Rejon solecznicki jest najbardziej polskim na Wileńszczyźnie – aż 78 procent jego mieszkańców stanowią Polacy. Z powodzeniem nadrobił zapóźnienie z czasów radzieckich. Wysiłkiem własnych mieszkańców, bowiem litewskie władze również pomijają „polski rejon” w swoich planach inwestycyjnych. Wywodzący się z Akcji Wyborczej Polaków na Litwie samorządowcy muszą zmagać się także z działaniami obliczonymi na lituanizację. Jak żyje się w rejonie solecznickim? – o tym portalowi Kresy.pl opowiedział dyrektor rejonowej administracji Józef Rybak.

Kresy.pl: W Polsce głośna była sprawa tabliczek z dwujęzycznymi nazwami ulic jakie były powszechne w rejonie solecznickim. Litewskie sądy na wniosek urzędników rządowych nałożyły ogromne kary finansowe na pana poprzednika na stanowisku dyrektora administracji rejonu Bolesława Daszkiewicza. Czy dwujęzyczne tabliczki nadal istnieją czy je zdjęto? Czy grzywny zostały zapłacone?

Józef Rybak: Kary zapłacił dyrektor Daszkiewicz, w mniejszym wymiarze zapłaciłem też ja. Po wkroczeniu do tego gabinetu pierwsze kroki jakie wykonałem to były próby szukania porozumienia z władzami centralnymi w tym temacie. Kompromisowego oczywiście, ale nie kosztem języka i naszych praw. Orzeczenia sądowe były już wydane i nie można było tego zmienić. Pertraktacje dotyczyły spraw merytorycznych. Ustalono że sprawą samorządu jest znakowanie w języku państwowym samych ulic. To co wisi na budynkach jest sprawą prywatną i samorząd nie ma z tym nic wspólnego. Czyli to co mówiliśmy od zawsze. Nas jako samorząd zmuszano do tego żeby wejść na prywatną posesję, na prywatną własność i dokonać czynu który do nas nie należy, czyli zdjąć tabliczkę. Myśmy nie zrobili tego w żadnym przypadku. Na tym stanęło. A więc tam gdzie mieszkaniec wywiesił na swoim domu tabliczkę w języku polskim, to ja jako samorząd muszę oznakować ulicę w języku państwowym. Na domu może wisieć po polsku, po litewsku, czy w innym języku, natomiast na chodniku przy posesji tylko w języku państwowym.

Ludzie dalej mają na domach polskie tabliczki, czy przestraszyli się represji?

Mają. Ruch jest bardzo różny, być może pojawiły się nowe. Jak tylko ktoś sygnalizuje, że pojawiły się nowe tabliczki to my ulicę oznaczamy. W Ejszyszkach tablic jest dużo, bardzo różnorodnych, co pokazywaliśmy tym wszystkim, którzy próbowali nas prześladować, ponieważ zarzucano nam, że nie są to działania ludzi, tylko zorganizowana akcja samorządu. Te tabliczki były indywidualne. Pokazywaliśmy tabliczki w języku polskim wykonane w sposób bardzo różny, z herbem miasta i tym podobne czyli mówiliśmy że to jest własność prywatna, na to wszelkie porozumienia i zarządzenia europejskie pozwalają. Skończyło się polubownie, zapłaciłem drobnej kary na samym początku pracy na stanowisku dyrektora i to były kary niewspółmiernie mniejsze niż zaległości dyrektora Daszkiewicza. Wyrok sądowy w tej sprawie był w 2008 roku, doszły wszelkiego rodzaju działania sądu, komornika – i to urosło w aż taką kwotę. Ja zapłaciłem w sumie 2,6 tysięcy litów, Daszkiewicz aż 47 tysięcy litów, w czym pomogła nam pomoc solidarnościowa.

