Mamy do czynienia z sytuacją, w której pieniądze polskiego podatnika zostały wydane na portal rozpowszechniający antypolską propagandę oraz snucie planów „wojny pamięci” przeciwko Polsce. Propozycja Wiedeniejewa to wręcz haniebne nawoływanie do zablokowania upamiętniania miejsc zbrodni OUN-UPA w Polsce i na Ukrainie (czyli blokowania działań państwowej instytucji jaką jest ROPWiM). Propozycja, do której rękę pośrednio przyłożyła polska dyplomacja.

Fundamentem polskiej polityki wschodniej jest tzw. doktryna Giedroycia, człowieka, który Dmytra Doncowa, głównego ideologa najskrajniejszej odmiany ukraińskiego nacjonalizmu (porównywanej z faszyzmem i nazizmem), uważał za swojego przyjaciela, a o Wołodymyrze Kubijowyczu, polakożercy i antysemicie, nazistowskim kolaborancie, jednym z twórców SS Galizien, pisał, że „zachowywał się godnie” podczas wojny. Choć polska dyplomacja w swoim stosunku do nacjonalistów zza wschodniej granicy aż do takiej ekstrawagancji się nie posuwa, jej ideologiczny mentor z Maisons-Laffitte i tak mógłby być z niej dumny.

Gdy w listopadzie ub.r. dotarła do mnie pogłoska, że ambasada RP w Kijowie sponsoruje ukraiński portal zajmujący się tematyką historyczną „Istoryczna Prawda” (dalej – IP), byłem szczerze zdumiony. IP jest bowiem znana z lansowania zmitologizowanej wersji ukraińskiej historii, szczególnie jeśli chodzi o tzw. ruch wyzwoleńczy (czyli Organizację Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińską Powstańczą Armię, odpowiedzialne za ludobójstwo Polaków, udział w Holokauście Żydów oraz liczne zbrodnie na Ukraińcach). Ku mojemu zaskoczeniu, w odpowiedzi na moje zapytanie, MSZ potwierdziło fakt sponsorowania IP: „uprzejmie informujemy, że w latach 2011-2013 Ambasada RP w Kijowie wsparła portal kwotą 6 tys. euro. Środki te były przeznaczane na publikację tekstów o tematyce interesującej stronę polską, m.in. zbrodnia katyńska, upamiętnienie Polaków spoczywających w Bykowni, promocje na Ukrainie książek o Katyniu i zbrodni wołyńskiej.” Ponadto, jak wynika z odpowiedzi MSZ, wspólne projekty z IP prowadził zależny od ambasady Instytut Polski w Kijowie. Instytut poniósł z tytułu tych projektów koszty w wysokości 28 376 hrywien czyli około 10 tys. zł.

Tak więc pomysł polskich dyplomatów, by współpracować z Istoryczną Prawdą kosztował polskiego podatnika łącznie około 34 tys. zł. Pieniądze stosunkowo niewielkie, jednak tu nie o wielkość kwoty chodzi lecz o samą zasadę celowości jej wydatkowania.

O ile projekty finansowane przez Instytut Polski we współpracy z IP zostały precyzyjnie zdefiniowane, to zagadką pozostaje, czego konkretnie dotyczyła pomoc finansowa dla IP ze strony ambasady RP. Bowiem, jak twierdzi MSZ, „[s]zanując niezależność dziennikarską, Ambasada nie zamawia konkretnych tekstów. Celem współpracy z ‘Istoryczną Prawdą’ jest więc stymulowanie otwartej wolnej debaty historycznej na Ukrainie i wzmacnianie obecności tematów, które dotyczą spraw polskich.” Według MSZ IP gwarantowała spełnienie tego zadania, ponieważ jest „to projekt stworzony i prowadzony przez cenionych i niezależnych historyków i publicystów.”

Trudno powiedzieć, kogo MSZ miało na myśli pisząc o „cenionych i niezależnych historykach i publicystach”. Stopka redakcyjna portalu wymienia jedynie redaktorów – Wachtanga Kipianiego i Pawła Sołodko – o których historycznym wykształceniu nikt nie słyszał. Co ciekawe, według ukraińskiej Wikipedii Kipiani został doceniony przez iwanofrankowską radę obwodową odznaką im. Stepana Bandery. Czyżby to była ta rekomendacja do otrzymywania pieniędzy polskiego podatnika, o której pisze MSZ?

