O „polskim Wilnie” w 74. rocznicę „wyzwolenia”

Powieszony na kiju biały kurczak z nalepką „Polskie Wilno” na piersi i kotwiczką Polski Walczącej na nieco innej części ciała, płomienne interpretacje niedawnej historii i płonące pochodnie w szyku bojowym na kształt Słupów Giedymina, do tego pieśni dodające otuchy narodowej i bojowego ducha – to wszystko (może z wyjątkiem tej kury) od lat towarzyszy obchodom kolejnej rocznicy przyłączenia Wilna i części Wileńszczyzny do Litwy w dniu 28 października 1939 r.

W tym roku narodowcy litewscy zgromadzili się na Górze Turzej (Boufałłowej), by godło założyciela grodu, ułożone z pochodni, górowało nad starożytną stolicą Litwinów…



Dla niewtajemniczonych: dostojnym mianem Kury (nawet nie koguta) w środowisku Litwinów szczególnie kochających Polskę określane jest polskie godło narodowe. Dla odmiany w polskim środowisku miłośników Litwy współczesnej godło litewskie (Pogoń) pieszczotliwie zwane jest Kobyłką (nie mylić z „Naszą szkapą“). Dziś ta heraldyczna fauna zgodnie sąsiaduje już chyba tylko w logo Związku Polaków na Litwie lub na zabytkach z czasów I Rzeczypospolitej…

Tymczasem „przyszłość Litwy“, jak określają sami siebie litewscy narodowcy, nie sięga już tak daleko w głąb dziejów i szczególnym pietyzmem otacza wyłącznie historię najnowszą, gdy i Litwa już była „słuszna“ (etniczna), i sukcesy miała nieliche, o których warto przypominać. Na przykład odzyskanie (lub wyzwolenie – oficjalna terminologia litewskiej historiografii) historycznej stolicy Wielkiego Księstwa Litewskiego. Doniosły akt sprawiedliwości dziejowej, bez porównania ważniejszy niż „odzyskanie“ polskiego Spisza i Orawy przez Słowaków przy tymże rozbiorze Polski, „powrót Memla“ (dla Litwinów – Kłajpedy) i Austrii do Rzeszy Niemieckiej pół roku wcześniej, czy też Zaolzia do Macerzy polskiej rok wcześniej.

Marsz na Wilno był faktycznie największą operacją wojskową litewskiej armii w czasie II wojny światowej, no bo przecież działania jednostek kolaborujących z hitlerowcami (bataliony policyjne, czyli żandarmeria i Litewski Korpus Lokalny gen. Plechavičiusa) czy z sowietami (29. Korpus Strzelców i 16. Litewska Dywizja Strzelecka), podobnie jak partyzanckie działania powstańców Czerwca ’41 i „leśnych braci” powojennego ruchu oporu trudno zapisać na konto narodowych sił zbrojnych. Była to jednak akcja logistyczna, nie militarna: poprzez nieistniejącą już granicę z niestniejącą II RP w kierunku Wilna pomaszerowała kilkusetosobowa reprezentacja wojska litewskiego, a zaraz potem w odwrotnym kierunku – 20-tysięczny korpus Armii Czerwonej, mający umacniać „litewsko-radziecką przyjaźń i braterstwo”. Siły zbrojne Litwy liczyły wówczas około 32 tys. żołnierzy i oficerów.

Te fakty jednak dla organizatorów obchodów mają znaczenie wtórne. Narodowiec Nr 1, czyli były poseł, a psychiatra i narkolog z wykształcenia, Gintaras Songalia stwierdził wręcz, że nie był to żaden dar Stalina, lecz wypełnienie umowy z Leninem z 1920 r., która dla Litwinów jest swoistym „ucięciem pępowiny” młodej Litwy – pierwszą międzynarodową umową uznającą byt Republiki Litewskiej, na wschodzie sięgającej po Brasław i Mołodeczno, Lidę, Grodno i Augustów na południu. Do 1945 r. wszystkie urzędowe mapy przedstawiały Litwę właśnie w tym kształcie, a odpowiednie tereny województw wileńskiego, nowogródzkiego i białostockiego II RP zaznaczano jako „tereny okupowane”.

Pamięć największej akcji piarowskiej I Republiki Litewskiej dla narodowców jest jednak równie ważna, jak sama akcja dla ich poprzedników sprzed 74. lat. Świadomość utraty wolności i niepodległości na kolejne pół wieku, połączonej z eksterminacją świeżo wykształconych własnych elit narodowych zaginęła gdzieś w zawierusze ostatniej wojny i skutecznej sowietyzacji, a proces depolonizacji i lituanizacji zyskanych terenów po cichu prowadzono nawet w cieniu rusyfikacji i komunistycznego zaboru. Dopiero w latach 80. XX wieku Litwini stali się większością narodową w Wilnie i już mogli w miarę pewnie rozwinąć falę odrodzenia, która przywróciła niepodległość w 1990 r.

Dziś jednak wyraźnie niepokoi kogoś fakt, że pamięć „polskiej okupacji” i Związku Wyzwolenia Wilna (jedna z największych wpływowych organizacji Litwy międzywojennej) w świadomości współczesnych Litwinów się zaciera… Ba, coraz więcej „zdrajców” zaczyna nawet interesować się, jak to faktycznie żyło i „cierpiało” owo „litewskie” Wilno pod „polskim butem”, skoro wydało nawet kilku noblistów, a żaden – rzecz doprawdy dziwna – nie był Litwinem!

Winowajców takiego stanu rzeczy organizatorzy także wskazali – po litewskiej stronie ujmą na honorze prawdziwego Litwina jest obecny szef dyplomacji Linas Linkevičius, który – zdaniem wodza litewskiej młodzieży narodowej Juliusa Panki – tylko przeprasza Wielkich Braci z sąsiedztwa, a poprzedza te haniebne akty (ponoć) określona czynność fizjologiczna, wywoływana uczuciem strachu (użyte określenie myžčioti oznacza wielokrotne, niekontrolowane oddawanie niewielkich ilości moczu). Stąd troska, czy aby na pewno minister nadąża ze zmianą pieluch…

Drugim winowajcą jest jego towarzysz po polskiej stronie, wróg Litwy Nr 1, czyli Radosław Sikorski, który – zdaniem tegoż Panki – na Litwie musi być ogłoszony personą non grata, bo neguje fakt okupacji Wilna, co – należy rozumieć – dla prawdziwych Litwinów jest równie zbrodnicze, jak negowanie Holokaustu dla Żydów…

Na szczęście towarzystwo powieszonej kury i płonących słupów Giedymina nie jest zbyt liczne – przynajmniej w dniu „powrotu Wilna do Macierzy”, bo już 11 marca, gdy ruszają centralną aleją Giedymina z okrzykami „Litwa dla Litwinów”, od kilku lat gromadzi się ich coraz więcej…

W jednym trudno jednak nie przyznać racji uczestnikom i organizatorom wiecu: Jak mogła Litwa w 1939 r. zadowolić się takimi „ochłapami” terenów, które obiecała Kownu Moskwa w lipcu 1920 r.? Gdyby dziś Lida i Grodno, a do tego Augustów i Suwałki były „nasze”, na pewno byłaby to całkiem inna Litwa niż tylko z Podbrodziem, Trokami, Solecznikami i Ejszyszkami…

Zdjęcia i montaż: Paweł Dąbrowski

Walenty Wojniłło

Źródło: Wilnoteka.lt

Reklama

Dlaczego zdecydowaliśmy się na ograniczenie dostępu do naszych treści?

Ponieważ nie istnieje darmowe dziennikarstwo. Zawsze ktoś za nie płaci. Jeśli Czytelnicy nie wezmą na swoje barki finansowej odpowiedzialności za istnienie niezależnych, oddolnych inicjatyw dziennikarskich, takich jak Kresy.pl, wówczas na rynku pozostaną wyłącznie niskiej jakości tabloidy oraz media finasowane przez wielkie korporacje, partie polityczne i różnego rodzaju lobbies.

Miesięczny koszt funkcjonowania portalu Kresy.pl to 20000 zł. 7-osobowa redakcja pracuje w pełnym wymiarze i praca ta jest naszym podstawowym, najczęściej jedynym, źródłem dochodu. Kresy.pl nie powstają po godzinach, tworzone przez amatorów. Portal jest tworzony przez wykwalifikowanych dziennikarzy oraz specjalistów z zakresu polityki międzynarodowej, którzy codziennie starają się dotrzeć do informacji istotnych z punktu widzenia interesu naszej politycznej wspólnoty.

Jeśli cenisz naszą pracę, jeśli z niej korzystasz i uważasz, że zamknięcie portalu Kresy.pl byłoby stratą, prosimy dołącz do grona osób, które współtworzą finansowe podstawy funkcjonowania naszego serwisu.




Zbierzmy 1000 stałych darczyńców i wyłączmy wszystkie zewnętrzne reklamy na Kresach. Pomóż nam zbudować solidną dziennikarską platformę, publikującą ekskluzywne, wysokiej jakości informacje, opinie i analizy, utrzymującą się wyłącznie dzięki zaufaniu Czytelników.

Kresy.pl są w 100% oddolną obywatelską inicjatywą, nie stoją za nami ani medialne konsorcja, ani rządowe dotacje. Naszym celem jest przeciwstawianie się wszelkim formom manipulacji opinią publiczną w Polsce. W dobie wojny informacyjnej nie ma zadania bardziej palącego niż odpowiedzialne wspieranie zaufanych mediów.

Wyłącz reklamy

Wesprzyj jednorazowo

2 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz

  1. wincentypol :

    Całkowicie się zgadzam z moim przedmówcą .Z nimi trzeba postępować z pozycji siły wtedy zrozumieją że bez nich Polska będzie istnic a ich Rosja połknie na razie do czasu zmiany czosnkowego Radka-zdradka musimy zacisnąć zęby i czekać.Tuskowi zostało 2 LATA PÓŻNIEJ MIEJMY NADZIEJĘ PRZYJDZIE CZAS PATRIOTÓW.