W tej chwili mamy prawo do korzystania z języka polskiego na własnych prywatnych posesjach. W końcu ubiegłego roku nastąpił niespodziewany atak na mnie, za napisy informacyjne. Twierdzono że nie może być napisu „Dom Towarowy”, jaki znajduje się w centrum Solecznik oraz innych napisów, także tych które powstały w wyniku realizacji projektów unijnych. Chodzi o oznakowanie kierunków, miejsc typu szpital, park przy których korzystaliśmy również z języka polskiego. Była próba nacisku, poprzez media, centralną telewizję, przez organizacje społeczne. Z tym bardzo łatwo sobie poradziliśmy, ponieważ istnieje postanowienie państwowej komisji języka państwowego z 2012 roku o tym, że w napisach informacyjnych i elementach reklamy mogą istnieć obok języka państwowego również inne. I praktycznie w tym temacie nie dali nam rady, tym bardziej że oficjalne władze litewskie później potwierdziły że i napis „Dom Towarowy” może istnieć, a także że nowe napisy po polsku w ramach projektów unijnych mogą się pojawiać, na przykład na domu kultury, które są absolutnie nowymi napisami. Tak ta sprawa się zakończyła i na razie jest spokój.

Kolejna kwestia która od wielu lat jest poruszana, to sprawa reprywatyzacji ziemi. Szczególnie wiele nieprawidłowości było w przypadku rejonu wileńskiego. Można mówić o kradzieży ziemi – przyjeżdżali ludzie z zewnątrz i zabierali ziemię która należała się komuś innemu – miejscowym polskim rodzinom. Jak ta sprawa wygląda tutaj, w rejonie solecznickim, też był taki nacisk jak pod Wilnem?

Ziemia solecznicka ma znacznie mniejszą wartość, pod każdym względem, nie tylko ekonomicznym. Mimo wszystko 50 kilometrów od metropolii wileńskiej to dużo. Dlatego pewne procesy u nas szły wolniej niż w reszcie kraju. Było to związane przede wszystkim z archiwami. Część archiwum była w Białymstoku, część archiwów pokościelnych nie wiadomo gdzie, inna część w różnych miastach Litwy. Stąd te trudności. Proces ten zakończyliśmy przed kilkoma laty praktycznie bez większych zgrzytów. Nie mamy tu problemu sztucznego napływu ludzi z innych regionów Litwy. Praktycznie wszyscy nasi mieszkańcy który wystąpili o zwrot, uzyskali go. Jeżeli były spory to nie miały one tego charakteru co w regionie wileńskim, gdzie po prostu pewne ziemie, nie czekając na dokumenty prawowitych właścicieli, zostały zabrane. Był okres kiedy można było przenieść ziemię z innych regionów. U nas tego typu konfliktów nie było. Mamy w tej chwili 6 tysięcy ludzi którzy składają wnioski o subsydia unijne i uważamy że absolutna większość z tych 65 tys. ziem uprawnych jest zagospodarowana i przynosi dochody. Te tematy są pozamykane i to pozamykane bez większego zgrzytu.

Tematem najmocniej obecnym w przestrzeni informacyjnej jest sprawa polskich szkół. Wszyscy wiemy jakie problemy z akredytacją szkól, a w efekcie groźbą ich degradacji do poziomu podstawówek, wynikły w Wilnie, gdzie władze miejskie robią problemy. Czy tutaj w Solecznikach udało się akredytować szkoły jako pełnoprawne gimnazja?

Wszystkie. W stu procentach. Jesteśmy wśród niewielu rejonów na Litwie gdzie się to udało, bo my przewidzieliśmy, że pewne kłopoty mogą powstać i bardzo celowo dokonaliśmy wszelkich działań żeby ta akredytacja nastąpiła na czas. Udało się to pomimo drakońskich posunięć ministerstwa oświaty, gdy w ostatniej chwili pozmieniano czynniki, które decydowały o akredytacji. W ostatnim momencie mieliśmy cztery szkoły zagrożone, dwie polskie i dwie litewskie, i w parytecie je traktując, bo zagrożenie było jednakowe i dla jednych i dla drugich, doszliśmy polubownie do porozumienia z ministerstwem i wszystkie problemy akredytacyjne zostały rozwiązane. W tej chwili mamy zmiany eksperymentalne w koszyku ucznia, w finansowaniu szkół i jesteśmy rejonem gdzie już w tym roku nie będzie koszyku ucznia, a będzie koszyk klas. To od razu daje większe szanse dla szkół wiejskich, które mają większe problemy ze skompletowaniem klas. Ale to że udało nam się rozwiązać ten problem nie oznacza że nie solidaryzujemy się z innymi. Bo na pewno te szkoły w Wilnie które nie otrzymały statusu gimnazjum, to jest po prostu nieporozumienie. Nawet ze względu na liczbę uczniów, to są jedne z największych szkół w Wilnie.

My tutaj tak prewencyjnie staramy się uprzedzić pewne kroki władz centralnych, ale byliśmy bezradni wobec działań ministra Steponavičiusa, który „załatwił” naszą młodzież poprzez egzaminy. I tu nie dało się nic zrobić, bo te problemy które wynikły z ujednolicenia egzaminu państwowego z języka litewskiego przyszły w bardzo krótkim czasie i zaskoczyły naszych uczniów. W rezultacie mamy znaczne pogorszenie wyników egzaminów. To działanie jest po prostu próbą władz centralnych, aby sprowadzić nas do jak najgorszego poziomu wykształcenia. Świat się otwiera, dobrze, będziemy się kształcili zarówno po polsku jak i po angielsku. Młodzież jest mobilna, to cieszy. Ale szkody są bardzo duże, wyrafinowanie i perfidia tych działań była bardzo dobitna. Władze centralne ciągle obiecywały, że być może okres przejściowy będzie wydłużony, ale niestety. I tu młodzież ucierpiała już bardzo mocno, dlatego w historii oświaty Steponavičius musi być zapisany, przynajmniej z polskich pozycji, czarną czcionką. Obecna koalicja rządząca nie chce tego naprawić, żadnej dobrej woli nie wykazuje. To ujednolicenie egzaminu pomniejsza szanse wielu młodych ludzi na studia mające wysoki prestiż, na przykład medycynę gdzie decyduje jeden czy dwa punkty. W tym roku nie mieliśmy nikogo w rejonie z wynikiem 100 punktów z języka litewskiego.

Niedawno pojawiła się informacje, że Soleczniki są jednym z tylko trzech miast litewskich w którym po 1989 roku liczba ludności nie spadła a wzrosła. Z czego to wynika?

Jesteśmy przyjaznym miastem. Następuje powrót młodzieży. 50 kilometrów stąd leży aglomeracja wileńska, rynek pracy tam jest bardzo duży i atrakcyjny dla młodych rodzin. Jednocześnie my próbujemy tworzyć tu na miejscu przyjazne warunki do życia i w efekcie ludzie przestali stąd wyjeżdżać a dojeżdżają do pracy. Być może nie uda nam się nigdy by ktoś tu u nas zbudował wielkie zakłady elektroniczne i tym podobne, ale ten sznur samochodów który codziennie jedzie do Wilna i wraca świadczy o tym, że da się tu mieszkać. Mamy dobre szkoły, dobre przedszkola, w wielu językach, co pokazuje że wybór jest możliwy. Mamy baseny, korty, szkołę sztuk pięknych z baletem choreografią. To czego człowiek potrzebuje i wszystko to jest to w zasięgu ręki. Nie trzeba dziecka wieźć tramwajem czy samochodem do przedszkola na drugi koniec miasta.

Czyli utrzymano placówki w małych miejscowościach?

Wszystkie. Utrzymaliśmy całą infrastrukturę. Istnieje 37 placówek oświatowych. W Solecznikach mamy dobre polskie przedszkole, dobre litewskie przedszkole, dobrą szkołę polską imienia Śniadeckiego, dobrą litewską szkołę imienia 1000-lecia Litwy, nie naszą tylko ministerstwa, z bardzo dobrym wyposażeniem. Mamy szkołę rosyjską, jedyną w rejonie jaka pozostała.