Nie wiadomo też, o jaką „otwartą wolną debatę” chodzi urzędnikom z MSZ. IP jest przede wszystkim forum wypowiedzi nieobiektywnych historyków i pseudohistoryków promujących uwspółcześnioną wersję ukraińskiego nacjonalizmu. Regularnie publikują na niej tacy gloryfikatorzy OUN-UPA jak Wołodymyr Wiatrowycz, Mykoła Posiwnycz czy Iwan Patrylak, a nawet – uwaga! – przywódca OUN z Kijowa Bohdan Czerwak. Tylko z rzadka, na zasadzie „kwiatka do kożucha”, pojawiają się na IP artykuły rzetelnych, cenionych autorów, a regułą redakcji jest równoważenie ich publikacją na ten sam temat autorstwa jakiegoś pseudoeksperta.

Analizując publikacje IP w okresie 2011-2013 można uznać, że interesujące nas tematy Katynia i Bykowni istotnie były poruszane przez IP i to w sposób obiektywny. Nie może to dziwić biorąc pod uwagę antysowiecką linię redakcji portalu. Przez 3 lata było to 20 newsów i 9 artykułów publicystycznych, czyli stosunkowo niewiele. Ponadto na stronach IP pojawia się informacja o promocji jednej książki o Katyniu.

Natomiast trudno dociec, jaką promocję książek o wołyńskim ludobójstwie miało na myśli MSZ. Czyżby chodziło o artykuł „krajoznawcy” Iwana Olchowskiego z 19.08.2013 „Zagięli Motykę”, będący amatorską próbą krytyki ukraińskiego przekładu książki Motyki „Od rzezi wołyńskiej do akcji Wisła”? Czy o taką promocję chodziło MSZ? Jeśli nie, może pieniądze polskiego podatnika poszły na promocję kompromitującej książki Wiatrowycza „Druga wojna polsko-ukraińska”? Doprawdy trudno zliczyć, ile razy IP dopuściła do głosu Wiatrowycza prezentującego swoją książkę i zawarte w niej skandaliczne poglądy a także pochlebne recenzje na jej temat.

Przez interesujące nas 3 lata IP opublikowała około 100 tekstów (newsów i artykułów) na tematy związane z ludobójstwem wołyńsko-małopolskim (nazywanym przez nią „wołyńską tragedią”), a więc kilka razy więcej niż w przypadku zbrodni katyńskiej. W większości były to alarmistyczne newsy, karykaturalnie opisujące próby upamiętniania zbrodni OUN-UPA w Polsce, mające na celu mobilizację ukraińskich czytelników wobec rzekomej ofensywy „ukrainofobów” z Polski. W ogóle, redakcja IP opracowała następującą definicję tego wydarzenia:

Wołyńska tragedia – wzajemne czystki etniczne ludności ukraińskiej i polskiej dokonane przez oddziały samoobrony chłopskiej obu stron,UPA i AK z udziałem polskich batalionów Schutzmannschaft i sowieckich partyzantów w 1943 roku podczas II wojny światowej na Wołyniu. Jest ona częścią szerokiego konfliktu polsko- ukraińskiego etnicznego z lat 40-tych. Istnieją różne wersje wydarzeń w Wołyniu, w wyniku których zostało zabitych dziesiątki tysięcy Polaków i tysiące Ukraińców. W Polsce istnieje dość silny prawicowy „ruch kresowy”, który wykorzystuje wydarzenia z lat 40-tych dla przedstawiania Ukraińców jako rezunów i podpalaczy.

Zgodnie z tą definicją (która, jak się wydaje, przyjęła się i stanowi upowszechniony pogląd na Ukrainie) IP publikuje głównie teksty mające służyć zaciemnianiu obrazu wydarzeń. Czytelnik IP nie dowie się z jej artykułów, co dokładnie wydarzyło się między Polakami a Ukraińcami w latach 1939-1947. Linia obrony OUN-UPA przebiega w wielu płaszczyznach: negowania i przemilczania faktów, przedstawiania fałszywych interpretacji (np. „wzajemna wojna”, „sfałszowane dowody”), żonglowania niewłaściwymi liczbami ofiar, tworzenia wrażenia „symetrii konfliktu”, rzucania bezpodstawnych oskarżeń na „stronę polską”, zrzucania odpowiedzialności z OUN-UPA (np. na „wojnę chłopską”) a czasem wręcz oskarżania ofiar o to, że same napytały sobie biedy. Jeśli już jakiś pojedynczy uczciwy artykuł się trafi (a i tak są to artykuły ledwie przyczynkarskie i obracające się raczej w sferze pamięci i pojednania a nie faktów), zostaje zagłuszony przez relatywizacje wymienionego już Wiatrowycza, Hudzia, Kozickiego, Wiedieniejewa i innych (czyżby to byli ci „cenieni” przez MSZ historycy?).

W wielu artykułach na IP można znaleźć wręcz makiaweliczny obraz „polskiej strony”, która, jakoby jednolita i jednomyślna, miała jakiś sekretny plan używania „Wołynia” dla stosowania wobec Ukrainy i Ukraińców „przemocy historycznej”. Niektórzy publicyści IP sięgają szczytów absurdu atakując w polemicznym szale osoby, które nikt przy zdrowych zmysłach nie posądza o cień „ukrainofobii”. Na przykład Jerzemu Giedrojciowi oberwało się na IP od blogera „joanerges”, za to że nie wydrukował wspomnień Dąbskiego (omówienie jego „Egzekutora” to obficie linkowana pozycja na IP) ponieważ „to rzucało cień na AK”. Inna autorka, Łesia Iwasiuk (artykuł z 29.10.2013 „Rok 2023, albo w poszukiwaniu zagubionych czaszek”) krytykuje Adama Michnika za nawoływanie, by zakończyć „licytację na trupy”. Według niej jest to przejaw podstępnego planu Michnika, by zakończyć badania historyczne w chwili, gdy Ukraińcy jeszcze nie policzyli „swoich czaszek”.

Warto krótko omówić kilka artykułów z IP, by pokazać próbkę tego, co publikuje portal dofinansowany pieniędzmi polskiego podatnika. W artykule z 01.06.2011 pod bombastycznym tytułem „Gotowi do wojny bakteriologicznej: polscy nacjonaliści na Ukranie” historyk z ukraińskiego IPN Dmytro Wiedieniejew przedstawia karykaturalny obraz Armii Krajowej. Wyraźnie starając się nie wspominać, że była to armia złożona z rdzennej ludności terenów, na których działała, autor buduje obraz jakiejś najeźdźczej, okupacyjnej armii (cytat: „akowcy w sile kilka tysięcy ludzi zjawili się [sic!] w lasach powiatu hrubieszowskiego”), uchylającej się od walki z Niemcami, za to snującej ludobójcze plany wobec Ukraińców (z użyciem broni bakteriologicznej włącznie, a jakże!). Według niego, gdyby nie powrót Sowietów w 1944 r., Polacy wymordowaliby znacznie więcej Ukraińców (!). Zestawiając liczebność AK z liczbą przedwojennych polskich obywateli służących w siłach III Rzeszy („do 250 tys.”, nie wspominając ani słowem o ich przymusowym poborze) Wiedeniejew rysuje obraz Polaków jako nazistowskich kolaborantów. Tak „podkręcony”artykuł autor zakończył zdaniem o tym, że rzeź wołyńska była jedną z ciemnych stron AK [sic!].

Inny autor, Swiatosław Łypowiecki (artykuł „Bojownicy o niepodległość przeciw bojownikom o niepodległość” z 27.02.2013) „udowadnia”, że w zasadzie Bandera był takim ukraińskim Piłsudskim. O niezdrowym resentymencie autora do Polaków może świadczyć zdanie, że bracia Bandery „zostali zamordowani przez Polaków, którzy obejmowali czołowe stanowiska [sic!] w obozie koncentracyjnym Auschwitz”. Dlaczego tutaj min. Radek Sikorski nie uznaje za stosowne oprotestować twierdzeń beneficjenta swojego resortu, tak jak protestuje przeciwko „polskim obozom zagłady”?

W jeszcze innym artykule („Przeszłość jako nośnik konfliktów w ukraińsko-polskich stosunkach” z 04.07.2013) Wiedieniejew podtrzymuje wizję Polski jako kraju, który za pomocą agresywnej polityki historycznej próbuje powiększać swoje wpływy na Ukrainie. W związku z tym proponuje kontrdziałania; jednym z nich miałoby być „zapobieganie… tworzeniu przez polską stronę mitologizowanych ‘miejsc pamięci’ (pomników, memoriałów itp.) jako środków bezkrytycznego zakorzeniania negatywnych interpretacji przeszłości Ukrainy”. Wtóruje mu Iwasiuk we wspomnianym już artykule („Rok 2023…”). Po wyrecytowaniu litanii wszelkich prawdziwych i urojonych krzywd, które Polacy uczynili Ukraińcom, autorka postuluje dokładne policzenie ukraińskich ofiar „genocydu ze strony AK” [sic!], w domyśle do tytułowego 2023 roku czyli na 80 rocznicę rzezi wołyńskiej. Choć Iwasiuk zarzeka się, że nie chodzi o odwet „oko za oko”, histeryczny i uprzedzony ton jej artykułu świadczy o czymś zupełnie przeciwnym. Takie pogróżki słychać z ukraińskiej strony od czasu wydania książki Siemaszków.

Mamy więc do czynienia z sytuacją, w której pieniądze polskiego podatnika zostały wydane na portal rozpowszechniający antypolską propagandę oraz snucie planów „wojny pamięci” przeciwko Polsce. Propozycja Wiedeniejewa to wręcz haniebne nawoływanie do zablokowania upamiętniania miejsc zbrodni OUN-UPA w Polsce i na Ukrainie (czyli blokowania działań państwowej instytucji jaką jest ROPWiM). Propozycja, do której rękę pośrednio przyłożyła polska dyplomacja.

Co prawda baner rzetelnej publikacji (pliku pdf o wadze 12MB) Instytutu Polskiego o rzezi wołyńskiej znajduje się na stronie głównej portalu IP, jednak w ogóle nie jest ta publikacja promowana. Podejrzewam, że znacznie większe czytelnictwo mają propagandowe, łatwo dostępne i ciągle ponawiane artykuły IP. Wątpliwości, choć mniejsze niż w przypadku finansowania z ambasady, budzi także współpraca Instytutu Polskiego z ukraińskim portalem. Jego projekty prowadzone wraz z IP pod względem profesjonalizmu nie budzą zarzutu, jednak powstaje pytanie, po co Instytut nobilituje faktem współpracy tak wątpliwej reputacji medium jak IP. Instytut i ambasada bez trudu mogłyby znaleźć na Ukrainie dużo bardziej renomowanych partnerów.

Na dotowanie lekką ręką Istorycznej Prawdy przez Ambasadę RP należy patrzeć także w kontekście katastrofalnych kłopotów, jakie spotkały polskie media na Kresach po przejęciu ich finansowania przez MSZ z rąk Senatu RP. Skomplikowane biurokratyczne procedury i opóźnienia w płatnościach spowodowały upadek wielu z nich (ze wspólnego oświadczenia redakcji kresowych mediów z września ub.r.: „Niektóre tytuły uległy likwidacji, a ich zespoły redakcyjne uległy rozproszeniu. Problem pogłębiało poczucie braku chęci realnego i merytorycznego dialogu z naszymi środowiskami ze strony MSZ. Skutkiem tego było zachwianie bezwzględnego do tej pory zaufania do struktur państwa polskiego”). Czyżby słowa „Bandera”, „OUN” czy „UPA” lepiej brzmiały w uszach uczniów Giedrojcia z alei Szucha niż słowo „Kresy”?

Na koniec nie można powstrzymać się przed refleksją na temat obecnych wydarzeń na Ukrainie („Eurorewolucji”). Finansowanie IP przez MSZ to modelowy przykład jak popieranie ukraińskiego nacjonalizmu, jako przeciwwagi dla wpływów rosyjskich, obraca się w namacalny sposób przeciw Polsce. Oby występy polskich polityków i dziennikarzy w Kijowie pod czerwono-czarną flagą OUN, z pochwałą „herojów” UPA na ustach, tak samo nie wyszły nam kiedyś bokiem. Polską racją stanu jest bowiem wspieranie na Ukrainie środowisk i poglądów umiarkowanych a nie skrajnych.

