Kulturowy nacjonalizm białoruski

Na wstępie uprzedzam Czytelnika, że przytoczone w poniższej relacji fakty mogą poddać w wątpliwość sens całej polskiej polityki wschodniej, która jako niewzruszony dogmat przyjęła „doktrynę Giedroyca”, a wraz z nią wyrozumiałość wobec młodych nacjonalizmów zabużańskich (za rzeką Bug), która każe na dalszy plan spychać interesy Polaków na Kresach. Nie będzie to także tekst strawny dla tych, którzy uważają, że suma obecnych państw narodowych w Europie Wschodniej jest prostą kontynuacją I Rzeczypospolitej. Z drugiej zaś strony tekst ten nie zadowoli w najmniejszym stopniu zwolenników rządów Aleksandra Łukaszenki, mającego do Polaków na Białorusi stosunek rzekomo pozytywny lub chociaż neutralny – w przeciwieństwie do antypolskich nacjonalistów białoruskich. Tych od razu uprzedzam, że ze względu na represje wobec Polaków na Białorusi prezydent tego państwa nie cieszy się moją życzliwością. Pozostałych niezrażonych tymi zapowiedziami Czytelników zapraszam zaś do lektury.

Czymś, co może być niepokojące z polskiego punktu widzenia jest z pewnością kulturowy nacjonalizm białoruski, który niezależnie od wariantu reprezentowanego przez konkretną osobę czy instytucję zawsze zawiera kilka stałych punktów. Przejawy kulturowego nacjonalizmu białoruskiego można zaobserwować w działalności wydawniczej, jak i wśród przedstawicieli społeczeństwa białoruskiego nie zajmujących się zawodowo historią, a będących co najwyżej jej pasjonatami. Zdarzają się przypadki, iż tezy kulturowego nacjonalizmu białoruskiego głoszą także osoby niezaangażowane bezpośrednio w zgłębianie historii czy wiedzy o kulturze i mający raczej pozytywny, a co najmniej neutralny stosunek do Polski i polskości. Inną kategorią wartą rozważenia jest orientacja historiozoficzna w łonie białoruskiej inteligencji, z której zwykle rekrutuje się opozycja wobec Aleksandra Łukaszenki. Jest to o tyle godne uwagi, że opozycja ta jest często wspierana – w tym finansowo – przez państwo polskie bądź samorządy polskich miast. Przedstawicielami tego nurtu są zazwyczaj – jeśli nie zawsze – pracownicy mediów finansowanych przez polskiego podatnika takich jak Bielsat TV czy Radio Racja. Ich celem jest zaszczepienie idei społeczeństwa obywatelskiego na Białorusi i promowanie świadomej postawy narodowej wśród Białorusinów, co przede wszystkim z uwagi na pierwszy punkt stoi w kontrze do polityki administracji Aleksandra Łukaszenki i stawia w opozycji do niego politykę państwa polskiego.



Przedstawiciele białoruskiego nacjonalizmu kulturowego przestrzeń do nieskrępowanego głoszenia swoich poglądów znajdują z uwagi na warunki panujące na Białorusi przede wszystkim za granicą. Ciekawą z tego punktu widzenia instytucją jest Europejski Uniwersytet Humanistyczny w Wilnie. Jest to placówka o statusie litewskiej uczelni państwowej, niegdyś działająca w Mińsku, a po odmowie akredytacji przez białoruskie władze państwowe przeniesiona na terytorium Republiki Litewskiej. Myliłby się jednak ten, kto twierdzi, że kwitnie tam ruch opozycyjny. Motywy studentów wybierających naukę w Wilnie są zazwyczaj inne niż polityczne. Wśród studentów zdarzają się przypadki mówienia wyłącznie po białorusku (co jest zarazem wyborem o charakterze politycznym), jednak jest to zdecydowany margines, choć traktowany raczej z wyrozumiałością. Między sobą studenci porozumiewają się po rosyjsku – który jest językiem znanym doskonale każdemu – co nie zawsze można powiedzieć o białoruskim. W języku rosyjskim odbywa się też większość zajęć, a na niektórych wydziałach niemal wszystkie.

Niemniej, wśród studentów „rosyjskojęzycznych” zdarzają się przypadki głoszenia tez białoruskiego nacjonalizmu kulturowego. Jeden z nich jest wręcz modelowy. Student pochodzący z Lidy, noszący nazwisko, które posiada dziś również wiele osób w Polsce, wielokrotnie wyrażał swoje poglądy na historię i stosunki polsko-białoruskie. Warto dodać, że jego babcia jest Polką. I na tym jego uświadomione związki z polskością się kończą.

Student ten, dość dobrze orientujący się w historii i wiedzy o kulturze, obecność Polaków na Białorusi podsumowuje stwierdzeniem, iż „ludzie ci uważają się za Polaków, bo chodzą do kościoła”. To samo mówi o swojej babce, która zapewne jest w oczach świadomych Białorusinów „kościelną Polką” – czyli rzekomo nieprawdziwą Polką, członkiem narodu polskiego, a po prostu lokalnym przedstawicielem wyznawców wiary rzymskokatolickiej i tylko z tego powodu mającą się za Polkę uważać. Przywoływany student sam jest rzymskim katolikiem, pochodzi z Lidy, przynależy do parafii, gdzie Msze św. odbywają się również języku polskim. Jego znajomość polskiego jest na dobrym poziomie, jeśli chodzi o sferę bierną. W języku polskim nie mówi. Na pytanie o Polaków w Lidzie, szczególnie o młodzież, odpowiada, że „za Polki uważają się tylko starsze kobiety [zobrazował to raz stwierdzeniem, że to takie, które mówią „Polska, Polska…”], młodzieży polskiej w Lidzie nie ma”. Odnieść można wrażenie, że jego tożsamość narodową uformowało wyznanie, choć sam nie jest raczej pobożną osobą, to kulturowe przywiązanie do katolicyzmu w tym konkretnym przypadku odcisnęło piętno na orientacji narodowej.

Podobne tezy wygłaszał student z Baranowicz (tak jak i Lida – do 1945 w granicach Polski), który stwierdził, iż „wszyscy Polacy z Białorusi już wyjechali po wojnie, obecnie są tylko <<kościelni Polacy>>”. Warto podkreślić, że w tym stwierdzeniu nie było żadnej zawziętości, jaką wykazywał niekiedy student z Lidy. Białorusinowi z Baranowicz trudno było też zarzucić antypolonizm, uczył się on w szkole niedzielnej języka polskiego, rozmawiał więc po polsku. Przeświadczenie o „nieautentyczności” Polaków na Białorusi tym bardziej nie wynikało więc z żadnych antypolskich uprzedzeń. Być może takiego poglądu nabrał ze względu na specyfikę naszych rodaków na Białorusi – większość z nich nie mówi po polsku poza kościołem. Być może też taką wiedzę wyniósł po prostu ze szkoły. Jakiekolwiek są tego przyczyny, jest to prosta droga do tego, by uznać, że na Białorusi nie ma prawdziwych Polaków, a są tylko Polacy <<kościelni>>. Jest to tym bardziej niefortunna teza, że to właśnie na tych terenach po 1945 utrzymywała się jedna z najsilniejszych, jeśli nie najsilniejsza, polska partyzantka antykomunistyczna – a nie miałaby ona pola działania, gdyby nie poparcie miejscowej ludności. Brak znajomości języka polskiego wśród Polaków to już wynik świadomej polityki władz sowieckich po wojnie.

Mickiewicz nie był Polakiem…?

Bardzo znamienne są stanowiska wyrażane w sporach o historię. Przytaczany przypadek studenta z Lidy jest wręcz modelowy – zaprezentował on wszystkie punkty białoruskiego nacjonalizmu kulturowego w toczonych dyskusjach. I tak dowiadujemy się, że Mickiewicz nie był Polakiem, że „Polską interesował się tak jak my moglibyśmy się interesować np. Anglią”, że pisał po polsku „bo na Uniwersytecie w Wilnie wykładano po polsku” (dlaczego właśnie po polsku, tego nie wyjaśnił). Argumentem za związkami poety z białoruskością miałyby być m.in. „Dziady”, czyli sięganie do folkloru wsi białoruskiej, a na rzecz związku z litewskością (litewskość i białoruskość rozumiane w dzisiejszych kategoriach – czyli narodowościowych, a nie folklorystycznych) – poemat „Grażyna”, gdyż „gražį” [grażi] w języku litewskim w istocie oznacza „piękna”; widzimy więc, iż fascynacja polskiego poety miejscowym folklorem miałaby świadczyć o jego narodowej tożsamości. Wspominany mieszkaniec Lidy, będący autorem tych tez, uznał jednak, że „nie twierdzi, iż Mickiewicz był Białorusinem, ale nie był też Polakiem”, natomiast ‘Litwin’ jako kategoria samookreślenia był terminem ponadnarodowym – oznaczał, wedle słów przytaczanego Białorusina – „zarówno Litwina, jak i Białorusina”. Jest to zaskakująca teza, gdyż ‘Litwin’ w czasach i interpretacji Mickiewicza był kategorią węższą niż narodowość – był to po prostu lokalny wariant Polaka (przypomnijmy, że Mickiewicz tworzy Legion Polski na emigracji), jak np. Mazur (Mazowszanin), którego właśnie Mickiewicz zrównuje z Litwinem jako podkategorią w ramach narodu polskiego – świadczy o tym m.in. dzieło pt. „Księgi pielgrzymstwa i narodu polskiego”. Ponadto, student z Lidy, przebywając w Warszawie, wyraził autentyczne lub nie, ale na pewno sugestywne zdziwienie, że znajduje się tam Muzeum im. Mickiewicza – wszak „Mickiewicz nigdy nie był w Warszawie”, a więc rzekomo jest to jakaś anomalia, aby w stolicy Polski istniało muzeum imienia tego poety. Jest to jednak logiczna konsekwencja postrzegania historycznej polskości na ziemiach wchodzących dziś w skład Republiki Białoruś, a niegdyś w skład dawnej historycznej Litwy.

Spór o Wielkie Księstwo Litewskie (osobne państwo czy część Rzeczypospolitej Polskiej, tzw. „Obojga Narodów”?) to również oś konfliktu o interpretację historii tych ziem i charakteru miejscowej polskości. Ponieważ Mickiewicz nie był Polakiem i nie ma (i nigdy nie było) tak naprawdę Polaków na Białorusi, to, ogólnie rzecz biorąc, w interpretacji kulturowego nacjonalizmu białoruskiego Wielkie Księstwo Litewskie jest państwem osobnym od Polski (którą utożsamia student z Lidy z Koroną). Na uwagi o to, że wielu Polaków czuło się Litwinami, student odpowiada, że „to jakieś nieporozumienie, że Polacy to Polacy, a Litwini to Litwini”, natomiast „prawdziwa Polska to Gniezno, Kraków czy Częstochowa” (czyli po prostu nic na wschód od Niemna i Bugu – zupełnie tak jak uważał carat i sowieci). Historyczna interpretacja tożsamości litewskiej (podtyp polskości) jest nie tylko czymś, co nie mieści się w ramach białoruskiego nacjonalizmu kulturowego, ale jest wręcz jest tym, co wykoleja całą tę ideologię i pozbawia ją wszelkich podstaw. Skoro WKL nie było Polską, to co robią tam autochtoniczni Polacy? Sposób odpowiedzi na to pytanie – aby nie przeczyła ona kulturowemu nacjonalizmowi – przedstawiono wyżej, z tezą o <<kościelnych Polakach>> czy niepolskości Mickiewicza na czele. Zejście ze ścieżki oznaczonej jako „na Białorusi wszystko jest białoruskie” nie jest w tym wypadku możliwe, jeśli chce się zachować spoistość ideologii kulturowego nacjonalizmu białoruskiego. Nota bene, identycznie wygląda dziś konstruowanie historii w Republice Litewskiej.

Warto dodać, iż wśród narodowo nastawionej opozycji białoruskiej panuje przekonanie (często utwierdzane w nich przez samych Polaków w Polsce), że to Białoruś jest prawdziwym spadkobiercą Wielkiego Księstwa, a nie Republika Litewska. Tutaj występuje pewna rozbieżność z cytowanym obszernie lidzianinem, który litewskością gotów jest się „podzielić” ze współczesnymi Litwinami. Jest to jednak różnica mało znacząca dla wspólnej płaszczyzny tych dwóch wariantów – mianowicie, że Wielkie Księstwo Litewskie nie było nigdy Polską. Student z Lidy 1699 uznaje za „[tu wulgarne określenie] rok”, gdyż to właśnie wtedy wprowadzono w Wielkim Księstwie polski jako kancelaryjny (urzędowy) w miejsce staroruskiego (przez narodowo nastawionych Białorusinów błędnie uznawany za protoplastę dzisiejszego białoruskiego; błędnie – bo między nimi nie ma żadnej ciągłości historycznej). Na fakt, iż wprowadzono go dobrowolnie, odpowiedział, że „tak, ale to tylko przez szlachtę”. W innych przypadkach – o czym dalej – miejscowa szlachta jest szlachtą białoruską, w znaczeniu narodowości czy wręcz etnicznym, oczywiście w interpretacji omawianego nacjonalizmu kulturowego.

Kościuszko – uczestnik zmagań o niepodległość Białorusi..?

Tymczasem, nie będzie nadużyciem stwierdzić, że bezdyskusyjnym bohaterem dla wszystkich narodowo nastawionych Białorusinów jest Tadeusz Kościuszko. Dla Polaków – polski bohater narodowy, dla świadomych Białorusinów – syn [„urożdeniec”] Białorusi, związany z ziemiami wchodzącymi w skład Republiki Białoruś, a więc – jeśli nie Białorusin – to przynajmniej protoplasta Białorusinów, a na pewno za sprawę Białorusinów walczący. Zapytany o białoruskich bohaterów narodowych Białorusin z Mińska (szeregowy członek Białoruskiego Frontu Narodowego, z domu rosyjskojęzycznego, lecz orientujący się na tożsamość stricte białoruską) podał bez wahania nazwisko Kościuszki. Fakt, że walczył on o reaktywowanie postanowień Konstytucji 3 Maja, która finalnie jednoczyła Koronę i Litwę w jedną Rzeczpospolitą Polską, nie gra zbyt dużej roli bądź po prostu nie jest uświadomiony. Kultem bohatera narodowego otacza postać Kościuszki również student z Lidy, gdy jednak usłyszał argument o Konstytucji 3 Maja, to zaczął dowodzić białoruskości Kościuszki na podstawie współczesnej przynależności państwowej jego miejsca urodzenia, które znajduje się obecnie na terytorium Republiki Białoruś.

Z drugiej zaś strony przypomnienie wszelkich wcześniej podejmowanych aktów prawnych – królewskich lub sejmowych – które zacieśniały związki Korony i Litwy, były zbijane argumentami, że „podejmowała je szlachta”. De facto więc autentyczna białoruskość w tym wypadku to folklor wiejski, jednak stoi to już w kolizji z wynoszeniem do panteonu bohaterów narodowych szlachciców takich jak chociażby Kościuszko, którzy posiadali niewątpliwie polską tożsamość narodową. Z drugiej zaś strony wszystkie rody polskie na Białorusi – np. Tyszkiewiczów – uznaje się za Białorusinów. Tutaj warto zajrzeć do białoruskiej Wikipedii (są dwie wersje w zależności od wariantu alfabetu – w treści nie różnią się radykalnie), gdzie taka narracja – „na Białorusi wszystko jest białoruskie” – jest dominującą (np. [link=http://tinyurl.com/qzdw5j3]

). Wcieleniem w życie tego podejścia było niejednokrotnie zaobserwowane na cmentarzu na wileńskiej Rossie białoruskich biało-czerwono-białych wstążek, którymi udekorowano grób Władysława Syrokomli, wybitnego polskiego poety. Białorutenizacja życiorysu dotknęła też Stanisława Moniuszkę urodzonego w okolicach Mińska, tym razem lidzianin określił go jako „polsko-białoruskiego twórcę”.

Wilno miastem białoruskim

Rossa, jak i całe Wilno, często uznawana jest przez narodowo zorientowanych Białorusinów (ta orientacja nie jest jedyną, która niesie ze sobą tożsamość białoruską, tej nie wyklucza również ideologia władzy Aleksandra Łukaszenki, robi to jednak w zupełnie innym duchu) za duchową mekkę, wprawdzie na Rossie spoczywają bądź posiadają symboliczne nagrobki działacze białoruscy (bracia Łuckiewiczowie, ks. Stankiewicz – co ciekawe, wszystkie z nich zapisane są białoruską łacinką – rzecz dziś niespotykana), to białorutenizacja życiorysów postaci polskiej kultury czy historii jest osobną kategorią, która dotyczy właśnie takich postaci jak Mickiewicz czy też wspomniany Syrokomla. Narodowo zorientowana opozycja białoruska uznaje Wilno za „historycznie białoruskie miasto” – czy to z powodu stołeczności w Wielkim Księstwie Litewskim, czy to z powodów „etnicznych”, tezy te wygłosili cytowani Białorusini: z Lidy i Mińska. Przy czym wszystkie twierdzenia o etnicznej białoruskości Wileńszczyzny są opierane na wynikach carskiego spisu powszechnego z 1897, którego głównym celem było wykazanie, iż na ziemiach poza byłą Kongresówką (a i tak nie całą) nie ma Polaków. Wileńszczyzna pokazana jest jako litewsko-białoruskie pogranicze etniczne. Warto nadmienić, iż wówczas poza okolicami Druskienik i rejonem dzisiejszej Brasławszczyzny żywioł litewski i białoruski nie miały praktycznie żadnej ze sobą styczności – klinem wchodził na te tereny tzw. polski pas, od strony północnej obejmujący swym zasięgiem historyczne Inflanty Polskie, czyli rejon Dyneburga (łot. Daugavpils). Wyniki tego spisu są podstawą do twierdzeń, iż Wilno, a przynajmniej Wileńszczyzna, była „etnicznie białoruska”. Miejsca dla miejscowych Polaków, rzecz jasna, w tej narracji nie ma.

I Rzeczpospolita to nie Polska

Podobnie przedstawiane są rozbiory Polski. Nie jest to w interpretacji białoruskiej – tak jak postrzegają to Polacy – rozbiór państwa polskiego przez trzech ościennych zaborców, lecz w przypadku ziem dzisiejszej Białorusi „dołączenie ziem białoruskich do Rosji”. Jako całość państwo polskie sprzed rozbiorów traktowane jest po prostu jako Rzeczpospolita, a nie jako państwowość polska. W ten sposób też polskie powstania narodowe toczące się na ziemiach przedrozbiorowej Polski są sprowadzane do wymiaru lokalnego, np. jako „powstanie Kościuszki” czy „powstanie Kalinowskiego”, widać też tutaj próbę zmonopolizowania tych postaci na rzecz narodu lub przynajmniej proto-narodowości białoruskiego. Natomiast dopiero walki na terenach dzisiejszej Polski są przyporządkowywane jako powstania polskie, same powstania narodowe, począwszy od insurekcji kościuszkowskiej, są dzielone jako powstania „w Polsce, na Litwie i na Białorusi”, jakby ich celem nie było wskrzeszenie organizmu politycznego w granicach sprzed 1772 roku i to niezależnie od miejsca wybuchu. Wspomina się o tym, że dla Polaków celem była restauracja państwa sprzed 1772 roku, ale o państwie tym mówi się jako „Rzeczypospolitej”, nigdy jako Polsce. Należy też wspomnieć, iż w publikacjach białoruskich zawsze określa się monarchów polskich wymieniając w ich tytulaturze najpierw tytuł Wielkiego Księcia Litewskiego, a dopiero potem Króla Polski – co w realiach ustroju feudalistycznego jest pozbawione elementarnego sensu (Król był ważniejszym tytułem od Wielkiego Księcia i powinien być wymieniany najpierw), jak i nie odpowiada prawdzie historycznej (dany monarcha był Wielkim Księciem dlatego, że był Królem, a nie na odwrót).

Podsumowując – wedle prezentowanego toku myślenia historyczna Litwa nie była Polską (była zaś częścią jedynie niedookreślonej Rzeczypospolitej – Rieczi Pospolitoj), a polskie (w naszym rozumieniu) powstania narodowe i jego przywódcy pochodzący z Litwy walczyli o wolność dla Białorusi (pojęcie „ziem białoruskich” czy też „terytorium Białorusi” jest uwsteczniane w czasie w dzisiejszych kategoriach znaczeniowych), zaś rozbiory Polski z lokalnego punktu widzenia to tylko „dołączanie ziem białoruskich do Rosji”. Wobec tego nie można się dziwić, iż władza II RP nad częścią obecnego terytorium Republiki Białoruś jest oceniana negatywnie. Jest tu stosowane dla całego okresu przedwojennego pojęcie „Zachodniej Białorusi” jako kategoria polityczna, oczywiście polska władza na tych terenach to zasadniczo ciąg działań zmierzających do pozbawienia Białorusinów tożsamości narodowej na rzecz polskiej („apaljaczanie”).

Współczesna opozycja białoruska a Polacy na Białorusi

Na surową ocenę władz polskich w tym okresie pozwolił sobie niejaki Franak Viachorka, student Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego, o którym ostatnio nakręcono również na koszt polskiego podatnika film, którego propagandowe ostrze wymierzone jest w Aleksandra Łukaszenkę. Viachorka przedstawiany jest w polskich mediach jako jedna z czołowych postaci ruchu opozycyjnego wobec Aleksandra Łukaszenki (studenci EHU w Wilnie w ogóle go nie kojarzą, nie było ani jednego takiego przypadku). W prywatnej korespondencji stwierdził on, że „Białoruś była okupowana przez Rosję, Niemcy, Polskę i Związek Radziecki i już wystarczy”. W podobnym tonie wypowiadał się mieszkaniec Lidy, student Europejskiego Uniwersytetu Humanistycznego w Wilnie, który z kolei zagadnięty o polskość w Grodnie zapytał z autentycznym zdziwieniem, „a co jest polskiego w Grodnie?”. Dane przedstawiające skład narodowościowy Grodna w latach ’30, gdzie narodowością dominującą byli Żydzi i Polacy, lidzianin skomentował jako efekt polonizacji („nic dziwnego, że przeważali Polacy, skoro już tyle lat istniała polska władza”). Wg niego w 1920 w Grodnie przeważali jeszcze Białorusini. Grodno zostało tu przedstawione Białorusinowi jako symbol polskości na terytorium wchodzącym dziś w skład państwa białoruskiego, jednak nawet to miasto nie jest postrzegane jako przynajmniej częściowo polskie pod względem etnicznym czy kulturowym. Mieszkaniec Lidy poproszony o skomentowanie Obrony Grodna w 1939, odparł, nie zaprzeczając faktowi polskiej obrony miasta, że „ludność budowała sowietom bramy powitalne”. Niesowiecka interpretacja dziejów Białorusi jako państwa narodowego zawsze więc sięga do dorobku historiografii sowieckiej, gdy mowa jest o XX wieku.

Wątki narodowe wplecione w aneksję centralnych i wschodnich województw Polski w 1939 przez sowiety to dość stała praktyka. W programie nauczania historii na białoruskim uniwersytecie w Wilnie pisze się, iż „wydarzeń z września 1939 nie można oceniać jednoznacznie, z jednej strony ziemie białoruskie zostały zjednoczone, z drugiej strony na całej Białorusi zapanował stalinowski terror”. A więc, o ile wprowadzenie systemu komunistycznego przez Białorusinów może być oceniane pejoratywnie, to jest ono ukróceniem innej niesprawiedliwości – czyli przynależności „Zachodniej Białorusi” do Polski.

Białystok jako miasto białoruskie

Obszernie cytowany lidzianin zmiany granic w latach 1939-1945 skomentował osobliwie na przykładzie Białegostoku. Stwierdził on, że „Białystok odszedł do was”, na ripostę, że ‘po prostu wrócił po wojnie do Polski’, umiarkowanie się oburzył, mówiąc: „Jak to wrócił? Skoro Białystok WRÓCIŁ, to może i Grodno czy Lida powinny wrócić?”. Widać więc wyraźnie, że mimo wielu innych narracji historycznych, tutaj historia ‘zaczyna się’ na potrzeby chwili i osiągnięcia słuszności w danej dyskusji dopiero w 1945 roku. Ponownie więc wątek narodowy został wpleciony w tezę sowieckiej historiografii o „zjednoczeniu Białorusi”, jednak tutaj idzie się krok dalej – oskarża się, mniej lub bardziej bezpośrednio, o dokonanie niesprawiedliwości w postaci „przekazania” Polsce Białegostoku, który w latach 1939-1941 stanowił część BSRS. Argumentem za tą tezą jest rzekoma ‘etniczna białoruskość’ tych ziem – lidzianin był z pewnością stronnikiem tej tezy; podczas opisywania trasy z Białegostoku do Grodna, stwierdził, że miejscowość po polskiej stronie na przejściu granicznym „zapewne jest etnicznie białoruska”, z zastrzeżeniem, że „dzisiaj pewnie już nie – po tylu latach”. Zawoalowane oskarżenie o spolonizowanie ludności jest warte uwagi również w szerszym kontekście.

Ten sam człowiek traktat ryski komentuje następująco w kontekście wspominania o wielu przejawach w przeszłości polskości na dzisiejszej Białorusi zachodniej – „ZNÓW chcecie nas podzielić”. Prawo państwowości białoruskiej do tych ziem uzasadniane jest istnieniem (wprawdzie w mocno efemerydalnej formie, będącej de facto niemieckim protektoratem) Białoruskiej Republiki Ludowej na omawianych obszarach, którą to BRL uznało kilka państw (tutaj student z Lidy wymienia państwa). Ponadto, w EHU odbyła się wystawa przypominająca o Białoruskiej Republice Ludowej – która de facto była narzędziem niemieckiej władzy okupacyjnej na zajętych terenach, a w najlepszym przypadku niemieckim protektoratem – gdzie zaznaczone były granice „ryskiego podziału”, czyli polsko-sowiecka granica po traktacie ryskim, wydawane też były studentom ‘paszporty’ BRL, będące czymś w rodzaju symbolicznego pamiątkowego dokumentu. Wystawa nie miała jednak wprost wydźwięku antypolskiego, poza mapą – która w Polaku musi budzić uzasadniony sprzeciw (Polska nie była okupantem na terenach, które dziś wchodzą w skład państwa białoruskiego, ponadto BLR rościł sobie – i do dziś rości w postaci rządu emigracyjnego – pretensje do terenów znajdujących się w granicach dzisiejszego państwa polskiego, co pokazano na mapach) – pokazano też dokument wystawiony przez polskie władze, na mocy którego zamykano jedną z instytucji białoruskich w przedwojennej Polsce. Znając jednak historię, wiemy, że instytucje te były zamykane pod rzeczywiście uzasadnionymi zarzutami o godzenie w integralność państwa polskiego. Często w różnych publikacjach są takie reperkusje ze strony II RP przedstawiane jako przejaw ograniczania praw narodowych Białorusinów.

Na marginesie warto dodać, że wystawę te sfinansowała Fundacja Konrada Adenauera związana z niemiecką chadecją.

Kto korzystał na nacjonalizmie białoruskim

Tymczasem, wspomniany student z Lidy posiada wydany jeszcze przed wojną sumptem Republiki Litewskiej „Słownik litewsko-krywicki” wydany w Kownie w 1924 roku. Jest to wydanie wspierane finansowo przez Kowno w ramach antypolskiej polityki w międzywojniu, jako że BRL pretendowała do ziem znajdujących się ówcześnie przede wszystkim w granicach Polski. To instrumentalne traktowanie narodowego ruchu białoruskiego przez oficjalne Kowno świadczy o tym, jaki był stosunek do polskości postulowanej republiki białoruskiej i jakie wspólne cele miała tzw. Litwa Kowieńska z rządem BNR na emigracji. Działalność wydawnicza to oczywiście tylko jeden z aspektów posługiwania się przez Litwinów ruchem białoruskim w kontrze do Polski. Należy dodać, że „Krywicze” to jedna z proponowanych nazw na naród postulowany wówczas przez ruch białoruski w tamtych czasach, dopiero później upowszechniono nazwę Białorusinów.

Wyeksponowanie pewnych probiałoruskich wątków w historii stosunków polsko-białoruskich też spotkało się raczej z chłodną reakcją. Przypomnienie studentowi z Lidy o tym, iż Piłsudski chciał utworzyć niezależną Białoruś na Mińszczyźnie, konstruując tam „białoruski Piemont”, spotkało się z odpowiedzią, że „Białoruś jest od Brześcia po Witebsk”, sam Piłsudski został sklasyfikowany jako… nacjonalista. Wspomniany zabieg zjednywania sobie Białorusinów udaje się jedynie częściowo przy eksponowaniu oblicza Wielkiego Księstwa Litewskiego jako państwa Słowian: Białorusinów i Polaków (lub w odwrotnej kolejności), w opozycji do zawłaszczania historii WKL przez współczesną Litwę – tutaj możliwa była płaszczyzna porozumienia ze studentem z Lidy. Warto wspomnieć, że idea jakiejś nowej Rzeczypospolitej (niedookreślonej), składającej się m.in. z Polski i Białorusi, była często przychylnie podejmowana przez studentów politologii – jej ostrze miałoby być wymierzone przeciwko „Moskalom”. Aspekt antyrosyjski jest wspólny dla wszystkich białoruskich patriotów, niezależnie od ich oceny przeszłych czy postulowanych związków Białorusi z Polską. Wynika to zapewne z faktu, że dziś to właśnie Rosja realnie zagraża niepodległości Białorusi, a Polska to państwo słabe.

Sytuacje potwierdzające myślenie kategoriami odrębności Białorusi jako organizmu politycznego jeszcze przed rozbiorami było stwierdzenie studentki dziennikarstwa z Grodna (która nie mówiła po białorusku, a jedynie po rosyjsku), że I Rzeczpospolita to „polsko-białorusko-litewskie państwo”. Było to powiedziane w raczej neutralnym tonie, przez osobę mającą raczej pozytywny stosunek do Polski, ale pokazujące tendencję do „unaradawiania” ziem białoruskich wstecz, traktowania Białorusi jako odrębnej narodowo i politycznie jednostki nawet wówczas, gdy termin ten oznaczał tylko niesprecyzowane terytorium etnograficzne.

Kiedy Polacy wzbudzają szacunek

Polacy jako naród bywają postrzegani również pozytywnie, można założyć, że przez osoby także wychowane na tej samej lub orientacji historiozoficznej. Studenci białoruscy przyporządkowywali Polakom waleczność, zdolność do oporu w niewoli. „Wy, Polacy, jak wam coś nie pasuje, to od razu robicie jakieś powstania, bunty, protesty, a Białorusini to taki spokojny naród, wszystko przyjmuje tak jak jest” – powiedział student z Mińska (inny niż wspomniany członek BNF). Była to osoba, która na pewno była uczona o tym, że w II RP zachodziła rzekoma polonizacja Białorusinów, gdyż tak można było wywnioskować z innej jego wypowiedzi. Ponadto, głębokie zainteresowanie ruchem „Solidarności” wyrażał mińszczanin będący członkiem partii BNF, wyraźnie chcący czerpać zeń inspirację. Warto także dodać dość sympatyczne sytuacje dla Polaka, gdy Białorusinki (studentki prawa) mieszkające na wschodzie lub centrum Białorusi (Mohylew, Borysów) reagowały na informację, ze mają do czynienia z Polakiem, wspomnieniem o polskiej obecności w ich miastach (istnienie polskiego domu lub szkoły języka polskiego czy też kościołów katolickich, a więc „polskich” – w odbiorze miejscowych – kościołów). Pojawiały się też pojedyncze opinie wyrażające przekonanie, że Polacy coś sobą reprezentują, najwyraźniej chodziło o to, że Polakom jako narodowi „o coś” chodzi, że mają zdefiniowaną jako wspólnota tożsamość i cele, takie jak przetrwanie języka i kultury narodu. Warto podkreślić, że z przyczyn ewolucyjnych w kobietach nie ma aż takiej zawziętości w werbalnej choćby obronie terytorium uznawane za ojczyste (która to obrona w wydaniu nacjonalizmu białoruskiego sprowadza się do odmawiania Polakom na Białorusi prawa do ich narodowości) – jednoznacznie pozytywny stosunek do polskości na Białorusi miały więc niemal zawsze osoby płci żeńskiej.

Stereotyp Polaka jako osoby przekornej, która czasem porywa się na donkiszoterię, ale jednak szlachetnej (a raczej: szlacheckiej) można często zaobserwować wśród osób mieszkających na wschód od naszych granic. Przypadki żartobliwego, ironicznego mówienia „pan Polak” zdarzały się nie raz, ciekawostką jest, iż na wschodzie bardzo dobrze znany jest pierwszy wers naszego hymnu i niekiedy powtarzany jest Polakowi w momencie, gdy ujawnia on swoją narodowość. Jest to przejaw pewnego stereotypu, który wg opisywanych osób nasz hymn – a przynajmniej jego pierwszy wers – potwierdza. Wers ten jest niemal zawsze wypowiadany bez złośliwości czy ironii, z pewnym przekąsem, ale i świadomości, że coś prawdziwego o Polakach musi on zawierać. Identyczna sytuacja jest na Ukrainie.

Polacy nie wzbudzają więc na Wschodzie szacunku wtedy, gdy próbują być wyrozumiali, gdy próbują szukać jakichś wspólnych punktów w historii. Cieszą się oni za to poważaniem wtedy, gdy mowa o czynie zbrojnym i tendencji do przeciwstawiania się tym, którzy zagrażają ich interesom.

Polska na „Zachodniej Białorusi”

Jednakowoż interpretacja dziejów Polski – szczególnie w XX wieku – jest czymś, czemu warto się przyjrzeć. Niemal zawsze jako przyczynę „rozpadu Polski” w 1939 podaje się „zbyt dużą liczbę mniejszości narodowych”. W zawoalowanej formie oznacza to, że tak naprawdę upadek państwowości polskiej był być może w jakimś sensie nieunikniony, a na pewno jest to ukryte oskarżenie o to, że Polska zajęła rzekomo nieswoje ziemie (tzw. Zachodnia Białoruś i Zachodnia Ukraina). Nie neguje się natomiast ataku Niemiec i ZSRS na Polskę, gdy studenci EHU uczą się o tym okresie dziejów, chociaż teza o „przeciążeniu” Polski mniejszościami narodowymi jest wspólna niesowieckiej i postsowieckiej wersji historii Białorusi.

Nie inaczej interpretują historię Białorusini orientacji narodowej prowadzący działalność lub mieszkający w Polsce. Znamienny jest przypadek pracującego w polskich mediach publicznych (TV Bielsat) obywatela Republiki Białoruś, Dmitrija Hurniewicza, który na swoim facebookowym profilu napisał takie oto słowa:

<<Zostałem zaproszony na prezentację książki „Oddajcie nam Lwów”. Chyba jedna nie zdążę, o tej samej porze jestem zaproszony na wykład „Geben Sie uns Breslau” [Oddajcie nam Wrocław].>>

Adres profilu: [link=http://www.facebook.com/dzmitry.hurnievic]

Jest to bulwersujący przykład powtarzania antypolskiej propagandy zrównującej utratę przez Niemcy Wrocławia (ruin Wrocławia) – którą można uzasadnić sprawiedliwością historyczną – z utratą przez Polskę Lwowa, która jest konsekwencją agresji sowieckiej z 17 września 1939. Korzystający z gościnności RP człowiek w ogóle nie czuje się zobowiązany do jakiejkolwiek lojalności wobec państwa, w którym przebywa, powtarza ponadto tezy komunistycznej propagandy „Wrocław za Lwów”. Warto dodać, że komunikat o tym występku całkowicie – w swoim style zresztą – zignorowała dyrektorka państwowej TV Belsat, Agnieszka Romaszewska, której antypolonizm podwładnego zupełnie nie przeszkadzał.

Pracownik jednej z fundacji (tej samej, która wspominanemu wcześniej Frankowi Viachorce pomagała, gdy miał problemy z władzami białoruskimi) wspominał niegdyś, jak Białorusini korzystający ze statutowej działalności fundacji chcieli, by mówić „w Białorusi” zamiast poprawnie: na Białorusi, gdyż ta druga, poprawna wersja, ma rzekomo upośledzać w warstwie językowej Białoruś jako państwo suwerenne. Oczekiwania te – które kaleczą język polski – zostały sformułowane w Warszawie wobec pracowników pomagającej im fundacji. Warto także przytoczyć reakcje białoruskich studentów – stypendystów polskich programów rządowych (w ich ramach dostają większe stypendia niż Polacy zza wschodniej granicy) – na jednej z konferencji o Białorusi na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie można było spotkać się z negatywnymi reakcjami na uwagi o istniejącej polskości w Grodnie („że niby kresy wschodnie, tak?” – pytał jeden z nich), także dało się zaobserwować bardzo żywiołowe reakcje na uwagi, iż w miastach na Białorusi nigdy się nie mówiło po białorusku – dziś mówi się po rosyjsku, a kiedyś po polsku („co ty mówisz, jeszcze w XIV wieku mówiło się po białorusku” – jeśli to prawda, to zapewne chodzi o wyparty później w naturalny sposób przez polszczyznę język staroruski, na potrzeby odpowiedniego, „narodowego”, przekazu historiografii nazywany ‘starobiałoruskim’, niestety często także przez Polaków). Jest to raczej powszechne wyobrażenie o historii Białorusi wśród narodowo zorientowanych Białorusinów żyjących w Polsce.

Rzeczywistość białoruska. Czy Polacy na Białorusi są dla nas priorytetem?

O tym, ile wspólnego z realiami ma usilne „unaradawianie” Białorusinów przez państwo polskie (abstrahując od tego, czy leży to w naszym interesie), można się przekonać, przekraczając polsko-białoruską granicę. Zwracanie się do ludzi w języku białoruskim jest postrzegane jako dziwactwo, coś nienaturalnego. Przykre to jest dla tych, którym drogi jest język białoruski, ale zawsze warto zadawać sobie pytanie – czy jest to podstawowa rzecz, o którą nam chodzi? Na Białorusi mieszkają dwa miliony katolików rzymskich – zwykle to wyznanie jest utożsamiane jako „polskie”. Często w tamtejszych warunkach księża lub siostry zakonne w parafiach pytani o narodowość wiernych, odpowiadają, że są katolikami. Dopiero potem można mówić o tożsamości narodowej. W istocie rzeczy – wszystkie spory etniczne są na Białorusi wyciszone, a w warunkach spychania na dalszy plan tożsamości narodowej na rzecz państwowej ideologii neosowieckiej polskość mieszkańców Białorusi jest czymś, co trzeba niejako „wydobyć” z danego człowieka. Wtedy okazuje się, że mamy do czynienia z całymi wsiami lub miastami w sporej lub nawet przeważającej mierze polskimi. Świadczą o tym też cmentarze – ze świeżymi grobami z inskrypcjami w języku polskim. Języku, który obok łaciny odcisnął swoje piętno w architekturze na Białorusi najmocniej (podczas gdy białoruskiego nie ma tam wcale, wobec czego nacjonalistyczna opozycja nabiera swoistego „kompleksu polskiego”). Polskość na Białorusi jest obecna aż do granicy łotewskiej, wizualnie jest ona obecna w przestrzeni.

Na Białorusi zdarzają się przypadki, że miejscowi Polacy narzekają na miejscowych nacjonalistów. Tak było chociażby w miejscu chrzcin Tadeusza Kościuszki, gdzie nacjonalistom nie spodobał się polski wydźwięk sposoby upamiętnienia tego wydarzenia.

Nadchodzi wariant litewski?

Na koniec warto postawić sobie pytanie – czy opozycja białoruska, która walczy o swobody demokratyczne na Białorusi, walczy też o naszą polską sprawę w tym kraju? Czy nie będziemy mieli powtórki z wariantu litewskiego – państwa demokratycznego, które za sens istnienia postawiło sobie zdepolonizowanie Kowieńszczyzny (w zasadzie dokonane) oraz Wileńszczyzny (w toku – przy milczącej aprobacie Warszawy w imię „dobrosąsiedzkich stosunków”)?

Warto patrzeć opozycji białoruskiej na ręce i stawiać jej wymagania już teraz. A warunkiem dobrych stosunków z Łukaszenką uczynić przede wszystkim realizację podjętych przez państwo białoruskie zobowiązań w dziedzinie ochrony praw mniejszości narodowych, o ile to w ogóle możliwe.

Marcin Skalski

Autor studiował w Wilnie na białoruskiej uczelni – Europejskim Uniwersytecie Humanistycznym, uczestniczył w tym roku w objeździe naukowym na Białoruś organizowanym przez Uniwersytet Warszawski

Reklama

Dlaczego zdecydowaliśmy się na ograniczenie dostępu do naszych treści?

Ponieważ nie istnieje darmowe dziennikarstwo. Zawsze ktoś za nie płaci. Jeśli Czytelnicy nie wezmą na swoje barki finansowej odpowiedzialności za istnienie niezależnych, oddolnych inicjatyw dziennikarskich, takich jak Kresy.pl, wówczas na rynku pozostaną wyłącznie niskiej jakości tabloidy oraz media finasowane przez wielkie korporacje, partie polityczne i różnego rodzaju lobbies.

Miesięczny koszt funkcjonowania portalu Kresy.pl to 20000 zł. 7-osobowa redakcja pracuje w pełnym wymiarze i praca ta jest naszym podstawowym, najczęściej jedynym, źródłem dochodu. Kresy.pl nie powstają po godzinach, tworzone przez amatorów. Portal jest tworzony przez wykwalifikowanych dziennikarzy oraz specjalistów z zakresu polityki międzynarodowej, którzy codziennie starają się dotrzeć do informacji istotnych z punktu widzenia interesu naszej politycznej wspólnoty.

Jeśli cenisz naszą pracę, jeśli z niej korzystasz i uważasz, że zamknięcie portalu Kresy.pl byłoby stratą, prosimy dołącz do grona osób, które współtworzą finansowe podstawy funkcjonowania naszego serwisu.





Zbierzmy 1000 stałych darczyńców i wyłączmy wszystkie zewnętrzne reklamy na Kresach. Pomóż nam zbudować solidną dziennikarską platformę, publikującą ekskluzywne, wysokiej jakości informacje, opinie i analizy, utrzymującą się wyłącznie dzięki zaufaniu Czytelników.

Kresy.pl są w 100% oddolną obywatelską inicjatywą, nie stoją za nami ani medialne konsorcja, ani rządowe dotacje. Naszym celem jest przeciwstawianie się wszelkim formom manipulacji opinią publiczną w Polsce. W dobie wojny informacyjnej nie ma zadania bardziej palącego niż odpowiedzialne wspieranie zaufanych mediów.

Wyłącz reklamy

Wesprzyj jednorazowo

6 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz

  1. krzy65siek :

    Napisałem długi komentarz na temat tego jakie były różnice pomiędzy Litwą a Polską nie tylko w czasach Mickiewicza, ale także w czasach I RP i niestety usunął się… Szkoda, teraz nie dam rady go powielić. Powiem tylko najważniejsze:

    Fałszywa jest teza, że Litwin to tyle co „Mazur” czy „Wielkopolanin” nigdy tak nie było. Gdybyśmy próbowali zastosować dzisiejsze terminy polityczne do oceny I Rzeczpospolitej, to była to federacja w znacznie większym stopniu niż jakiekolwiek państwo europejskie. Odrębne były nie tylko język (do 1699 roku), ale także armia, skarb i system prawny (prawo cywilne). Część tych różnic (armię i skarb) zlikwidować próbowała Konstytucja 3 Maja (która jak wiadomo nie weszła w życie), a część pozostała aktualna do końca istnienia I RP (prawo zmieniono dopiero w 1840 roku). O ile mi wiadomo, ani Wielkopolska ani Mazowsze nie miały swojej armii (hetmana) czy odrębnego kodeksu cywilnego? Na Litwie inne były także relacje pomiędzy drobną szlachtą a magnaterią. To wszystko powodowało, że Litwini mieli podwójną świadomość narodową (jak byśmy to ujęli dzisiaj) obywatelstwo Rzeczpospolitej i „obywatelstwo” litewskie.

    Na istniejące różnice nałożyły się różnice wynikające z całkiem innej polityki rosyjskiej wobec Litwy: granice celne, zakaz stosowania publicznego języka polskiego (także na nagrobkach), próby wprowadzenia rosyjskiego do liturgii Kościoła Katolickiego, a nawet zakaz ubierania się czy zaprzęgania koni na sposób polski. Wraz z przymusową (a czasem także dobrowolną) deportacją części szlachty pogłębiło to mocno różnice pomiędzy Królestwem Polskim a Litwą. Wiedza na ten temat jest mocno ograniczona, a kiedyś (jeszcze do Powstania Styczniowego) była całkiem powszechna. Zachowały się rozkazy do dowódców powstańczych o nakazie szanowania litewskich zwyczajów i prawa.

    A Białystok? Nie trzeba być wielkim etnografem, żeby stwierdzić różnice kulturowe jakie istnieją po obu stronach Narwi – inne obyczaje, zwyczaje kulinarne, inne obrazy na ścianach, inny udział prawosławnych… co prawda 100 lat zatarło tą granicę, ale nadal ją czuć, choćby w żartobliwej pogardzie jaką czują mieszkańcy Łomży (Mazowsze) do Śledzi (Białystok).

    Kiedy w 1919 zaczęła powstawać Polska, było wielu którzy chcieli zignorować różnice historyczne pomiędzy Litwą i Polską i próbowali udawać, że „to tacy sami Polacy jak w Wielkopolsce, tylko troszkę zrusyfikowani”… odbijała się nam czkawką przez całe 20 lecie międzywojenne aż do 1939 roku…

    • wincentypol :

      Z gruntu fałszywa jest Pańska teza ze współczesna Litwa ( Lietuva ) ma cokolwiek wspólnego z formami i podstawami tworzenia się świadomości narodowej Nowolitwinów .Litewskość w formie historycznej oznaczała wówczas przynależność do Litwinów (Lietuvis ) – narodu bałtyjskiego, zamieszkującego obszar Auksztoty i późniejszej Rusi Czarnej, spokrewnionego blisko z bałtyjskimi Żmudzinami zamieszkującymi Żmudź. Nazwa „Litwini” bywała wówczas terminem odnoszącym się nie tylko do Litwinów właściwych z Auksztoty i Rusi Czarnej, ale również rozszerzano jej znaczenie na Żmudzinów, pomimo pewnych różnic dialektologicznych pomiędzy obydwiema tymi grupami etnicznymi. I nie ma nic wspólnego z obecnym zawłaszczonym pojęciem Litewskości .Konstytucja 3 maja zniosła odrębności pomiędzy Koroną i Litwą i od tego momentu „litewski” oznacza „polski” i w tym kontekscie Litwin to tyle co „Mazur” czy „Wielkopolanin” w rozumieniu Naszych wieszczy np Mickiewicza w tym samym sensie co „mazowiecki” lub „małopolski” jest najzupełniej poprawna wbrew pańskiemu twierdzeniu.. Wprawdzie po obaleniu tejże konstytucji powrócono do poprzedniego dualizmu koronno-litewskiego, jednak sam fakt zespolenia obu członów w 1791 pozostawił trwałe piętno symboliczne w świadomości zarówno „Koroniarzy” jak i „Litwinów” . Chaos w rozumieniu terminu „litewski” potęgowany jest nadal i celowo wykorzystywany przez obecnych uzurpatorów Nowolitewskich , kosztem porzucenia swojej właściwej świadomości narodowej. na przełomie XIX i XX wieku Nowolitwini w sposób arbitralny i nieuprawniony zawłaszczyli sobie „litewskość” Natomiast wśród ludności polskiej w latach 20. XX stulecia na Litwie Środkowej i Wileńszczyźnie. Ludność tamtejsza również uznawała się za „Litwinów”, ale i równocześnie wiązała to z określeniem narodowym polskim. Zarzucano więc ze strony polskiej Nowolitwinom, że zawłaszczyli dla siebie określenie „litewski” na wyłączność. terminu Lietuwis, na oznaczenie Nowolitwina (Bałtolitwina), i Republika Lietuwy dla określenia państwa, by uniknąć nieporozumień. Terminy te pochodzą od nazw własnych – lit. Lietuva (Litwa) i Lietuvis (Litwin).). Kiedy w 1919 zaczęła powstawać Polska, było wielu którzy chcieli zignorować różnice historyczne pomiędzy Litwą i Polską Jakież to są różnice Historyczne jeśli Unia istniała tyle wieków , mogą być pewne różnice w obyczaju ale nie historyczne w sensie oddzielnych dziejów.

    • wincentypol :

      Z gruntu fałszywa jest Pańska teza ze współczesna Litwa ( Lietuva ) ma cokolwiek wspólnego z formami i podstawami tworzenia się świadomości narodowej Nowolitwinów .Litewskość w formie historycznej oznaczała wówczas przynależność do Litwinów (Lietuvis ) – narodu bałtyjskiego, zamieszkującego obszar Auksztoty i późniejszej Rusi Czarnej, spokrewnionego blisko z bałtyjskimi Żmudzinami zamieszkującymi Żmudź. Nazwa „Litwini” bywała wówczas terminem odnoszącym się nie tylko do Litwinów właściwych z Auksztoty i Rusi Czarnej, ale również rozszerzano jej znaczenie na Żmudzinów, pomimo pewnych różnic dialektologicznych pomiędzy obydwiema tymi grupami etnicznymi. I nie ma nic wspólnego z obecnym zawłaszczonym pojęciem Litewskości .Konstytucja 3 maja zniosła odrębności pomiędzy Koroną i Litwą i od tego momentu „litewski” oznacza „polski” i w tym kontekscie Litwin to tyle co „Mazur” czy „Wielkopolanin” w rozumieniu Naszych wieszczy np Mickiewicza w tym samym sensie co „mazowiecki” lub „małopolski” jest najzupełniej poprawna wbrew pańskiemu twierdzeniu.. Wprawdzie po obaleniu tejże konstytucji powrócono do poprzedniego dualizmu koronno-litewskiego, jednak sam fakt zespolenia obu członów w 1791 pozostawił trwałe piętno symboliczne w świadomości zarówno „Koroniarzy” jak i „Litwinów” . Chaos w rozumieniu terminu „litewski” potęgowany jest nadal i celowo wykorzystywany przez obecnych uzurpatorów Nowolitewskich , kosztem porzucenia swojej właściwej świadomości narodowej. na przełomie XIX i XX wieku Nowolitwini w sposób arbitralny i nieuprawniony zawłaszczyli sobie „litewskość” Natomiast wśród ludności polskiej w latach 20. XX stulecia na Litwie Środkowej i Wileńszczyźnie. Ludność tamtejsza również uznawała się za „Litwinów”, ale i równocześnie wiązała to z określeniem narodowym polskim. Zarzucano więc ze strony polskiej Nowolitwinom, że zawłaszczyli dla siebie określenie „litewski” na wyłączność. terminu Lietuwis, na oznaczenie Nowolitwina (Bałtolitwina), i Republika Lietuwy dla określenia państwa, by uniknąć nieporozumień. Terminy te pochodzą od nazw własnych – lit. Lietuva (Litwa) i Lietuvis (Litwin).). Kiedy w 1919 zaczęła powstawać Polska, było wielu którzy chcieli zignorować różnice historyczne pomiędzy Litwą i Polską Jakież to są różnice Historyczne jeśli Unia istniała tyle wieków , mogą być pewne różnice w obyczaju ale nie historyczne w sensie oddzielnych dziejów.

      • krzy65siek :

        No niestety – określenia „szlachta litewska” i „lud litewski” dotyczą nie tylko mieszkańców Litwy właściwej i Żmudzi, ale całego obszaru Wielkiego Księstwa, którego obszar w większości to dzisiejsza Białoruś. Stosowano takie określenie do wszystkich, nie tylko do etnicznych Litwinów.

        Tak jak napisałem – Unia była federacją, nie inkorporacją. Litwa posługiwała się językiem polskim jako urzędowym raptem przez 200 lat, nigdy nie ujednolicono prawa, Konstytucja 3 maja nie weszła nigdy w życie, a różnice nigdy nie zostały zatarte, a wręcz pogłębione przez zabór rosyjski.

        Czy nie rozróżnia Pan inkorporacji od federacji?

        • wincentypol :

          Nadal Pan nic nie rozumie,Z gruntu fałszywa jest Pańska teza ze współczesna Litwa i ielkie Księstwo Litewskie , to to samo co ( Lietuva ) i ma cokolwiek wspólnego z formami i podstawami tworzenia się świadomości narodowej Nowolitwinów . więc powtórzę jeszcze raz Litewskość w formie historycznej oznaczała wówczas przynależność do Litwinów (Lietuvis ) – narodu bałtyjskiego, zamieszkującego obszar Auksztoty i późniejszej Rusi Czarnej, spokrewnionego blisko z bałtyjskimi Żmudzinami zamieszkującymi Żmudź. Nazwa „Litwini” bywała wówczas terminem odnoszącym się nie tylko do Litwinów właściwych z Auksztoty i Rusi Czarnej, ale również rozszerzano jej znaczenie na Żmudzinów, pomimo pewnych różnic dialektologicznych pomiędzy obydwiema tymi grupami etnicznymi. I nie ma nic wspólnego z obecnym zawłaszczonym pojęciem Litewskości …………… określenia „szlachta litewska” i „lud litewski” dotyczą nie tylko mieszkańców Litwy właściwej i Żmudzi, ale całego obszaru Wielkiego Księstwa i dodam Korony tak jak określenie ,,szlachta małopolska” i ,,lud małopolski” czy Mazowiecki itd………. Czy nie rozróżnia Pan inkorporacji od federacji?…..Tyle że federacja nie miała nic wspólnego z tym co sobą reprezentują Nowolitwini z Auksztoty i Rusi Czarnej.Niewątpliwie dużą ,,zasługę „ma tutaj carat Rosyjski. Konstytucja 3 Maja obowiązywała przez 14 miesięcy, w tym czasie Sejm Czteroletni uchwalił szereg ustaw szczegółowych, które były rozwinięciem jej postanowień.Dalsze losy Rzeczpospolitej są Pany znane.Reasumując to dziadostwo Lietuvis nie ma nic wspólnego z Litwą Wileńską a tym bardziej z Wielkim Księstwem Litewskim.

  2. muni :

    Bardzo dobry artykuł. Identyczne komentarze do tych „studenta z Lidy” słyszałem na początku lat 80-tych, kiedy zetknąłem się z Białorusinami w USA. Byłem zaszokowany ich ordynarnym wręcz zawłaszczeniem wszystkiego co po drugiej stronie linii Curzona jako „ich”. Słyszałem dokładnie te same tezy o białoruskim Kościuszce, czy Mickiewiczu, o strasznym gnębieniu ludności lokalnej przez „polskich panów”, a kiedy wstąpiłem do białoruskiego baru w Perth Amboy i zobaczyłem na ścianie mapę Białorusi jaka „powinna być” to mnie trafił szlag. Ciekawe było to, że pomimo faktu bycia wtedy częścią ZSRR i dostrzeganiu całkowitej zależności od Moskwy, nie wpływało to na ich ocenę stosunków z Polską. Wyczuwało się wręcz ciągłą satysfakcję z tego, że Polska jest słaba i przegrana na Kresach.
    Może czas to zmienić, to ich postrzeganie przez pryzmet „studenta z Lidy”?