Dawniej wpływ rusyfikacji na te tereny był duży. Gdy kończyłem szkołę, to wtedy był nacisk aby w każdej miejscowości była szkoła rosyjska, tam gdzie była polska był nacisk żeby koniecznie powstała też rosyjska. Istniała agitacja dzieci. Z Rosjanami dzielą nas animozje historyczne różnego rodzaju, ale języki i wpływy kulturowe są bardzo podobne to niebezpieczeństwo rusyfikacji było duże. W tej chwili jest inna sytuacja bo również jest nacisk, trochę jest poszukiwanie prestiżu, propagandy w kreowaniu światłej przyszłości, to też lituanizację wzmacnia. Ale zachowaliśmy wielojęzyczność. Zaraz w 1989 roku mieliśmy początek ruchu odrodzeniowego, pierwsze przedszkole które powstało w języku polskim było nasze. W Janczunach powstała momentalnie polska grupa, wychowawczyni była od ręki. I to próbujemy utrzymać.

Czyli nie było ucieczki młodzieży na Zachód, na Wyspy Brytyjskie, jak z całej Litwy?

W tej chwili jest troszeczkę tego ruchu, emigracji na Wyspy, do Polski lub do Wilna. Ale generalnie, ludzie odzyskali ziemię, mamy wielu dobrych rolników a ich sytuacja materialna jest dobra. Mamy wiele dobrych wskaźników, np. ilość samochodów na osobę, przekraczająca średnią krajową. Staramy się żeby młode osoby tu mieszkały, żeby mieli tu na miejscu dobre usługi.

To jednak znaczny postęp rejonu. Pamiętam statystyki z czasów radzieckich, rejon solecznicki był poszkodowany jeśli chodzi o nakłady inwestycyjne, co odbijało się na jego infrastrukturze…

…ale są słabe statystyki zarobków. Bo rolnik nie płaci pensji, nie jest opodatkowany. Odprowadza tylko 5% podatku. Nigdzie nie wykazuje dochodów. Samych subsydiów mamy kilkadziesiąt milionów, które oni otrzymują. Przemysłu nigdy nie mieliśmy. Ani za sowietów ani teraz. Rolnictwo odpada, pozostaje administracja, budżetówka i sfera usług, która praktycznie jest w cieniu, bo wszyscy wykazują absolutne minimum. I dlatego statystyki są fatalne. Kiedyś w latach 90 mieliśmy tu około dziesięciu polskich firm. Byli to przetwórcy, którzy tu przyjechali. Obecnie nie mamy żadnej.

Co by pan powiedział ewentualnym inwestorom na zachętę? Dlaczego warto robić interesy w rejonie solecznickim? Kto ma tutaj duże pole do popisu?

Praktycznie wszyscy. Zapraszamy inwestorów. Mamy lasy. Każdy biznes związany z obróbką drewna aż do produkcji mebli. Mamy działki pod budowę każdej hali produkcyjnej, od ręki. Wilno jest obok – lotnisko jest obok, mamy kolej. 6 kilometrów do granicy Białorusi, do portu 300 kilometrów – dużego portu Kłajpedy. Położenie geograficzne jest doskonałe. Atutem jest znajomość języków – każdy pracownik u nas praktycznie swobodnie mówi w trzech językach. Jest pole dla przemysłu lekkiego. Są tutaj pewne tradycje krawiectwa, mamy w tej chwili kilka spółek z tego sektora. Potrzebują partnera. Produkcja ze sztucznego włókna, produkcja łodzi, jachtów – mamy dobre tradycje w tych dziedzinach. Także w produkcji z tworzyw sztucznych – od siedzisk stadionowych po elementy do samochodów. W tej chwili wyskoczyliśmy z 15 najsłabszych pod względem przedsiębiorczości rejonów na 60. Poziom przedsiębiorczości, nie mówimy o rolnictwie, był niski. W tej chwili tę najniższą grupę opuściliśmy mimo, że przez wiele lat żyliśmy tylko rolnictwem. Brak jest zainteresowania inwestorów i tu jest wina władzy centralnej. To jest prowadzona z premedytacją polityka żeby nikogo tu nie skierować. Jeśli przychodzi zagraniczny inwestor, wszystko musi być zaakceptowane na poziomie władzy centralnej. Jest agencja państwowa, która to reguluje. Do tego potrzebna jest zgoda ministerstwa gospodarki. A w przypadku większych inwestycji jeszcze aprobata rządu. Zawsze było tak, że nawet ten inwestor, który wyraził wolę przyjścia tutaj, był kierowany przez władze centralne na inne tereny. Były takie przypadki.

Jakie na przykład?

Chociażby inwestor, który chciał u nas przerabiać ziarna kakao został skierowany na inny teren. To jest temat współpracy władzy centralnej. Byłem, w tej czy innej pozycji, uczestnikiem przygotowania wszystkich programów państwowych dla terenów tak zwanej „Litwy Wschodniej”, jak oni nazywają Wileńszczyznę. Fundusze państwowe, o których chyba głośno i w Polsce, że pomożemy, zrobimy, wszystkie były bardzo fragmentaryczne i skierowane przede wszystkim na szkolnictwo litewskie.

Czyli tak naprawdę one służą lituanizacji?

Tak, tylko i wyłącznie. Ale zapraszamy inwestorów. Jesteśmy małą miejscowością, ale podwileńską. Rozumiemy jednak, że pieniądz nie zna żadnej nostalgii. Żadnych sentymentów. Być może na początku przyszłego roku znów zorganizujemy forum gospodarcze. Byliśmy na Forum Ekonomicznym w Krynicy, był mer Palewicz prezentując nas. Także na lokalnych forach w Polsce.

Rejon jest nadal w znacznej mierze rolniczy. Mówi się o potrzebie inwestycji w silosy zbożowe.

Część rolników je ma. Ale ich jest bardzo mało i rolnicy często muszą sprzedawać ziarno od ręki. Jest dużo naprawdę dobrego sprzętu drobnego: ciągników kombajnów. Rolnicy potrafią kooperować i kupować sprzęt dla dwóch, trzech gospodarstw. Jest kilka już wzorowych gospodarstw mlecznych z bardzo dobrymi stadami, wyselekcjonowanymi.

Jak wyglądają kontakty na poziomie społecznym? Bo Soleczniki są terenem przygranicznym ale Białorusi, a nie Polski. Granica z Białorusią podzieliła rodziny, podzieliła braci…

Tak jest. Ale też w kontekście kraju, jeszcze w latach 50 XX wieku bardzo wielu ludzi wyjechało. Czysto prywatnie: z rodziny mojej mamy wyjechali wszyscy do Łodzi, została tylko mama. Ze strony żony było pięcioro rodzeństwa, została tylko jej matka. Były to najczęściej młode małżeństwa, które decydowały się na wyjazdy. Często do Wrocławia, w okolice Wrocławia. To są bardzo gęste powiązania. Tylko że pokolenia się zmieniają i powiązania się rozluźniają. To odchodzi w niepamięć i wrocławianin mający tutaj rodzinę względnie bliską już nie chcę przyjeżdżać. Gdy to byli jeszcze bracia i siostry to ciągnęło jak magnesem na tę stronę. Był duży ruch w obie strony i nawet tak zwany handel walizkowy, w okresie stanu wojennego w Polsce i w okresie późniejszym. To były bardzo mocne relacje, zapchane pociągi do których nie można było się wcisnąć, każdy pociąg do Warszawy był przepełniony.

My jako samorząd mamy bardzo dużo partnerów w Polsce. Są umowy, są wymiany. Poruszamy się na własnym terenie i własnym wysiłkiem. Niestety za poprzedniego polskiego rządu padł program kolonijny. Przez Stowarzyszenie Wspólnota Polska Wileńszczyzna otrzymywała sporo miejsc na koloniach. W ostatnie lata tego nie ma czyli szukajcie sobie sami jeśli chcecie. To była pula pozwalająca zaangażować wszystkich. Nawet małe szkoły, które nie potrafiły napisać projektu, mogły wysłać uczniów do Pułtuska czy Warszawy i dzieciaki miały dwutygodniowy pobyt. Korzystaliśmy z tego bardzo intensywnie. Każdego lata wyjeżdżało kilkaset dzieci. Teraz tego jest za mało.

W Sejmie nowa ekipa rządząca Polską proceduje projekt nowej ustawy o Karcie Polaka. Zawiera on mechanizm ułatwiający uzyskiwanie pobytu stałego w Polsce i łatwego uzyskiwania obywatelstwa Rzeczpospolitej po osiedleniu się na jej terytorium. Czy nie będzie to mechanizm wysysania młodzieży polskiej z Wileńszczyzny?

Uważam, że wszystko co byliśmy dłużni Koronie już oddaliśmy. Nawet bez tych ułatwień i tak sporo osób znajduje sobie miejsce w Polsce, łącznie z uzyskaniem obywatelstwa polskiego. Wiadomo Polska jest krajem bardziej atrakcyjnym, lepszym do życia.

Litwa się generalnie wyludnia. Jeśli my się zaczniemy wyludniać to po bardzo krótkim czasie nie będzie z kim rozmawiać po polsku na tych terenach. To jest ważne – zachowanie swojej tożsamości.

A jeśli nawet ktoś czegoś potrzebuje, już w tej chwili każdy może wskoczyć do samochodu i pojechać do Warszawy. Spora liczba mieszkańców Solecznik zamawia meble nie w Wilnie, a w Suwałkach czy Białymstoku. Kostkę na podwórkach układają ludzie spod Augustowa. Nasze firmy korzystają z dużych kredytów kupieckich w sklepach budowlanych w Polsce, nawet do 50 tysięcy euro. Z pewnych rzeczy można więc już korzystać. A tak nasi młodzi kiedy uzyskają obywatelstwo Polski? Gdy zostawią tu ziemię. Byłbym ostrożny w tej kwestii.

Jakie więc wsparcie Polski jest najbardziej potrzebne?

Wsparcie szkół. W tej chwili to jest temat numer jeden. Dobrze, że ten temat jest teraz punktowany w Polsce. Jeśli stracimy szkoły, to stracimy tutaj wszelką rację bytu. Szkoła i Kościół dzięki temu tutaj przetrwaliśmy.

Rozmowę przeprowadzili Karol Kaźmierczak i Tomasz Rola

Józef Rybak –ur. 1960 r., absolwent Wileńskiego Instytutu Pedagogicznego oraz Uniwersytetu Michała Römera w Wilnie. Wieloletni pracownik polskiej oświaty w rejonie solecznickim, w latach 1983-1987 dyrektor szkół w Wersoce i Koleśnikach. Jeden ze współzałożycieli Związku Polaków na Litwie w rejonie. W latach 1995-2003 mer rejonu solecznickiego. Od 2014 rejonu dyrektor jego administracji.

Reklama



3 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz

  1. baciar :

    wynarodowianie narodu polskiego trwa w najleprze dzięki biernej postawie rządu RP pytam kto rządzi POLSKA żydzi ukraińcy Rosjanie czy może Marsjanie czy mamy wszcząć kolejne powstanie które pochłonie tysięcy ofiar by udowodnić że jesteśmy narodem czy wreszcie ci co maja władze obudza się z POsranego letargu tolerancji mamy sprzedać swoje barwy kulture i tradycje w imie dobrych stosunków z nazistami z litwy kto tu myśli normlnie kto jest wrogiem POLSKI

  2. anka :

    Polacy w rejonach wileńskim i solecznickim, w Wilnie, a jeszcze trochę w kilku innych rejonach, jakoś się trzymają, pomimo dzikiej akcji lituanizacyjnej. Problemów stwarzanych przez lietuvskie władze jest wiele, o czym powiedział pan Rybak. Dlatego tak ważne są te samorządowe przyczółki na Wileńszczyźnie, gdzie stale wygrywa Akcja Wyborcza Polaków, bo dzięki temu udaje się zachować i pielęgnować polską tradycję na tych ziemiach.

  3. wilenski :

    Bardzo wszechstronny wywiad z przewodniczącym AWPL europosłem Waldemarem Tomaszewskim w niedzielnych „Rozmowach niedokończonych” w Telewizji Trwam i Radiu Maryja. Poruszone zostały sprawy bogatego polskiego dziedzictwa na Wileńszczyźnie, jak również problemy Wilniuków, którzy borykają się z dyskryminacją ze względu na swoje trwanie w polskości. Warto zobaczyć i wysłuchać: http://tv-trwam.pl/film/rozmowy-niedokonczone-21022016 ; http://www.radiomaryja.pl/multimedia/polska-i-polacy-na-litwie-cz-ii/