O. Polikarp Strzałkowski

Proboszcz parafii św. Anny w Kowlu, franciszkanin, gwardian klasztoru franciszkanów w tym mieście, urodził się w Jasenówce k/Żytomierza w 1970 r. Szczyci się tym, że pochodzi z polskiej rodziny, która za wiarę i polskość zapłaciła konkretną cenę. On sam niejeden raz był obiektem drwin, kiedy podkreślał, że jest Polakiem.

Sztuka przebaczania

,,Moja mama Genowefa urodziła się w Kazachstanie, dokąd wywieziono jej rodziców – mówi. Oni sami nie zobaczyli już stron ojczystych. Zmarli na stepowym pasiołku, mamie udało się wrócić. Mój ojciec urodził się po ówczesnej polskiej stronie granicy we wsi koło Równego. Gdy wkroczyli sowieci, uznali mego dziadka za kułaka i rozparcelowali jego ziemię. Nie miał on z czego utrzymać rodziny i by siedmioro dzieci nie głodowało, oddał je na służbę do ukraińskich gospodarzy, z którymi pozostawał w dobrych stosunkach. Mój ojciec trafił do rolnika, który gdy zaczęły się rzezie, okazał się być rezunem jeżdżącym nocą, by mordować Polaków. Ojciec nie zdawał sobie oczywiście z tego sprawy, gospodarz go bardzo polubił i traktował niemal jak syna. Pewnego razu nocą tato usłyszał, że ktoś wszedł do domu, mówi do gospodarza, że: ”będzie odpowiadał przed naszymi, bo przechowuje u siebie Polaka”. Ten przerażonym głosem odpowiedział, ze nie wiedział, że ojciec jest Polakiem, a do roboty go wziął, bo dobrze pracuje. Następnego dnia poszedł do dziadka i zaproponował, żeby ojca przechrzcić na prawosławnego, bo to zapewni mu bezpieczeństwo. Ten jednak twardo odpowiedział, że „wiarą nie handluje”. Tato wiele razy mi to opowiadał i zawsze podkreślał, jak wielkiej wiary musiał być jego ojciec, że w ówczesnej sytuacji, gdy w okolicy były mordowane całe wsie zdobył się na taką deklarację. Tato mieszkał u tego gospodarza jeszcze trzy tygodnie, a potem uciekł. Idąc spać kładł on siekierę pod łóżko i tato się bał, że go zarąbie. Dziadkowie uciekając przed rzeziami schronili się za Zbruczem, jakimś sposobem trafili do Żytomierza. Tu moi rodzice się poznali, a później przeprowadzili się do Jasenówki, miejscowości odległej o 70 km. Tam przyszły na świat ich kolejne dzieci, w tym ja (mam jeszcze siostrę i trzech braci). Siostra jest nauczycielką, jeden z braci lotnikiem, drugi milicjantem, a trzeci artystą rzeźbiarzem. Rodzice starali się wychować nas na porządnych ludzi. Ojciec był człowiekiem bardzo pobożnym, dbał o nasze wychowanie religijne, ale także patriotyczne, to on nauczył nas języka polskiego. Mama urodzona w Kazachstanie już nie znała języka przodków. Rodzice, pomimo iż w swoim życiu sporo wycierpieli zawsze uczyli nas, że w życiu nie można postępować według zasady: oko za oko, ząb za ząb. Uczyli nas sztuki przebaczania, jako warunku pojednania.”

Chciał pozostać w Moskwie

Choć wychowany w głęboko religijnej rodzinie o. Polikarp nie od razu chciał zostać katolickim kapłanem. Po ukończeniu Technikum Kolejowego pracował krótko jako dyżurny ruchu. Później powołano go do służby wojskowej, którą odbywał w Moskwie w stopniu sierżanta. Miał 27 podwładnych i zajmował odpowiedzialne stanowisko. Służył trzy lata, o rok dłużej. Związek Sowiecki się chwiał i w jednostkach nie zwalniano rezerwistów. Po przejściu do cywila chciał pozostać w Moskwie, gdzie miał wielu kolegów i bez trudu dostałby pracę. Rodzice jednak nie chcieli o tym słyszeć. Obawiali się, że z dala od domu w mieście, w którym nie ma kościoła, straci wiarę i zapomni o Panu Bogu.

,,Wysłali mnie do Żytomierza, bym poszedł do spowiedzi i poważnie zastanowił się nad życiem – wspomina. Udałem się więc do żytomierskiej katedry i przystąpiłem do spowiedzi. Trwała ona bardzo długo, a na jej zakończenie niespodziewanie kapłan, u którego się spowiadałem, a był nim obecny ordynariusz diecezji żytomiersko – kijowskiej bp Jan Purwiński, zapytał mnie czy nie chciałbym zostać księdzem. Początkowo zbaraniałem, sam siebie pytałem, jak to ja księdzem? Nigdy wcześniej o tym nawet nie myślałem. Po wyjściu z katedry zacząłem się jednak nad tym zastanawiać. Myśl o zostaniu kapłanem zaczęła mnie nurtować. Usiłowałem ją zabić, ale się nie dało. Zamieszkałem w Żytomierzu i po pracy zacząłem się angażować w działalność parafii, która po rozpadzie ZSRR uzyskała, tak jak cały Kościół na Ukrainie nowe możliwości funkcjonowania. Po pewnym czasie zrezygnowałem z pracy, pomimo, że była bardzo dobrze płatna i gwarantowała mi kwaterę i całkowicie poświęciłem się kościołowi. Przy kwaterze powstał III Zakon Świętego Franciszka założony przez o. Leopolda franciszkanina konwentualnego z Niepokalanowa. Zaangażowałem się w jego rozwój. Jeździłem po wsiach, uczyłem ludzi się modlić, a zwłaszcza odmawiać Różaniec. Biskup Purwiński namawiał mnie bardzo, żebym został księdzem diecezjalnym. Ta droga jednak mnie nie pociągała, choć jako ministrant w katedrze znałem wielu z nich. Jako tercjarza bardziej pociągało mnie pójście drogą św. Franciszka. Nie bardzo jednak wiedziałem, jak to zrobić. I wtedy w Żytomierzu zjawili się bernardyni, którym udało się odzyskać kościół św. Jana z Dukli. Początkowo nie wiedziałem, że są to franciszkanie. Sądziłem, ze jest to zakon założony przez jakiegoś św. Bernardyna, dopiero po osobistym kontakcie z ojcem Elizeuszem dowiedziałem się, że to też franciszkanie. Poprosiłem wtedy biskupa, bym mógł przejść do ich kościoła i tam pomagać, na co ten przystał. Towarzysząc bernardynom, spotkałem się z o. Darzyckim, z którym rozmowa wywarła na mnie bardzo silne wrażenie. Postanowiłem po niej wstąpić do zakonu. Najpierw odbyłem postulat w Miastkówce, później nowicjat w Leżajsku i studia w Wyższym Seminarium Duchownym Księży Bernardynów w Kalwarii Zebrzydowskiej.”

Zaczynał od Zbaraża

Po święceniach o. Polikarp został przez przełożonych skierowany do Zbaraża, w którym był wikarym o. Maksymiliana Żydowskiego. Pracował tam ponad dwa lata. Dwa razy po pół roku w zastępstwie pełnił też obowiązki proboszcza. Zbaraska parafia nie wyczerpała całej aktywności o. Polikarpa. Dojeżdżał też do odradzającej się franciszkańskiej parafii w Husiatyniu. Pomagał również okolicznym księżom w pracy duszpasterskiej. Służył również jako przewodnik pielgrzymom i turystom z Polski odwiedzającym Zbaraż.

Z dawnego polskiego kresowego gniazda, w którym było dziewięćdziesięciu wiernych, po dwóch latach pracy o. Polikarp trafił do Serdnego na Zakarpaciu, gdzie franciszkańska placówka obsługiwała dziewięć parafii, liczących w sumie trzy tysiące ludzi. Prowadził tam duszpasterstwo w języku ukraińskim i słowackim. Tego ostatniego musiał się oczywiście uczyć. Tę placówkę wspomina z rozrzewnieniem.

,,Zakarpacie to region bardzo specyficzny” – podkreśla. ,,Najbardziej ekumeniczny ze wszystkich obwodów na Ukrainie. Tam nie jest ważne, w jakim języku kapłan prowadzi duszpasterstwo, liczy się tylko, jakim jest człowiekiem.”

Po dwuletniej posłudze na Zakarpaciu o. Polikarp ponownie trafił do Zbaraża, a z niego po kolejnych dwóch latach w 2006 r. do Kowla. Nie jest to łatwa placówka, przede wszystkim dlatego, ze parafie dojazdowe przez nią obsługiwane znajdując się w sporej odległości od Kowla i w każdą niedzielę dojeżdżający do nich kapłan musi przejechać całe 270 km. Z Kowla jedzie się w stronę granicy z Białorusią do odległego o 75 km Kamienia Koszyrskiego, by następnie wrócić do Kowla i udać się z niego do Lubomla i Łukowa, po czym znów wrócić do Kowla. W porównaniu z czasami o. Rogera ze stałej obsługi wypadły tylko Rymacze, w której niestety praktycznie nie ma katolików.

Dla pielgrzymów z Polski

,,Mszę św. odprawiamy tam dwa razy do roku, głównie dla pielgrzymów z Polski, odwiedzających groby przodków”- mówi o. Polikarp. ,,Ponadto okazjonalnie, dwa – trzy razy do roku sprawujemy Najświętszą Ofiarę na cmentarzach żołnierzy 27. dywizji AK w Zasmykach i Ratnie.”

Największą wspólnotą jest ta istniejąca w Kowlu. Liczy około 150 osób. Tylu jest formalnie zapisanych w kartotekach. Około połowy z nich ma polskie korzenie i czuje się Polakami. Są to potomkowie nielicznych Polaków, którzy pozostali w Kowlu po 1945 r. Niektórzy przyjechali też ze Lwowa i zabruczańskiej Ukrainy, skierowani tu do pracy. Pozostali wierni mają różne, przeważnie ukraińskie pochodzenie. Związali się z parafią głównie ze względu na pomoc humanitarną, płynąca do niej z Zachodu w latach dziewięćdziesiątych.

,,Choć formalnie do niej dalej należą, to wciąż nie bardzo rozumieją istotę Kościoła”- mówi ojciec Polikarp. ,,Nie szanują kapłana. Nie czują się zupełnie odpowiedzialni za utrzymanie parafii. Moim poprzednikom było na pewno łatwej, otrzymali różnoraką pomoc z Włoch i Niemiec. My z ojcem Augustynem jesteśmy zdani wyłącznie na siebie. Sami musimy się martwić, skąd wziąć pieniądze na utrzymanie własne, kościoła i klasztoru, a także na kupno benzyny, by mieć co nalać do baku. Dlatego też, chociaż jest nas dwóch, to w praktyce jeden stale jest w rozjazdach i stara się w różny sposób zdobywać środki na utrzymanie parafii. Sąsiedzi proszą nas też o zastępstwa, czy o głoszenie rekolekcji.

Po polsku i ukraińsku

Duszpasterstwo w kowelskiej parafii jest prowadzone w języku polskim i ukraińskim. Msze św. w parafii odprawia się na przemian w językach polskim i ukraińskim. Na Mszę św. przychodzi regularnie około 70 osób, czyli mniej więcej połowa wiernych.

,,Pracuje się tu trudniej niż na moich poprzednich placówkach w Zbarażu i Zakarpaciu. Ludzie tu są inni, zamknięci w sobie, skryci, wciąż jakby żyjący w cieniu historii. Bardzo trudno do nich dotrzeć. Ewangelizację często trzeba prowadzić od zera. Tu całkiem zanikła katolicka tradycja. Mimo, iż parafia funkcjonuje już szereg lat, wciąż jeszcze na nowo się nie zakorzeniła. Oczywiście staramy się nie narzekać, ale prowadzić duszpasterstwo pomnażające dorobek poprzedników. W tak niewielkiej grupie wiernych nie da się oczywiście tworzyć jakichś grup, prowadzić duszpasterstwa specjalistycznego. Koncentrujemy się więc na typowej pracy pastoralnej: głosimy Słowo Boże, ewangelizujemy, udzielamy Sakramentów, prowadzimy katechezę dla niewielkiej grupki dzieci. Liczymy, że w przyszłości nasza wspólnota będzie się rozwijać. Kowel to przecież duże siedemdziesięciotysięczne miasto. Dla wielu jego mieszkańców przynależność do Kościoła rzymskokatolickiego może być atrakcyjna, już teraz przekonują się, że Kościół rzymskokatolicki nie jest ”polski”, ale powszechny i każdy, w tym także Ukraińcy, mogą do niego należeć.”

Ojciec Polikarp stara się podejmować różne inicjatywy przybliżające parafię kowelskiej społeczności. Prawdziwym hitem okazały się organizowane w świątyni koncerty skrzypcowe, na które zaczęła przychodzić miejscowa ukraińska inteligencja. Podobne powodzenie miały występy chórów.

Marek A. Koprowski

Reklama



0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz