Sarmackie Prawo i Sprawiedliwość

Ponad rok temu miała miejsce na scenie Teatru Nowego w Poznaniu mała dyskusja o Sarmacji, towarzysząca koncertowi i promocji książki.

Ponieważ impreza mieściła się w cyklu spotkań literackich, na które przybywają licznie i czasem obowiązkowo uczniowie poznańskich liceów, pojawiła się też Pani Polonistka, jako opiekunka młodzieży.

Przyznaję, że uczestnicy dyskusji – literato- i sarmato-znawcy niebylejacy, bo sam Krzysztof Koehler i Andrzej Waśko, którym towarzyszył skromnie niżej podpisany – trochę sobie pohulali, dość prowokacyjnie opisując Sarmację pod kątem zjawisk i ocen nieobecnych w szkolnym programie, albo wręcz z nim sprzecznych. Nie, żebyśmy Sarmację specjalnie wybielali; natomiast wszyscy trzej używaliśmy pozytywnych słów na określenie zjawisk, którym podręczniki niejako „z metra” przyszywają czarną łatkę. Domyślam się, że Pani Polonistka, przywiązana do podręcznikowej wizji dziejów Polski i Jej literatury, czuła narastający w sobie sprzeciw. Zwłaszcza, że wszystkiemu temu przysłuchiwali się przecież Jej podopieczni, których umysły poddawane były brutalnej manipulacji, odmiennej od manipulacji zalecanej przez szkolny program… A gdy wreszcie w końcowej części dyskusji zaczęliśmy mówić o Pierwszej Rzeczypospolitej jako o PAŃSTWIE PRAWA, to już Pani Polonistka nie wytrzymała i głośno wyraziła swój sprzeciw wobec bzdur, jakie padały z teatralnej sceny. Jakie PAŃSTWO PRAWA?! O czym panowie w ogóle mówicie? Czy panowie nie wiedzą, jak wyglądały sejmiki?! Jakie to prawo?!

Wszyscy trzej byliśmy chyba szczęśliwi – reakcja Pani Polonistki świadczyła o żywości problemu, o możliwości i konieczności dyskusji, o sensowności naszego pojawienia się na scenie Teatru wreszcie. Poza tym nie zgadzając się z Nią, musieliśmy przyznać, że wykazała się nie lada odwagą cywilną: własną piersią poczęła bronić oświeceniowej, czarnej wizji Sarmacji. Niestety nie było już czasu na szerszą rozmowę z udziałem widowni – trzeba było ograniczyć się do pojedynczych odpowiedzi każdego z nas. Uczyniliśmy to skrótowo. Teraz wypada mi moją odpowiedź poszerzyć.

Otóż dawna Rzeczpospolita Obojga Narodów była niewątpliwie Państwem Prawa. Trzeba jednak sprecyzować, co oznacza to pojęcie. Używając go tu, myślę o tym, że Obywatele Rzeczypospolitej – czyli posiadający polityczną osobowość szlachcice – żyli w przekonaniu, iż w Ich państwie obowiązuje porządek prawny, którego twórcami, opiekunami i egzekutorami są Oni sami. I że wszystko, co dzieje się na publicznej arenie politycznej, powinno być (podkreślmy: „powinno być”, nie zaś: „jest”!) zgodne z prawem, prawu poddane, wykonywane wedle prawa.

Tak myślano powszechnie, tak mówiono, tak działano lub starano się działać. Co do tego wątpliwości nie ma i być nie może, a dowodów na ten stan rzeczy znajdziemy multum. Tak poważnych, jak śmiesznych. Weźmy pierwszy z brzegu śmieszny. W „Pospolitym ruszeniu” Wacława Potockiego nieprzyjaciel poczyna strzelać po nocy do polskiego obozu, więc rotmistrz nakazuje doboszowi „budzić ichmościów do wałów”. Oburzeni pospolitacy protestują:

Kto widział ludzi budzić w pierwospy? oszalał

Pan rotmistrz, albo sobie gorzałki w czub nalał?

– i grożą rotmistrzowi, że go przywołają do porządku na najbliższym sejmiku w Proszowicach. Groźba oparta na zasadach prawnych wywołała zbawienny skutek:

Widząc dobosz, że go nikt zgoła nie usłucha,

Poszedł i sam spać, nim kto strzepie mu kożucha;

I rotmistrz, towarzystwo kiedy się nie trwoży,

Zdjąwszy zbroję ze grzbieta, znowu się położy.

