Z „europejską solidarnością” jest jak z Yeti – wszyscy o niej mówią, a nikt jej nie widział. Tymczasem, owa solidarność to cynicznie wykorzystywany przez europejskich polityków slogan, służący do załatwiania partykularnych interesów. „Jedność” Unii Europejskiej będzie wykorzystywana przez najsilniejsze kraje Wspólnoty wtedy, gdy będzie im się to opłacać, co i tak nie unieważni istnienia egoizmów narodowych.
Grzmią jeszcze echa pohukiwań polskich polityków na Viktora Orbana, który łajany był przez nich jako „rusofil” łamiący tzw. europejską solidarność przeciwko Putinowi. Skandaliczna niewątpliwie postawa premiera Węgier, który zatroszczył się w pierwszej kolejności o interesy swojego kraju, czym utorował rosyjskim czołgom drogę do wybrzeży Atlantyku, błyskawicznie pozbawiła go wszelkiej sympatii, jaką do niedawna darzyła Orbana polska prawica.
Równie błyskawiczna okazuje się zmiana dyskursu w kwestii łamanej rzekomo przez Orbana „europejskiej solidarności”. Dziś ten wyświechtany slogan służy w oczywisty sposób wszystkim tym, którzy usiłują rozlokować tysiące imigrantów z Bliskiego Wschodu na terytorium Polski. Brakuje jednak w debacie publicznej refleksji skłaniającej do rewizji wiary w istnienie jakiejkolwiek „europejskiej solidarności”.
Tymczasem, Andrzej Duda apeluje, by Unia Europejska „wróciła do korzeni” i stała się ”unią państw narodowych”. Zarazem polski prezydent wzywa do „jedności” państw UE w kontekście porozumienia o budowie drugiej nitki Gazociągu Północnego łączącego Rosję i Niemcy, choć to właśnie narodowe interesy zbliżyły obydwa kraje i to pomimo oficjalnego ochłodzenia stosunków Brukseli/Berlina z Moskwą na tle konfliktu ukraińskiego.
W głowach polskich przywódców powinna zapalić się czerwona lampka. Trudno tego wymagać od pozbawionej intelektualnych kompetencji histeryczki pełniącej obecnie funkcję premiera, jednak reprezentujący sobą dużo więcej prezydent wciąż sprawia wrażenie błądzącego we mgle nowicjusza w stosunkach międzynarodowych. Jeśli w UE będą istniały państwa narodowe, to o żadnej „jedności” nie może być mowy – każde z nich będzie miało swoje narodowe interesy. Z drugiej strony – pożądaną „jedność” będziemy musieli zapewne okupić zaproszeniem w swoje skromne progi tysięcy imigrantów.
Sytuacja zmierza w niebezpiecznym dla Polski kierunku. Ofensywa dyplomatyczna Rosji, która sonduje możliwość zbudowania koalicji wymierzonej w terrorystyczne Państwo Islamskie, wcale nie musi spotkać się z chłodnym przyjęciem. Europa Zachodnia, która jest głównym celem podróży imigrantów z Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu, wkrótce przestanie sobie radzić z ich napływem. Wówczas przywrócenie porządku na Bliskim Wschodzie będzie jedynym sensownym rozwiązaniem tego problemu. Jednocześnie nie da się jednak ukryć, że Zachód czy też „wolny świat” sam w dużej mierze ów problem stworzył, destabilizując po kolei Irak, Libię, Syrię i inne państwa. Implementacja na gruncie lokalnym europejskiego modelu ustrojowego była od początku niemożliwa i musiała doprowadzić do rozpadu struktur państwowych, a wraz z nimi do chaosu na ponad regionalną skalę.
Niebezpieczeństwo, jakie płynie z tego faktu dla Polski, polega na tym, iż proponowane przez Rosję zaangażowanie koalicji państw przeciwko islamskim terrorystom może natrafić na zrozumienie zachodnich Europejczyków. Wówczas Rosja stanie się „sojusznikiem naszych sojuszników”.
Taki obrót wypadków wymagałby utworzenia europejsko-rosyjskiego frontu przeciwko polityce amerykańskiej, której główną przewiną jest dążenie do obalenia prezydenta Syrii Baszara al-Asada. Ten utrzymujący bliskie kontakty z Moskwą (baza rosyjskiej marynarki w Tartusie) autorytarny polityk był gwarantem stabilności państwa i regionu, głową świeckiego kraju, w którym dla odróżnienia od Państwa Islamskiego nie ścinano chrześcijanom głów. Waszyngton zdążył już zresztą ostrzec Moskwę, że obecność rosyjskich żołnierzy w Syrii nie jest mile widziana.
Scenariusz otworzenia wspomnianego frontu wymagałby „resetu” rosyjsko-europejskiego, ze zdjęciem sankcji z Rosji na czele. Jednocześnie jego warunkiem byłoby rozpoczęcie procesu politycznego wypychania Stanów Zjednoczonych z Europy. Europejska solidarność, która przyśniła się tak wielu politykom i komentatorom nad Wisłą, przestanie istnieć nawet jako złudzenie optyczne.
Polska zdecydowanie nie może i nie powinna przyjmować na swoim terytorium imigrantów z obcych kulturowo nam kręgów, nawet jeśli miałyby to być niewielkie liczby. Nie możemy tworzyć precedensu na przyszłość, nikogo też nie zastanawia, jak zmusimy tych ludzi do pozostania w Polsce, skoro ich krajem docelowym są na ogół Niemcy. Czyżby miało się spełnić czarne proroctwo Stanisława Michalkiewicza o „chwilowo nieczynnych obozach koncentracyjnych” na terenie Polski? Jak wtedy będzie wyglądała strefa Schengen, skoro ograniczenie przepływu imigrantów między jej członkami będzie jawnym jej zakwestionowaniem? Jak będzie wyglądać Unia Europejska, skoro zostanie podważony jeden z jej fundamentów? Czy wówczas narodowe egoizmy zaczną wyglądać na nas spod grubej dotychczas warstwy pudru „europejskiej solidarności”, gdy dobra mina do złej gry nie będzie już potrzebna największym graczom w Europie? Decyzja o budowie drugiej nitki niemiecko-rosyjskiego Gazociągu Północnego jest zwiastunem zbliżenia krajów, które będą ogrywać pierwsze skrzypce w koncercie mocarstw na kontynencie europejskim.
Powodem do zmartwień jest też brak rewizji stosunku polskich elit do ich politycznego patrona, jakiego upatrują w Stanach Zjednoczonych. Wyraźnie destrukcyjna polityka tego mocarstwa w ościennych wobec Europy regionach nie jest powodem do refleksji nad tym, że USA to nie dobry wujek, za którym stoi Prawda i Dobro, ale państwo jak każde inne, tyle że o wiele potężniejsze.
Powyższa refleksja powinna nastąpić jak najszybciej. USA pokazały wyraźnie, że nie utworzą w Polsce żadnej poważnej infrastruktury militarnej. Nie życzą sobie tego przede wszystkim Niemcy. Jednocześnie USA hamują jak mogą strategiczne partnerstwo niemiecko-rosyjskie, aby w polityce europejskiej nie zwyciężyła „opcja kontynentalna”, tj. porozumiewania się bez względu na stanowisko Waszyngtonu. Zawalidrogą tego porozumienia, niezbyt trudną do usunięcia, są postulaty Polski bycia w głównym nurcie antyrosyjskiej polityki UE. Tylko że kres tej polityki może nastąpić już wkrótce. Rosja będzie Europie potrzebna, a Europa będzie potrzebna Rosji – Moskwie zależy na wyjściu z izolacji, a Europie Zachodniej na zwalczeniu źródła problemów z imigrantami.
Kto w tej sytuacji będzie się przejmować integralnością terytorialną Ukrainy, Krymem czy nawet Donbasem? Znamy odpowiedź – będzie to oczywiście Polska. Nie kto inny, jak Leszek Balcerowicz ostrzegał, że albo Rzeczpospolita przyjmie imigrantów, albo nie będziemy mogli „bronić interesów Ukrainy”. Kiedy jednak rola Polski jako obrońcy interesów Ukrainy stanie się dla innych nieznośna, naszą suwerenność uratuje co najwyżej płynięcie w „głównym nurcie” europejskiej polityki przyjmowania imigrantów.
Możemy na razie odetchnąć z ulgą, gdyż póki co głównym celem połajanek ze strony Francji czy Niemiec jest premier Węgier. Chichotem historii jest to, że o brak europejskiej solidarności oskarżała go najpierw polska prawica, a teraz unijny establishment, z którym naszym prawicowcom nie było po drodze ze względu na nie dość antyrosyjskie stanowisko tegoż w związku z kryzysem na Ukrainie.
Z „europejską solidarnością” jest jak z Yeti – wszyscy o niej mówią, a nikt jej nie widział. Tymczasem, owa solidarność to cynicznie wykorzystywany przez europejskich polityków slogan, służący do załatwiania partykularnych interesów. „Jedność” Unii Europejskiej będzie wykorzystywana przez najsilniejsze kraje Wspólnoty wtedy, gdy będzie im się to opłacać, co i tak nie unieważni istnienia egoizmów narodowych.
Czas przejrzeć na oczy i zrozumieć, że to nie Viktor Orban zburzył solidarność europejską. Jako zjawisko abstrakcyjne takowa nigdy nie istniała. Nasi politycy powinni przestać być wreszcie prostolinijni i zacząć się uczyć od węgierskiego premiera. Być może nie jest jeszcze za późno, by zbudować realną solidarność w Europie Środkowej.
Marcin Skalski
