„Zjazd odbywał się w sali miejscowego kina, a ludzie zbierali się na ulicach dookoła, śpiewali pieśni mimo, że jak pamiętam, była wtedy pochmurna pogoda, padał deszcz. Jednak ludzie stali na ulicy. Kiedy były te pierwsze narodowe, polskie odruchy to naprawdę była euforia. Ludzie to odczuwali” – Marian Simonowicz wspomina zjazd w Ejszyszkach, który 1990 roku uchwalił tworzenie Polskiego Kraju Narodowo-Terytorialnego.

Karol Kaźmierczak: Jest pan rodowitym mieszkańcem Solecznik…

Marian Simonowicz:Tak urodziłem się tutaj, niedaleko Solecznik. W rodzinie chłopskiej, rodzice na roli pracowali. Tutaj skończyłem szkołę, ośmiolatkę z polskim językiem nauczania. Potem było technikum. Ale potem wstąpiłem studia wyższe do Leningradu, gdzie ukończyłem Instytut Rolniczy. Od 1979 roku pracuję tutaj. Dwa lata byłem w Kazachstanie przy chińskiej granicy jak mnie wzięli do Armii Radzieckiej. Potem wróciłem i pracowałem około dziesięciu lat w sowchozie w Ejszyszkach. Byłem tam agronomem, zastępcą dyrektora. Było tak, że kto nie jest partyjnym, to nie może być kierownikiem, więc zostałem przyjęty do partii. Partia przerzuciła mnie w stronę Dziewieniszek, tam kierowałem kołchozem przez cztery lata. Chyba w 1978 lub w 1979 roku zostałem wybrany na radnego rejonu solecznickiego Byłem w radzie aż do 2002 roku. W 1986 roku przerzucili mnie do kołchozu „Rudnia”, gdzie pracowałem do 1990 roku. Wtedy też wybrano mnie do komitetu wykonawczego administracji rejonu solecznickiego. Byłem jednym z tych którzy ogłosili rejon solecznicki jako autonomiczny-narodowościowy w składzie Republiki Litewskiej. Przewodniczącym rady rejonowej był wówczas Czesław Wysocki, a jego zastępcą Adam Monkiewicz.

K.K.: Jak Pan ocenia gospodarkę kołchozową?

M.Sz.:Wszystko zależało od tego, że kto kierował. Tam gdzie ja zacząłem pracować, jako przewodniczący, w kołchozie „Rudnia” moim poprzednikiem był pewien Żyd, choć ja nie oceniam po narodowości, miał on bardzo niedobry stosunek do ludzi. Przez 30 lat był przewodniczącym kołchozu i nic nie zbudował. Znęcał się nad ludźmi. Kiedy przyszedłem starałem się zebrać kolektyw, wtedy dużo zbudowaliśmy. Ogólnie czasy radzieckie to nie były najlżejsze czasy. Jednak kiedy Sajudis poruszył Litwę to jakoś nie odczuwaliśmy bliskości. W czasie radzieckim różnic narodowościowych nie było tak widać. A potem zaczął się Sajudis i Litwini zaczęli się wywyższać. Zauważyliśmy, że w sprawie szkół i innych dziedzin zaczął się nacisk. Więc potrzeba autonomii narodowościowej nie przyszła tak sobie lub że ktoś ją narzucił. Zaczęły się artykuły w prasie i zagotowało się.

K.K.: Sajudis wysunął hasła litewskiego odrodzenia narodowego i w ramach tego pojawiły się wątki antypolskie?

M.Sz.:Tak. Nie było to otwarte, ale wszędzie odczuwało się.

K.K.: A jak funkcjonowała w czasach radzieckich administracja? Czytałem archiwalne wypowiedzi Aniceta Brodawskiego ówczesnego przewodniczącego rady rejonu wileńskiego, który podawał statystyki dla tego rejonu. Co prawda mieszkali tam w większości Polacy, ale w administracji większość to byli Rosjanie, Litwini. Polaków było stosunkowo mało. Jak było tutaj w rejonie solecznickim?

M.Sz.:Z Anicetem Brodawskim bardzo dobrze współpracowaliśmy i byliśmy razem z nim u Landsbergisa. Jeździliśmy na audiencję do niego ale nic się wskóraliśmy. Z czym przyjechaliśmy z tym odjechaliśmy. Zagrał nam na fortepianie i taka była nasza z nim debata. W partii tutaj było tak, że pierwszym sekretarzem zawsze musiał być Rosjanin albo Litwin. Drugim, do spraw agitacji, bywał Polak, ale taki, który i tak po polsku nie rozmawiał. Wtedy trzecim sekretarzem też zawsze był Litwin. W komitecie wykonawczym Polakiem był Miłoszewicz, a dopiero potem, w latach 80 sekretarzem komitetu rejonowego partii został Edward Taszliński. W naszym rejonie było więcej Polaków w partii i administracji, niż w wileńskim, tam było gorzej. Polacy przeważnie kierowali kołchozami, sowchozami – od 1975 roku w większości z nich Polacy byli kierownikami. Było na tych stanowiskach kilku Rosjan. Z czterdziestu gospodarstw chyba dwoma kierowali Litwini, może trzema. Tak więc tutaj w czasach radzieckich aż tak bardzo ucisku narodowego się nie odczuwało, a może ludzie nie byli tak świadomi i wyszło to w czasie przebudzenia… Doszło do ostrej konfrontacji. Może nawet nie tyle z Litwinami co litewskimi partiami. Ja byłem przeciw temu i apelowałem – szukajmy wspólnej drogi. Nawet ci ze Związku Polaków byli bardziej radykalni, Maciejkianiec, Sienkiewicz, który przyjeżdżał do mnie. Ja miałem jednak swoje zdanie. Ale ze wspólnej drogi nic nie wyszło. Wspominając ponownie Brodawskiego to był bardzo porządny człowiek. Miał zawsze swoje zdanie. Nawet jak do Moskwy wyjeżdżał, bo on został w 1989 r. wybrany deputowanym Rady Najwyższej ZSRR. I tam kontaktował się z samym Jelcynem. Nigdy nie stawiał sprawy tak, że jak jestem Polak to jestem lepszy od Litwina czy Rosjanina. Szanujcie mnie, a ja będę szanował was – tak działał.

K.K.: Pamięta pan sprawę uchwalonych przez Radę Najwyższą dekretów językowych?

M.Sz.:Tak pamiętam. Wprowadzili, że od teraz tylko język litewski, wszędzie. I wtedy się zaczęło. Jak naciskasz, to masz reakcję. I stąd hasło autonomii. To się zaczęło w samych apilinkach.

K.K.: 6 września 1989 r. ogłosiliście rejon solecznicki polskim rejonem narodowym…

M.Sz.:To ja pierwszy zgłosiłem wniosek o taką uchwałę na radzie rejonowej. Nie było chętnych na postawienie go, a ja się nigdy nie bałem. Już przedtem było zebranie naszych ludzi, Stanisław Pieszko – to on mnie zawołał. Było wielu kierowników przedsiębiorstw i organizacji i oni pytają: Marian wysuniesz wniosek? Popierałem tę sprawę więc się nie bałem. Po mnie występowali Józef Rybak i Zdzisław Palewicz. Wcześniej odbył się wiec. W całym mieście było o tym głośno. Ludzie zebrali się dookoła gmachu. Rosło poczucie godności narodowej, poczucie, że mamy prawo być na tej ziemi. Tak było zresztą wszędzie jak zaczął się rozpadać Związek Radziecki. Każda narodowość zaczęła myśleć o sobie – dlaczego dla nas ma być gorzej? W latach 80 było zresztą już więcej kontaktów z Polską i ja sam wyjeżdżałem. To też wpływało na świadomość. Księża zaczęli swobodniej funkcjonować, a oni też przecież w języku polskim funkcjonowali.

Na sesji 6 września był także przewodniczący Prezydium Rady Najwyższej Litewskiej SRR Astrauskas i on występował przeciw nam, że nie można robić narodowego rejonu. Twierdził, że to było sprzeczne z prawem, sprzeczne z konstytucją. Cisnął. Nic mu się nie udało.

K.K.: Jak wyglądało funkcjonowanie polskiego rejonu narodowego?