Krzysztof Janiga




Zbierzmy 1000 stałych darczyńców i wyłączmy wszystkie zewnętrzne reklamy na Kresach. Pomóż nam zbudować solidną dziennikarską platformę, publikującą ekskluzywne, wysokiej jakości informacje, opinie i analizy, utrzymującą się wyłącznie dzięki zaufaniu Czytelników.

Kresy.pl są w 100% oddolną obywatelską inicjatywą, nie stoją za nami ani medialne konsorcja, ani rządowe dotacje. Naszym celem jest przeciwstawianie się wszelkim formom manipulacji opinią publiczną w Polsce. W dobie wojny informacyjnej nie ma zadania bardziej palącego niż odpowiedzialne wspieranie zaufanych mediów.

Wyłącz reklamy

Wesprzyj jednorazowo

3 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz

  1. Avatar
    jkm_ci :

    Dość już ględzenia o u-krainie.Tam są potrzebne nasze czołgi i nasza dbałość o żyjących tam rodaków . Brak jakiejkolwiek długofalowej polityki zagranicznej to hańba dla naszego MSZ mimo że można w sposób racjonalny opracować odpowiednią taktykę małych kroków.Taktykę rozłożoną na wiele dziesiątków lat.Na przykład w stosunku do Litvewy Obudzony duch nacjonalizmu w najlepszym wypadku zmroziłby wzajemne realcje na kolejnych kilka pokoleń.

    Przypadek Litwy pokazuje słabość i bezradność Polski w dbaniu o interesy narodowe. W obecnym stanie Litwa wydaje się państwem zarządzanym przez agentów Moskwy. Na wyższych szczeblach administracji państwa. Antypolonizm urósł u nich do rangi racji stanu. Ten antypolonizm jest propagowany Lietuvisom od dziecka. jego namiastki doświadczyłem osobiście 4 lata temu będąc w Wilnie i na Wileńszczyźnie. Zresztą inni opisują podobne przypadki w znacznie większej liczbie.

    Litwini i Lietuvis to dwa zupełnie odległe czasowo, mentalnie i kulurowo pojęcia. Litwini ulegili dobrowolnej polonizacji widząc w niej pożytek wielokulturowości. Lietuvisi to najbardziej pymitywna część WKL, która zajęła miejsce spolonizowanych elit. Akurat przy intensywnej pomocy pedagogicznej i finansowej naszych odwiecznych rywali: Niemiec i Rosji.
    Jak się ma mniejszość litewska w Polsce? Wystarczy zajrzeć do Sejn i Puńska.
    Jak się ma mniejszość polska na Litwie? Wystarczy zajrzeć do Kuriera Wileńskiego, raportów EFHR z Wilna czy inne polskojęzyczne portale internetowe na Litwie.

    U tej kategorii ludzi dobry przykład nie działa. To tak jak z kijem i marchewką. Nie chcesz marchewki to kij zmusi ciebie do racjonalnych zachowań.

    W przypadku Litwy mamy pewne kuriozum z językiem polskim w szkołach. Nie tylko. lecz tu chodzi o wyjęcie pewnych szkół z gestii samorządów i włączenie ich w struktury państwa. Skutki znane. Coraz mniej Polaków posyła dzieci do polskich szkół.

    My moglibyśmy, w ramach racjonalizacji rozmieszczenia sił NATO dyslokować jedną dywizję na obszar powiatu Sejny. Zmiana struktury ludności likwidowałaby typowo litewski powiat Sejny i gminę Puńsk. Władze Litwy podniosłyby wrzask na cały świat. Niech wrzeszczą. My wprowadzamy projekt np. pod tytułem „Bezpieczeństwo Transportu Miezynarodowego na Drogach RP”. Po paru miesiącach nie dość, że poprawimy faktycznie bezpieczeństwo to kierowcy litewscy z TIR-ów przesiądą się na furmanki. Wrzask będzie jeszcze większy. Lecz my ze stoickim spokojem „dura lex sed lex”. Za pół roku władze Litwy przestają mówić o tym co chcą zrobić dla mniejszości narodowych, szczególnie Polaków, lecz robią to w tempie galopu.
    Oczywiście istnieje jeszcze cały zestaw innych instrumentów. Poczynając od cofnięcia uznania wspólnej granicy traktatem z 1994 roku, po ściganie miedzynarodowe elit litewskich za wzniecanie waśni międzynarodowych itp.
    Zgodnie z receptą Hitchkocka: na początek małe trzęśienie ziemi a potem stopniowanie napięcia…
    Zacząć mozna o małych kroczków. Byle wreszcie zacząć a nie tłumaczyć się impotencją omnipotenta…

  2. Avatar
    jkm_ci :

    Wystarczy już gorzkich żali nad u-krainą zastanówmy się nad konkretnymi długofalowymi działaniami obliczonymi na dziesiątki lat w stosunku do naszych wschodnich sąsiadów oczywiście wymagałoby to uwzględnienia specyfiki każdego z nich . Na początek np: w stosunku do Litwy
    Przypadek Litwy pokazuje słabość i bezradność Polski w dbaniu o interesy narodowe. W obecnym stanie Litwa wydaje się państwem zarządzanym przez agentów Moskwy. Na wyższych szczeblach administracji państwa. Antypolonizm urósł u nich do rangi racji stanu. Ten antypolonizm jest propagowany Lietuvisom od dziecka i to już od lat 1918 ub wieku. Jego namiastki doświadczyłem osobiście 4 lata temu będąc w Wilnie i na Wileńszczyźnie. Zresztą inni opisują podobne przypadki w znacznie większej liczbie.

    Litwa i Lietuvis to dwa zupełnie odległe czasowo, mentalnie i kulurowo pojęcia. Litwini ulegili dobrowolnej polonizacji widząc w niej pożytek wielokulturowości. Lietuvisi to najbardziej prymitywna część WKL, która zajęła miejsce spolonizowanych elit. Akurat przy intensywnej pomocy pedagogicznej i finansowej naszych odwiecznych rywali: Niemiec i Rosji.
    Jak się ma mniejszość litewska w Polsce? Wystarczy zajrzeć do Sejn i Puńska.
    Jak się ma mniejszość polska na Litwie? Wystarczy zajrzeć do Kuriera Wileńskiego, raportów EFHR z Wilna czy inne polskojęzyczne portale internetowe na Litwie.

    U tej kategorii ludzi dobry przykład nie działa. To tak jak z kijem i marchewką. Nie chcesz marchewki to kij zmusi ciebie do racjonalnych zachowań.

    W przypadku Litwy mamy pewne kuriozum z językiem polskim w szkołach łamanie wszelkich Umów międzynarodowych przy zupełnej bierności ze strony Polski. Nie tylko. lecz tu chodzi o wyjęcie pewnych szkół z gestii samorządów i włączenie ich w struktury państwa. Skutki znane. Coraz mniej Polaków posyła dzieci do polskich szkół.

    My moglibyśmy, w ramach racjonalizacji rozmieszczenia sił NATO i własnych ocen dyslokować jedną dywizję na obszar powiatu Sejny. Zmiana struktury ludności likwidowałaby typowo litewski powiat Sejny i gminę Puńsk. Władze Litwy podniosłyby wrzask na cały świat. Niech wrzeszczą. My wprowadzamy projekt np. pod tytułem „Bezpieczeństwo Transportu Międzynarodowego na Drogach RP”. Po paru miesiącach nie dość, że poprawimy faktycznie bezpieczeństwo to kierowcy litewscy z TIR-ów przesiądą się na furmanki tym bardziej że dla nich nie ma innego połączenia z europą Zachodnią niż przez tereny Polskie. Wrzask będzie jeszcze większy. Lecz my ze stoickim spokojem „dura lex sed lex”. Za pół roku władze Litwy przestają mówić o tym co chcą zrobić dla mniejszości narodowych, szczególnie Polaków, lecz robią to w tempie galopu.
    Oczywiście istnieje jeszcze cały zestaw innych instrumentów. Poczynając od cofnięcia uznania współnej granicy traktatem z 1994 roku, po ściganie międzynarodowe elit litewskich za wzniecanie waśni międzynarodowych itp.
    Zgodnie z receptą Hitchkocka: na początek małe trzęśienie ziemi a potem stopniowanie napięcia…
    Zacząć można od małych kroczków. Byle wreszcie zacząć a nie tłumaczyć się impotencją omnipotenta…

  3. Avatar
    jkm_ci :

    Wystarczy już gorzkich żali nad u-krainą zastanówmy się nad konkretnymi długofalowymi działaniami obliczonymi na dziesiątki lat w stosunku do naszych wschodnich sąsiadów oczywiście wymagałoby to uwzględnienia specyfiki każdego z nich . Na początek np: w stosunku do Litwy
    Przypadek Litwy pokazuje słabość i bezradność Polski w dbaniu o interesy narodowe. W obecnym stanie Litwa wydaje się państwem zarządzanym przez agentów Moskwy. Na wyższych szczeblach administracji państwa. Antypolonizm urósł u nich do rangi racji stanu. Ten antypolonizm jest propagowany Lietuvisom od dziecka i to już od lat 1918 ub wieku. Jego namiastki doświadczyłem osobiście 4 lata temu będąc w Wilnie i na Wileńszczyźnie. Zresztą inni opisują podobne przypadki w znacznie większej liczbie.

    Litwa i Lietuvis to dwa zupełnie odległe czasowo, mentalnie i kulurowo pojęcia. Litwini ulegili dobrowolnej polonizacji widząc w niej pożytek wielokulturowości. Lietuvisi to najbardziej prymitywna część WKL, która zajęła miejsce spolonizowanych elit. Akurat przy intensywnej pomocy pedagogicznej i finansowej naszych odwiecznych rywali: Niemiec i Rosji.
    Jak się ma mniejszość litewska w Polsce? Wystarczy zajrzeć do Sejn i Puńska.
    Jak się ma mniejszość polska na Litwie? Wystarczy zajrzeć do Kuriera Wileńskiego, raportów EFHR z Wilna czy inne polskojęzyczne portale internetowe na Litwie.

    U tej kategorii ludzi dobry przykład nie działa. To tak jak z kijem i marchewką. Nie chcesz marchewki to kij zmusi ciebie do racjonalnych zachowań.

    W przypadku Litwy mamy pewne kuriozum z językiem polskim w szkołach łamanie wszelkich Umów międzynarodowych przy zupełnej bierności ze strony Polski. Nie tylko. lecz tu chodzi o wyjęcie pewnych szkół z gestii samorządów i włączenie ich w struktury państwa. Skutki znane. Coraz mniej Polaków posyła dzieci do polskich szkół.

    My moglibyśmy, w ramach racjonalizacji rozmieszczenia sił NATO i własnych ocen dyslokować jedną dywizję na obszar powiatu Sejny. Zmiana struktury ludności likwidowałaby typowo litewski powiat Sejny i gminę Puńsk. Władze Litwy podniosłyby wrzask na cały świat. Niech wrzeszczą. My wprowadzamy projekt np. pod tytułem „Bezpieczeństwo Transportu Międzynarodowego na Drogach RP”. Po paru miesiącach nie dość, że poprawimy faktycznie bezpieczeństwo to kierowcy litewscy z TIR-ów przesiądą się na furmanki tym bardziej że dla nich nie ma innego połączenia z europą Zachodnią niż przez tereny Polskie. Wrzask będzie jeszcze większy. Lecz my ze stoickim spokojem „dura lex sed lex”. Za pół roku władze Litwy przestają mówić o tym co chcą zrobić dla mniejszości narodowych, szczególnie Polaków, lecz robią to w tempie galopu.
    Oczywiście istnieje jeszcze cały zestaw innych instrumentów. Poczynając od cofnięcia uznania współnej granicy traktatem z 1994 roku, po ściganie międzynarodowe elit litewskich za wzniecanie waśni międzynarodowych itp.
    Zgodnie z receptą Hitchkocka: na początek małe trzęśienie ziemi a potem stopniowanie napięcia…
    Zacząć można od małych kroczków. Byle wreszcie zacząć a nie tłumaczyć się impotencją omnipotenta…