To oczywiście obraz karykaturalny; w istocie miało być na odwrót – za tchórzostwo i nieposłuszeństwo podczas wyprawy groziły nawet pospolitakom poważne kary (choć, oczywiście, nie zawsze skuteczne).

Moim ulubionym przykładem poważnym jest niesamowita scena z dziejów konfederacji barskiej w Wielkopolsce. 17 lipca 1768 roku niejaki Jakub z Ul Ostoja Ulejski, drobny szlachcic, jak pisze Jędrzej Kitowicz: „jednego sołtystwa w królewszczyźnie posiadacz”, spisał w Januszkowie pod Żninem, wraz z dziesięcioma herbowymi, acz ubogimi Panami Braćmi (niektórzy byli nawet niepiśmienni) manifest o utworzeniu konfederacji wielkopolskiej ze sobą jako marszałkiem. Nazajutrz nasz bohater przybył do Kcyni i oblatował manifest w urzędzie grodzkim, przez co dokument ów zyskał moc prawną. Kolejnego dnia na dwór Ulejskiego najechali kozacy, pobili mu żonę i zamordowali dziewięcioletnią córeczkę; musiał ratować się ucieczką do lasu. Ale miał w ręku papier! Ten papier czynił go wodzem wielkopolskiej konfederacji i nie pozwalał nikomu innemu, choćby możniejszemu, choćby i jakiemu magnatowi, zająć tego stanowiska, póki sam Ulejski nie zrezygnowałby z niego lub nie zginął, lub nie został odwołany zgodnymi głosami skonfederowanej szlachty swojej dzielnicy. I na tej podstawie Ulejski, nazywany „Hektorem wielkopolskim”, już wkrótce zgromadził wokół siebie znaczący oddział szlachty.

Dowód ani śmieszny, ani poważny, lecz główny – to język, jakim nasza szlachta się posługiwała; język, noszący na sobie silne znamiona prawniczego myślenia. Mistrzem-epigonem tego języka był nie kto inny, jak wieszcz Adam, który wyniósł jego znajomość z domu rodzinnego. W „Panu Tadeuszu” wszystko dzieje się wedle prawa i z powodu prawa, podczas procesu i sądów podkomorskich. Przecież właśnie z przyczyn prawnych goście – bohaterowie eposu – zjechali się do Soplicowa. Mickiewicz wkłada w ich usta niezliczoną liczbę sądowych formuł, jak najbardziej potocznych, którymi opisuje się nie tylko procesy, ale i codzienne życie, wydarzenia najprostsze, zasady życia szlacheckiej społeczności. Łatwo rozpozna te formuły ten, kto czytając, choć chwilę zastanowi się nad tym, co czyta. Pojęcie winy, strony prawnej, zasady prowadzenia dyskusji, rozstrzygania sporów i godzenia stron ze sobą, ogłaszania wyroków i pozwów, „brania na świadki” osób obecnych… Wszystko to ma dosłowne i bardzo praktyczne znaczenie. Telimena „ma więc prawo rozsądzać”, kto weźmie Zosię za żonę; Robak przyznaje, co do przewiny Stolnika: „ja skarżyć nie mam prawa, ja jego morderca”. Hrabia krzyczy: „Zdacie mi sprawę z mego honoru obrazy” i przywołuje swoje rzekome prawo do Zamku: „Nie wolno nikomu / Krzywdzić sługę mojego w moim własnym domu”, a sam autor podkreśla udział „stron”: „różnie sądzą strony / I spór na dalsze czasy trwał nie rozstrzygniony”. O tym aspekcie naszego narodowego eposu powstało wiele studiów, a nawet fascynująca książka, którą wklepując ten mój tekścik mam przed sobą i z nienasyceniem przeglądam (i polecam: Maria Teresa Lizisowa, „Prawem sądzić, czyli o języku Statutów litewskich w Panu Tadeuszu”, Wydawnictwo Naukowe WSP, Kraków 1998).