M.Sz.:Używaliśmy wszystkich języków. Przychodził człowiek mówił po polsku – rozmawiałem po polsku, mówił po litewsku – rozmawiałem po litewsku, mówił po rosyjsku – rozmawiałem po rosyjsku, także po białorusku. Sama rada funkcjonowała tak, że jeśli był przedstawiciel władzy to początek posiedzenia był obowiązkowo w języku litewskim, a potem każdy jej członek przemawiał w swoim języku ojczystym. Choć to było już przez litewskie władze zabronione. Litwini po litewsku przemawiali. Jako przewodniczący nie chciałem i nie mogłem zmuszać ludzi do mówienia po litewsku tym bardziej, że część z nich języka litewskiego nie znała. Odrodzenie wiązało się też z tym, że zaczęły się zmniejszać szkoły rosyjskie, a w ich miejsce zaczęły powstawać wtedy szkoły polskie. To było bardzo widoczne.

K.K.: 12 maja 1989 r. odbył się pierwszy zjazd deputowanych rad wszystkich szczebli Wileńszczyzny w Mickunach. Proklamował on dążenie do autonomii całego regionu. Czy odbił się on szerokim echem wśród mieszkańców rejonu solecznickiego?

M.Sz.:Nie byłem na tym zjeździe. Byłem natomiast na drugim zjeździe w Zawiszańcach 1 czerwca 1990 r. Organizował go Stanisław Pieszko, zjazd odbywał się w przedsiębiorstwie, którym zarządzał. Niektórzy się wtedy jeszcze bali, że stracą pracę. Największy był zjazd w Ejszyszkach 6 października 1990 r. Urządzono go bardzo uroczyście, był hymn, sala była pełna, nabita ludźmi, nie było gdzie postawić samochodów. Zjazd odbywał się w sali miejscowego kina, a ludzie zbierali się na ulicach dookoła, śpiewali pieśni mimo, że jak pamiętam, była wtedy pochmurna pogoda, padał deszcz. Jednak ludzie stali na ulicy. Kiedy były te pierwsze narodowe, polskie odruchy to naprawdę była euforia. Ludzie to odczuwali. Dzisiaj już tak nie jest, tego nie ma. Niestety. Młode pokolenie siedzi w internecie.

K.K.: Ostatni zjazd odbywał się 21 maja 1991 r. w Mościszkach. Tam uchwalono Statut Wileńskiego Polskiego Kraju Narodowo-Terytorialnego.

M.Sz.:Na tym zjeździe nie byłem. Koncepcje były różne. Inną miał Okińczyc, inną Sienkiewicz, jeszcze inną na zjazdach. Ale w Mościszkach chodziło już o daleko idącą autonomię. Tak słyszałem, choć Statutu nie widziałem. Miał być mały parlament uchwalający własne prawa. Konkretów jednak nie pamiętam. Jak były rozmowy o tym ja im jednak mówiłem, że nikt na to nie pozwoli. To były czasy walk narodowościowych, w całym Związku Radzieckim. Ale z naszej strony też były jastrzębie.

K.K. Kto należał do jastrzębi wśród polskich autonomistów?

M.Sz.:Stanisław Pieszko. U niego zresztą zbierali się liderzy, po kryjomu trochę.

K.K.: Pan też bywał na tych zebraniach?

M.Sz.:Byłem nie jeden raz. W tych zebraniach tutaj brało udział 15-20 osób. W rejonie wileńskim liderem był Brodawski, a tutaj Pieszko. Także Adam Monkiewicz był aktywny w tym wszystkim, dopóki nie uciekł. W trakcie dyskusji każdy mógł przedstawiać swoje zdanie w ważnych dla nas kwestiach. Potem wnioski Pieszko zabierał na zebrania centralne. Pierwszy sekretarz komitetu rejonowego partii Leon Jankielewicz też chciał być z tymi liderami, ale się chował. Potem my, razem z Brodawskim, jeździliśmy do Warszawy, byliśmy w Sejmie i w Senacie RP. Mieliśmy zaproszenie. Mieliśmy spotkania z polskimi politykami, marszałkiem Senatu Andrzejem Stelmachowskim. Oni nam mówili tylko: „Nie zaostrzajcie sytuacji”. Nie było poparcia.

K.K.: Polska nie poparła?

M.Sz.:Nie poparła. My z Brodawskim wtedy to zrozumieliśmy. To było w 1991 roku. Mówili nam ani że poprą, ani że nie poprą, ani za, ani przeciw. Byliśmy przyjęci aby pokazać, że z nami rozmawiają, ale konkretów nie było. Spotkanie było na ulicy Wilczej.. Pamiętam jeszcze jak postawiłem tam samochód, wtedy jeszcze na radzieckich numerach rejestracyjnych, a ochroniarz mówi mi: „Nie stawiaj tutaj bo zniszczą”. A ja mówię, że jestem Polakiem – „A to dla pana znajdzie się miejsce na parkingu”. Byliśmy w Warszawie około trzy dni. Dostałem nawet odznaczenie. Już nawet nie pamiętam od kogo.

K.K.: Kto jeszcze z ramienia ruchu autonomicznego jeździł do Polski?

M.Sz.:Poza Brodawskim Pieszko. Od Związku Polaków jeździł Jan Sienkiewicz. Jeździł też Czesław Okińczyc, ale ten to tylko swoje sprawy załatwiał. On był moim zdaniem bardziej prolitewski.

K.K.: Nad gmachem administracji rejonowej wywieszono biało-czerwoną flagę?

M. Sz.:Tak, wisiała. Wywiesiliśmy ją po zjeździe w Ejszyszkach. Odśpiewano „Rotę” i wciągnięto biało-czerwoną flagę.

K.K.: 4 września 1991 r. po puczu Janajewa Litwini zawiesili samorząd w rejonach wileńśkim i solecznickim i stłumili dążenia autonomiczne.

M.Sz.:Miałem z tym nielekką sprawę. Przewodniczącym rady był Wysocki, a jego zastępcą Monkiewicz, którzy uciekli na Białoruś. W czasie puczu Janajewa siedziałem razem z Brodawskim. To była trudna sytuacja. Z obu stron byliśmy atakowani. I radzieckiej, i przez Litwinów. Mam zaszczyt być zwolnionym z pracy przez samą Radę Najwyższą Republiki Litewskiej. Oprawiłem to sobie w ramki [śmiech]. Wyszedłem z gmachu samorządu z wielkim polskim orłem pod pachą, bo wiedziałem, że inaczej go zniszczą. I pamiętam, że jak już samorządy przywrócono w latach 90 to z tym orłem wróciłem do gabinetu.

K.K.: Po rozbiciu samorządów tu również doszło do przypadków uwłaszczania się Litwinów na ziemi kołchozów?

M.Sz.:Tak było. Przyjeżdżał Litwin nie wiadomo skąd i brał ziemię. A tutaj ludzie się spóźnili. Część tutejszych chciała zachować kołchozy. I tak ziemię im rozchwycili.

K.K.: Po rozbiciu samorządów dwóch polskich rejonów litewski rząd naznaczył z góry swoich przedstawicieli. W rejonie solecznickim był to Arunas Eigirdas. Jak pan wspomina jego rządy?

M.Sz.:Kiedy potem mieliśmy tutaj w Solecznikach zebranie Eigirdas groził mi więzieniem. Mówił: „Możesz być wieczorem aresztowany i wywieziony”. Odpowiadam: „Proszę bardzo. Popróbujcie, jestem myśliwym mam czym się bronić”. Mój zastępca Olechnowicz starł się z nimi. Ja chciałem to uprzedzić, chciałem w radzie z wyprzedzeniem odwołać Wysockiego i Monkiewicza. Bezpieka litewska już wcześniej tutaj siedziała. W urzędach naznaczali swoich – kogo chcieli. To w większości ludzie z zewnątrz byli. Eigirdas miał pięciu czy sześciu doradców. Z nimi przyjeżdżał i z nimi wyjeżdżał. Za jego czasów rozparcelowano ziemię kołchozów i przeprowadzono prywatyzację przedsiębiorstw. I jak parcelować jak nie swoim? Wiele niszczyli. Kołchozy i sowchozy trzeba było zlikwidować, ale nie zmarnować tego co w nich było. Oni rozwalali byle rozwalić.

K.K.: Uważa pan, że wysunięcie programu autonomii było słuszne? Czy autonomia pomogła by tutejszym Polakom?

M.Sz.:Nie wszyscy ludzie okazali się odpowiedni. Na początku wszyscy działali razem a potem każdy ciągnął w swoją stronę. Powstał pewien rozłam między nami. Ta idea była dobra. Pokazać, że tutaj kompaktowo w jednym miejscu zamieszkują Polacy. Trzeba było nam dać warunki. Jednak z Litwinami zawsze tak…

Czytaj także: Walentyna Subocz: Byliśmy natchnieni

Projekt „Autonomiści. Historia dążeń do autonomii Wileńszczyzny” sfinansowany został ze środków Senatu RP oraz Stowarzyszenia Odra-Niemen.

kresy.pl

Reklama



0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz