Takiej orgii sadyzmu nie widziano w Azji od czasów, gdy na Zachód na czele swych hord wyruszył Czyngis-Chan. O ile Niemcy do mordowania Żydów dorabiali jakieś rasowe, absurdalne teorie, to Japończycy po dziś dzień nie odpowiedzieli na pytanie, dlaczego zabijali bezbronnych.
Przeciętny Polak myśli, że zbrodnie popełniali głównie Niemcy. Tymczasem dopuszczali się także Japończycy i dopiero teraz prawda o tym dochodzi do opinii publicznej i budzi sprzeciw w wielu kręgach japońskich. Amerykanie tuż po wojnie sprawę japońskich zbrodni szybko wyciszyli, kontentując się powieszeniem kilku generałów. Chcieli bowiem przeciągnąć Japonię na swoją stronę, choć w świetle prawa międzynarodowego nawet cesarz powinien stanąć przed Wojennym Trybunałem.
Japończycy w odróżnieniu od Niemców dokonywali swych zbrodni z niewyobrażalnym okrucieństwem. Ich ofiarą padło wiele milionów cywilów i ludzi służących w siłach zbrojnych kilkunastu państw. Takiej orgii sadyzmu nie widziano w Azji od czasów, gdy na Zachód na czele swych hord wyruszył Czyngis-Chan. O ile Niemcy do mordowania Żydów dorabiali jakieś rasowe, absurdalne teorie, to Japończycy po dziś dzień nie odpowiedzieli na pytanie, dlaczego zabijali bezbronnych. Zamiast tego usiłują kwestionować, że w ogóle dopuszczali się zbrodni. Dobrze się więc stało, że w ostatnim czasie szereg amerykańskich badaczy – wbrew oficjalnej linii Białego Domu – przypomina zbrodnie, których w rejonie Pacyfiku dokonali obecni sojusznicy USA.
Jednym z tych historyków jest Mark Felton, znany autorytet w dziedzinie marynistyki i problematyki związanej z Dalekim Wschodem. Przy lekturze jego pracy zatytułowanej „Rzeź na morzu. Zbrodnie Cesarskiej Marynarki Wojennej Japonii”włos dosłownie się jeży. Podobne opisy spotyka się przy opisach zbrodni dokonanych przez Ukraińców podczas czystki etnicznej na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej. Podobnie jak Japończycy, Ukraińcy tez specjalizowali się w mordowaniu bezbronnych. Opis japońskiego mordu na Holendrach można by bez większych retuszy zastosować do opisu zbrodni popełnianych przez Ukraińców na Polakach. Amerykański badacz pisze m.in.:
„Niewiele później uzbrojeni Japończycy zapędzili Holendrów do ciężarówek, a następnie zawieźli do kopalni w pobliskiej miejscowości Loa Kulu. Gdy tam przybyli, mężczyznom i kobietom związano ręce na plecach. Mężczyznom kazano uklęknąć w zwartej grupie i przyglądać się egzekucji ich żon i dzieci. Mieczami i bagnetami japońscy żołnierze dosłownie pocięli zabrane Holenderki na oczach ich mężów i ojców. Małe dzieci i niemowlęta wrzucono do szybu kopalnianego o głębokości 200 metrów, a później Japończycy zajęli się mężczyznami. Mieczami ścięli wszystkie klęczące przed nimi ofiary, po czym szczątki zabitych bezceremonialnie wrzucili do tego samego szybu.”
Skala japońskich zbrodni jest oczywiście większa niż ukraińska. W samym Nankinie Japończycy zamordowali 300 tys. Chińczyków, głównie kobiet i dzieci. Autor omawianej pracy pisze o nich z przerażeniem i szkoda, że nie przyjechał nigdy na Wołyń. Może dopiero wtedy prawda o ukraińskich zbrodniach na Wołyniu dotarła by do światowej opinii publicznej. Czytając jego refleksje po wizycie w Nankinie stwierdzić trzeba, że nie musiałby się specjalnie wysilać. Pisze m.in.:
„W ponury deszczowy dzień w 2005 roku na terenie pomnika upamiętniającego masakrę nankińską wszędzie wokół widziałem dowody zbrodni popełnionych przez żołnierzy armii japońskiej w latach 1937-1938. Otwarto i zachowano masowy grób, w którym leżą kości dziesięciu tysięcy mężczyzn, kobiet i dzieci, ale to drobny ułamek ogólnej liczby ofiar – trzystu tysięcy Chińczyków zamordowanych tylko w Nankinie, byłej stolicy Chin, przez siły japońskie działające na terenie tego kraju. Szkielet małego dziecka z długim zardzewiałym gwoździem tkwiącym w czaszce mówi bardzo wiele o barbarzyństwie i sadyzmie japońskich żołnierzy. Patrząc na ten stosik kości, który był kiedyś czyimś dzieckiem, leżący na zbielałych kościach niezliczonych innych ofiar, zastanawiałem się nad mentalnością żołnierzy, którzy mordują dziecko, wbijając mu gwóźdź w twarz. Kiedy zacząłem prowadzić badania i pisać tę książkę, przekonałem się, że to, czego ślady widziałem w Nankinie – przerażające i niepojęte – było tylko początkiem barbarzyństwa żołnierzy japońskich, które rozprzestrzeniało się jak epidemia, gdy wojna ogarnęła rejony Azji i Oceanu Spokojnego. Jeszcze w 1994 roku Nagano Shigeto, japoński minister sprawiedliwości, twierdził, ze nigdy nie doszło do zdarzeń upamiętnionych w Nankinie na terenie pomnika, który odwiedziły miliony ludzi – „masakra nankińska została sfabrykowana”. W 1990 roku były japoński minister transportu, Ishihara Shintaro, posunął się jeszcze dalej, twierdząc w wywiadzie: „Masakra nankińska to kłamstwo – fikcja zmyślona przez Chińczyków”. Z takim nastawieniem często można się spotkać w Japonii, wygłaszają takie twierdzenia nawet przedstawiciele najwyższych władz oraz autorytety naukowe. To przypuszczalnie zasadniczy powód, dla którego kolejne pokolenia Japończyków zamiatały pod metaforyczny „dywan historii” wiele zbrodni opisywanych w tej książce. Wielu Japończyków nie chce konfrontacji z mroczną przeszłością swego kraju”.
Paralele między japońskimi zbrodniami a ukraińskimi i podejściem Japończyków i Ukraińców nasuwają się same.
Książka Feltona jest makabryczna, ale trzeba przez nią przejść. Dopiero wtedy każdy, kto ją przeczyta dojdzie do wniosku, że zbrodniarzy zawsze trzeba ukarać, bo zbrodnie nie ukarane zawsze rodzą następne na całym globie.
Marek A. Koprowski
Mark Felton, Rzeź na morzu. Zbrodnie Cesarskiej Marynarki Wojennej Japonii,Tłumaczył Jacek Lang, Wydawnictwo Replika 2009, s. 231, c. 34,90 zł.
