością są Polacy w Republice Litewskiej, ponad 200-tysięczna część TEGO SAMEGO CO MY narodu. Manifestacje w jej obronie są nieliczne, a temat ledwo się przebija w mediach. Dopiero desperackie czyny, jak niedawne namalowanie kotwicy Polski Walczącej przez młodego wilniuka, są niczym głos rozpaczy i próbą zwrócenia uwagi polskiej opinii publicznej na to, że państwo polskie ma służyć nie Ukraińcom, a Polakom – także tym na Kresach Wschodnich. Tutaj zresztą też nie ma zwykle takiej jednomyślności jak w przypadku Ukrainy, bo komentarze o niemieckim Wrocławiu czy Wilnie, które to niby zawsze było litewskie, ewentualnie te będące trenem do pomazanej płyty pilśniowej, są na porządku dziennym.

Jeżeli wkrótce nie zmieni się proporcja liczebności manifestacji na rzecz solidarności z Ukrainą i solidarności z Wileńszczyzną, jeżeli polski patriotyzm nie będzie tym, czym jest w istocie, to marny czeka Polaków los. I nie zmieni tego patriotyczny frazes tych, którzy werbalnie patriotyzm wyrażają, ale w ich hierarchii priorytetów wyższe miejsce zajmują inne państwa i inne niż polski narody.

Marcin Skalski

forma płatności