A zatem – Rzeczpospolita Państwem Prawa. Ale czy państwem Sprawiedliwości? No cóż… Przyznajmy, że i dziś obywatele państw, które uważamy za jak najbardziej praworządne i samorządne, lubią oczerniać swoje legalnie wybrane władze i głosić ich rzekomą bądź prawdziwą niesprawiedliwość, opluwać za niestosowanie zasad prawa, albo i same zasady oskarżać jako niestosowne lub niestosowalne. Jednakże sama możliwość takiego oficjalnego i bezkarnego opluwania świadczy dobrze (do pewnego stopnia, oczywiście) o państwie – dopuszczanie otwartej krytyki dowodzi zdrowego stosunku do rzeczywistości. Trzeba więc również zachować pewien umiar w opisie Rzeczypospolitej jako państwa, w którym prawo nie było egzekwowane, jak należy, jak i jako państwa, w którym prawo nie było niekiedy egzekwowane w ogóle. Wszak to sami Polacy mówili już od XVI stulecia, że „nierządem Polska stoi”, co oznaczało tyle, że słabość władzy państwowej i jej organów egzekwujących prawo – jest gwarancją swobód szlacheckich, w tym możliwości krytykowania władz. Dlatego też prawo nie mające silnych egzekutorów podlegało nieustannym uszczerbkom, zwłaszcza wówczas, gdy pojawiali się magnaci, którzy mogli zakłócać równowagę sił w demokratycznej, szlacheckiej społeczności. To oni w majestacie prawa łamali zasady prawne, dyktując co trzeba mocą swojego majątku i nadwornych oddziałów, zmuszając czy przepłacając sejmikujących. Ale zwróćmy uwagę: musieli ich przepłacać, bo nie mogli ominąć prawnych wymogów, musieli je choćby oficjalnie szanować, bo gdyby je oficjalnie zupełnie wyminęli… ryzykowaliby za dużo. I dlatego też nikt z magnatów ani królów nie mógł zafundować sobie „zamachu stanu”, który umocniłby egzekucję praw – bo natychmiast zostałby zmieciony z powierzchni ziemi przez egzekwującą owo ułomne prawo szlachtę… Wszak to w szatki prawnej konieczności nieporównany Gerwazy ubrał zbójecki napad – rzekomą legalną egzekucję wyroków sadowych, czyli „zajazd” na majętność Bogu ducha winnego Sędziego Soplicy, który bez tych pozorów nie wzbudziłby pewnie entuzjazmu szaraczków:

…czyż to ja wzywam na rozboje?

Broń Boże! Szlachta Bracia! Ja przy prawie stoję.

Wszak Hrabia wygrał, zyskał dekretów niemało;

Tylko je egzekwować; tak dawniej bywało…

Wiadomo: „wygraj w polu, a wygrasz i w sądzie”. Niesprawiedliwości i słabość narzędzi sprawiedliwości posłużyły też za jeden z licznych (ale tylko propagandowych) pretekstów pierwszego rozbioru. Pretekst jest pretekstem, zważmy wszakże i na to, że nawet Jędrzej Kitowicz – Polak, zwolennik konfederacji barskiej i stronnik powstania kościuszkowskiego – poddał się tym propagandowym zagraniom zaborców, i pomieścił w swoich pismach opisy bezprawnych działań magnackich, które dopiero z wejściem praworządności zaborców zostały ukrócone…

W sumie nic dziwnego: czasy Jędrzeja Kitowicza to czasy kryzysu, upadku i prób reformatorskich, które lubowały się w wydobywaniu negatywów, aby uzmysłowić potrzebę zmian. Ale mimo tych negatywów wcale nie upadła w tamtych czasach – a wręcz przeciwnie, wzmocniła się jak nigdy – prawna świadomość szlacheckich obywateli. „Nauka dawną była – szło o jej pełnienie”. A do wypełniania nauki sił zabrakło. Było prawo, zabrakło sprawiedliwości. I stało się niestety tak, jak prorokował Krzysztof Opaliński:

„Nierządem Polska stoi” – nieźle ktoś powiedział;

Lecz drugi odpowiedział, że nierządem zginie.

Tak, tak. Prawo nie zawsze chodzi w towarzystwie sprawiedliwości. Rzeczpospolita Szlachecka była państwem Prawa, ale niestety nie państwem Prawa i Sprawiedliwości…

Jacek Kowalski




Zbierzmy 1000 stałych darczyńców i wyłączmy wszystkie zewnętrzne reklamy na Kresach. Pomóż nam zbudować solidną dziennikarską platformę, publikującą ekskluzywne, wysokiej jakości informacje, opinie i analizy, utrzymującą się wyłącznie dzięki zaufaniu Czytelników.

Kresy.pl są w 100% oddolną obywatelską inicjatywą, nie stoją za nami ani medialne konsorcja, ani rządowe dotacje. Naszym celem jest przeciwstawianie się wszelkim formom manipulacji opinią publiczną w Polsce. W dobie wojny informacyjnej nie ma zadania bardziej palącego niż odpowiedzialne wspieranie zaufanych mediów.

Wyłącz reklamy

Wesprzyj jednorazowo

0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz