Nie tylko żurawiejki

Przede wszystkim jednak pragnę pokazać zwyczajną trudną służbę, koszarową codzienność, daleką od powszechnie przyjętych wyobrażeń. Oczywiście będą też bale, rauty, będzie szampańska zabawa…

Miłośnikom kawalerii i „ułańskiej fantazji” z całą pewnością nie trzeba prezentować książek Piotra Jaźwińskiego, bo jeśli ich nie znają … nie są miłośnikami kawalerii i nie ma w nich ani szczypty „ułańskiej fantazji”. Sądzę jednak, że zdecydowanie liczniejsza jest grupa tych, którzy o przedwojennej kawalerii wiedzą niewiele, lub ich wiedza o niej sprowadza się do znajomości kilku żurawiejek i kilku anegdot o „pierwszym kawalerzyście Rzeczpospolitej”. Skutecznym lekarstwem na ów stan niewiedzy jest wydana w 2011 roku przez Instytut Wydawniczy ERICA książka Piotra Jaźwińskiego „Oficerowie i dżentelmeni. Życie prywatne i służbowe kawalerzystów Drugiej Rzeczpospolitej”. Na samym początku zastrzec pragnę, że nie należę do „fanatyków” ułanów, nigdy „nie rajcowały” mnie jakoś szczególnie, te mundury, te lance, te szarże, te konie. Może z uwagi na to, że jako chłopski syn do koni miałem podejście bardziej „przyziemne”, by nie rzec rolne, oparte w dodatku o wieloletnie doświadczenie. Stąd też czytając czy słysząc te wszystkie pienia na cześć szwoleżerów, ułanów gdzieś tam na ramieniu jakiś mały rogaty szeptał do ucha wers z piosenki Jacka Kaczmarskiego „Nie będą nam ułani braćmi”.

Ale przyznać muszę też, że chyba nie ma lepszej lektury niż książka/ki Piotra Jaźwińskiego, które mogłyby „nawrócić” takich niedowiarków. I to bynajmniej nie owymi „pieniami na cześć”, a raczej solidnością opracowania i atrakcyjnością formy. Najdobitniej Autor wyraża to w rozdziale „Zamiast wstępu” słowami: „Przede wszystkim jednak pragnę pokazać zwyczajną trudną służbę, koszarową codzienność, daleką od powszechnie przyjętych wyobrażeń. Oczywiście będą też bale, rauty, będzie szampańska zabawa, ale będą też warunki bytowe i finansowe, które zwłaszcza w przypadku młodych oficerów zupełnie nie przystają do obiegowych opinii. O szarej codzienności, o obowiązkach i obyczajach nie tylko od święta, zamierzam także napisać.” I z owych zamierzeń Autor wywiązuje się sumiennie na trzech i pół setce stronnic opisywanej książki. Bo stara się w niej właśnie rozprawić z wieloma mitami narosłymi wokół tej formacji przez ostatnie dziesięciolecia. A trzeba tutaj podkreślić, że nie były one jedynie pozytywne, zapewne w głowach wielu funkcjonuje jeszcze ten obrazek kawalerzystów szarżujących na niemieckie czołgi (film „Lotna”). Wielu też pewnie hoduje w sobie te płaskie w gruncie rzeczy i jednostronne mity, o złych oficerach odpowiedzialnych za klęskę wrześniową. Siła komunistycznej propagandy jest wielka, ale Autor próbuje z nią walczyć.

Sama książka składa się z ośmiu rozdziałów, wstępu („Zamiast wstępu”), zakończenia, przypisów, skorowidza nazwisk i bibliografii. W każdym rozdziale Autor porusza inny aspekt życia kawalerii II Rzeczpospolitej. A zaczyna od spraw organizacyjno-zbrojeniowych oraz statystyki, czyli: ile? jakich? i gdzie?. W pierwszych dwóch rozdziałach porusza zagadnienia natury ogólnej: do czego służyła kawaleria, jakie powinny być jej cechy i zadania, jak została zorganizowana itp. Szczególnie interesujący może być rozdział drugi „Elementy tradycji kawalerii, czyli czym i dlaczego różni się ułan od szwoleżera i strzelca konnego”. Laik dowie się z niego, że nie wszystko co na koniu, to ułan oraz jak rozpoznać poszczególne formacje kawalerii. Najcenniejsza jednak, moim zdaniem jest nie tylko ta systematyka, ale i statystyka. „Kawaleria Drugiej Rzeczpospolitej – pisze Autor – dzieliła się na: 3 pułki szwoleżerów, 27 pułków ułanów i 10 pułków strzelców konnych”. Każda z tych jednostek została krótko scharakteryzowana zaś dla łatwiejszego zapamiętania ich dyslokacji umieszczona została jeszcze przedwojenna mapa z lokalizacją poszczególnych pułków. Obecna centralna Polska i Polesie, były obszarami niemal zupełnie pozbawionymi konnicy.

Prawosławne, awstrijcy i … dureń Matki Bożej

W rozdziale trzecim Autor opisuje coś można określić różnorodnością „pozaborczą” polskiej kawalerii. Otóż dominowali w niej oficerowie z zaboru rosyjskiego i austriackiego, „pruskich” kawalerzystów prawie nie było. Nie trudno zgadnąć, że widoczne były tutaj różnice nie tylko w wyszkoleniu ale nawet w mentalności. „Prawosławni”, czyli oficerowie z zaboru rosyjskiego uważali „awstrijców” za mało odważnych, takich trochę bez fantazji. Zaś „awstrijcom” nie zawsze podobał się właśnie nadmiar owej fantazji u kolegów spod carskiego berła, który przejawiał się czasem także zbyt swobodnym podejściem do służby. Na tym tle oczywiście dochodziło do różnych niekiedy zabawnych a niekiedy znacznie mniej zabawnych sytuacji, które jednak także stanowiły pewien koloryt życia kawalerzysty. Z owej zaborczej mentalności wynikały także postawy konkretnych oficerów i ich oryginalność czy to w zachowaniu, czy wysławianiu się, w stosunku do kobiet, w ubieraniu się itd. Autor przytacza tu wiele ciekawych sytuacji związanych z konkretnymi postaciami.

Bez wątpienia najciekawsze są też wojenne przygody niektórych znanych oficerów, które sprawiły, że mieli oni pewną utartą opinię, czy nawet „ksywy”. Ot gen. Stanisława Bułak-Bałachowicza nazywano „Durniem Matki Bożej”, po tym jak opowiedział jedną ze swych wojennych przygód, kiedy to otoczony przez wrogów żegnał już się z życiem i był pewien, że zginą też jego żołnierze. Wtedy przyśniła mu się Matka Boska, która powiedziała mu: „Durniu, przecież tu jest dróżka, którą możesz wyjść z okrążenia”. I rzeczywiście ocalił swój szwadron i siebie.

Zawsze dumny z szefa swego,

To szwoleżer Piłsudskiego.

Prawdziwym miodem na duszę, już nie tylko miłośnika kawalerii ale i każdego, kto lubi śpiewać jest rozdział IV pełen żurawiejek. Autor opisuje tutaj genezę tych pieśni, skąd się one wzięły w polskiej kawalerii i zamieszcza bodaj czy nie najbardziej różnorodny ich zestaw z jakim się spotkałem. Wypadałoby przytoczyć kilka przynajmniej, jednak przez wzgląd na to, że portal nasz czytają także damy – powstrzymam się, bo to i ułan by zganił, wszak zawsze starał się odnosić do niewiast w sposób szarmancki.

W ostatnich kilku rozdziałach autor szeroko opisuje „uroki” i uroki kawaleryjskiej służby. Przeczytamy o tym jak wyglądał codzienny grafik kawalerzysty, jak się bawiono i co należało zrobić aby o 5 nad ranem wyglądać i zachowywać się tak, jakby żadnej „imprezy” nie było. Poczytamy o pojedynkach, których w zasadzie być nie powinno, ale jednak były i dlaczego mimo wszystko warto było bardziej brać w nich udział, niż się od nich uchylać. Dowiemy się co to jest honor i dobre imię pułku oraz pułkowa rodzina i dlaczego należało o nie bezwzględnie dbać.

Wiadomo też, że życie kawalerzysty to nie tylko konie, ćwiczenia, bale i rauty, ale kiedyś przecież trzeba się ustatkować, założyć rodzinę i ród przedłużyć. Poczytamy zatem o tym, jakie warunki musiała bezwzględnie spełniać kandydatka na żonę kawalerzysty. I dodam tylko, że pod słowem „warunki” nie rozumiem tego co … zwykle dziś rozumie, zwłaszcza młodzież. Dowiemy się jak wyglądał ślub kawalerzysty, oraz zwyczaje … poślubne, i znowuż nie mam tutaj na myśli … nocy.

Każdy kawalerzysta, wcześniej czy później umrzeć, lub jeszcze chwalebniej – zginąć musi. Z książki Piotra Jaźwińskiego dowiemy się też jak wyglądało ostatnie pożegnanie kawalerzysty.

A poza tym wiele, wiele innych ciekawych i niecodziennych rzeczy jak np. to, dlaczego człowiek salutuje koniowi.

Warto zwrócić uwagę na kilka mocnych stron książki „Oficerowie i dżentelmeni”. Wg mnie najmocniejsze są dwie. Pierwszą jest obfite korzystanie z pamiętników kawalerzystów. Ryszard Kapuściński pisał kiedyś „nie bój się cytatów – one dodają tekstowi blasku”. I wydaje się, że Autor podobną zasadę przyjął, bowiem wszędzie gdzie tylko można wprowadza cytaty ze wspomnianych pamiętników. I istotnie nadaje to tekstowi blasku, a także pewnej dynamiki. Czytelnik ma czasami wrażenie, że to sami kawalerzyści opowiadają historię swoich formacji, służby, obyczajów, wspominają dowódców itd. Wrażenie to potęguje jeszcze (i to jest ta druga mocna strona publikacji) obecność w książce wielu archiwalnych fotografii. Widzimy na nich oficerów, koszary, ćwiczenia, śluby, pogrzeby, bale, zawody – słowem wszystko, co składało się na życie kawalerzystów. Nawet nie czytając tekstu, a jedynie oglądając fotografie możemy „zafundować sobie” czarno biały film o polskiej kawalerii.

Będzie to jednak film niemy, dlatego na koniec zakrzyknę: „lance do boju…” to znaczy: książkę do ręki!

Krzysztof Wojciechowski

Piotr Jaźwiński, Oficerowie i dżentelmeni. Życie prywatne i służbowe kawalerzystów Drugiej Rzeczpospolitej, Instytut Wydawniczy ERICA, 2011, ss. 369

Reklama



0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz