Jak nie robić polityki wschodniej. Przypadek Pawła Kowala

Wszystko wskazuje na to, że w alternatywnej rzeczywistości zarysowanej przez Pawła Kowala to Polska jest bardziej zagrożona imperializmem Rosji niż sama Ukraina. Podczas gdy Ukraińcy procedują politycznie z Rosją, Polska ma jedynie bronić się przed rosyjskim imperializmem i zrezygnować z prowadzenia jakiejkolwiek polityki.

Zwycięstwo Andrzeja Dudy rozbudziło apetyty wielu polityków i komentatorów. Jednym z nich jest występujący w podwójnej roli – polityka i komentatora właśnie – Paweł Kowal. „Doktryna Giedroycia wciąż aktualna” – wyrokuje Kowal na łamach najnowszego numeru „Do Rzeczy”.



Autor, podpisany pod tekstem jako czynny polityk, popełnił jednak tekst wybitnie niepolityczny. Komentowana przez niego rzeczywistość międzynarodowa jest tylko w niewielkim wycinku przedstawiona jako pole gry interesów. Poza obszarem jego zainteresowania znajdują się w dużej mierze te kwestie, które powinny być dla polskiej wspólnoty politycznej fundamentalne.

Kowal z nadzieją spogląda na prezydenta elekta, który miałby reanimować wciąż ponoć aktualną doktrynę Giedroycia. Nie ma wątpliwości, że u podstaw tego myślenia leży wyrażane przez Kowala przekonanie o zagrożeniu rosyjskim imperializmem. „Jak na dłoni widać teraz kontratak imperium, które posypało się w 1991 r.” – czytamy. Pomijając wewnętrzną sprzeczność tego twierdzenia (jak bowiem atakować może podmiot, który się posypał?), nie uzyskaliśmy odpowiedzi na kluczowe pytanie – w jaki konkretny sposób rosyjski imperializm zagraża aktualnie Polsce?

Autor podaje wprawdzie przykład wysokich cen na gaz czy wojen handlowych, jednak rezygnacja z obrony polskiego interesu przez ówczesnego ministra gospodarki Waldemara Pawlaka podczas negocjowania stawek na błękitne paliwo dowodem na rosyjski imperializm na pewno nie jest. Z kolei jeśli wojny handlowe – których stroną jest z jednej strony Rosja, a z drugiej wiele innych państw europejskich – są przejawem imperializmu, to czy w takim razie jest nim zagrożona Ukraina, nawet teraz handlująca z Rosją na dużo lepszych warunkach niż Polska?

Wszystko wskazuje na to, że w alternatywnej rzeczywistości zarysowanej przez Pawła Kowala to Polska jest bardziej zagrożona imperializmem Rosji niż sama Ukraina. Podczas gdy Ukraińcy procedują politycznie z Rosją, Polska ma jedynie bronić się przed rosyjskim imperializmem i zrezygnować z prowadzenia jakiejkolwiek polityki. Można odnieść wrażenie, że to Polska musi się bronić przed zagrażającą Ukrainie Rosją, tymczasem sam Kijów będzie układał się i handlował z „państwem-agresorem” na dużo korzystniejszych warunkach. W ten oto sposób Paweł Kowal zupełnie bezpodstawnie ceduje zagrożenie rosyjskim imperializmem z Ukrainy na Polskę.

Politycznego myślenia brakuje też politykowi Pawłowi Kowalowi w kwestiach, które nie są tak wymierne, jak straty finansowe ponoszone w imię ukraińskiej integralności terytorialnej przez polskich sadowników czy producentów mięsa (także w wyniku embarga ukraińskiego – Paweł Kowal jakoś nie zająknął się o „imperializmie ukraińskim” w tym wypadku). Stanowią one jednak fundament wspólnoty, reprezentantem interesów której mieni się były wiceminister spraw zagranicznych.

Tymczasem, dla Pawła Kowala takie kwestie jak prawa Polaków na Wschodzie są „problemem wynikającym z historii”. Zupełnie tak, jakby dyskryminacja ludzi mówiących tym samym językiem, przynależących do tej samej kultury, z którymi dzielimy doświadczenie historyczne, którzy wreszcie nie bez przyczyny nazywają siebie Polakami i którzy właśnie z ww. powodów doznają prześladowań, miała być przedmiotem czysto akademickich dociekań, a nie problemem stricte politycznym właśnie.

Wyraźne odizolowanie kwestii praw Polaków na Wschodzie od bieżącej polityki widać u Kowala, gdy pisze, iż Polakom na Litwie trzeba zakomunikować, że przy jednoczesnym wsparciu ich zabiegów o tożsamość, politykę prowadzą oni „na własną odpowiedzialność”. Paweł Kowal nie rozumie, że to właśnie walka o tożsamość – która na Wileńszczyźnie toczy się zupełnie serio – to właśnie polityka, zabieganie o dobro wspólne, o interes grupowy. Tak bardzo wyrozumiały wobec dążeń emancypacyjnych Ukraińców na Majdanie Paweł Kowal odmawia choćby szczątkowej wyrozumiałości własnym rodakom.

Nie wiadomo też właściwie, z jaką konkretnie wspólnotą polityczną utożsamia się Paweł Kowal. Polityka Akcji Wyborczej Polaków na Litwie prowadzona „na własną odpowiedzialność” oznacza mniej więcej tyle, co rozwiązanie Litwinom rąk przy pacyfikacji stricte politycznych dążeń autochtonicznych mieszkańców Wileńszczyzny w walce o odzyskanie zrabowanej przez Litwinów ziemi, o nazwiska, szkoły, nazwy ulic itd. To, co Kowal chciałby oddzielić od polityki, jest właśnie treścią polityki polskiej na Wileńszczyźnie – polityki, z którą Paweł Kowal się najwyraźniej nie utożsamia („nie wszystkie decyzje polskich polityków na Litwie muszą być zgodne z linią Warszawy”). To, co dla Pawła Kowala jest jedynie „problemem wynikającym z historii”, dla wilniuków jest zmaganiem o własną tożsamość, która – tak się składa – jest tożsamością posiadaną także przez nas samych. Co więcej, Paweł Kowal – tak gorliwie wspierający demokratyczne rewolucje za naszą wschodnią granicą – nie chce pojąć, że to właśnie AWPL jest realnym reprezentantem interesów polskiej mniejszości na Litwie, o czym świadczą kolejne wybory w tym kraju.

Wątpliwości nie pozostawia jednak deklaracja Pawła Kowala: „Sprawy mniejszości polskiej na Wschodzie oraz problemy historyczne nie mogą jednak hamować relacji w innych dziedzinach”. Co jednak, jeśli będą hamować? Niezwykle pryncypialny w kwestii ukraińskiej integralności terytorialnej Paweł Kowal, który gotów jest dla niej poświęcić interes polskich przedsiębiorców, nie jest już aż tak zasadniczy, gdy przychodzi mu się zetknąć z tym, co dla niego jest jedynie „problemem wynikającym z historii”.

Widać wyraźnie, że dla Pawła Kowala nadrzędnym celem na Wschodzie nie jest utrzymanie dla polskości jej osobowego i materialnego stanu posiadania. Nie wiadomo zresztą, wokół czego ma ogniskować się polska wspólnota polityczna – wiemy już, że w optyce Kowala tą wartością nie jest solidarność plemienna, nie jest polska wspólnota interesu. Kowal nie zamierza poświęcać nadrzędnego celu, jakim jest „rekonstruowanie przestrzeni Europy Środkowej w obliczu zagrożenia z Rosji oraz ze względu na interesy gospodarcze” dla jakichś „problemów wynikających z historii”.

Rzecz w tym, że naród polski sam w sobie jest „problemem wynikającym z historii”. Paweł Kowal daje więc pierwszeństwo tym wartościom, które nie są tożsame z polską wspólnotą narodową – a tę uformowała właśnie tak lekceważona przez niego historia. Jednym słowem, Paweł Kowal zamierza przepiłować gałąź, na której sami siedzimy. Szkodzi tym samym nie tylko Polakom na Wschodzie, ale w ogóle wszystkim Polakom, dla których słowo to oznacza polityczną identyfikację.

Paweł Kowal nie radzi też sobie z właściwą oceną architektury politycznej w Europie. Uchodzący za eksperta polityk proponuje, by Polska inwestowała we wspólne projekty z „ambitnymi graczami w regionie” – Petro Poroszenką, Dalią Grybauskaite i Viktorem Orbanem. Dwaj ostatni liderzy nie mają najmniejszego zamiaru jechać z Polską na tym samym wózku – Litwa inaczej definiuje swoje interesy, co jaskrawo widać na przykładzie rafinerii w Możejkach, zaś Viktor Orban z prawdopodobnie niezrozumiałych dla Pawła Kowala względów postanowił prowadzić politykę nie pro-ukraińską, lecz pro-węgierską.

Z kolei Petro Poroszenko zarządza w tej chwili organizmem zbliżonym bardziej do masy upadłościowej, niż struktury wypełniającej znamiona normalnie funkcjonującego państwa. Prezydent Ukrainy wydaje się być zresztą przekonany, że wszystko, czego może oczekiwać od Polski i tak otrzyma za darmo. Brak Polski przy jakichkolwiek rozmowach o Ukrainie, przy jednoczesnym odgrywaniu roli moderatora przez izolowanego dotychczas prezydenta Łukaszenkę, świadczy wydatnie o tym, iż to nie Polska – jak sugeruje Kowal – wpłynęła decydująco na losy Ukrainy. Jeśli zaś jest to prawdą, to Ukraińcy nie mają nam specjalnie za co dziękować. Utrata Krymu, Donbasu, rozpad gospodarki i nieogłoszone oficjalnie, ale faktycznie mające miejsce bankructwo nie zostało wynagrodzone Ukraińcom nawet ruchem bezwizowym z Unią Europejską, nie mówiąc już o spisanej w jakimkolwiek dokumencie perspektywie członkostwa.

Zupełnie niewiarygodny jest też Paweł Kowal, gdy pisze o powinności formułowania odpowiadającego prawdzie historycznej stanowiska Polski na temat ludobójstwa na Wołyniu. Jako europoseł był on przeciwnikiem rezolucji z 25 lutego 2010 roku, w której Parlament Europejski wyraża głębokie ubolewanie z powodu decyzji ustępującego prezydenta Ukrainy, Wiktora Juszczenki, który nadał pośmiertnie Stepanowi Banderze, przywódcy współpracującej z nazistowskimi Niemcami Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN), tytuł „Bohatera Ukrainy”. Należy się wobec tego zastanowić, na jakiej niwie Paweł Kowal chce rozstrzygnąć problem pamięci o ludobójstwie, skoro całkiem niedawno sam zrezygnował z zastosowania politycznego środka nacisku na Ukrainę w tej kwestii.

Wymienione przez Pawła Kowala postulaty nie mają niestety nic wspólnego z politycznością. Jeśli chciał on odegrać rolę promotora doktryny Giedroycia, to osiągnął efekt odwrotny do zamierzonego. Po lekturze jego artykułu ma się nieodzowne wrażenie, że jest to bardziej zbiór zaklęć, formułek należących do myślenia życzeniowego, niż sposób definiowania celów i dróg dojścia do nich. Jakkolwiek by nazwać sposób rozumowania Pawła Kowala, trudno byłoby uznać go za polityczny w klasycznym znaczeniu tego słowa. Autorowi brakuje podstawowej dla tej profesji umiejętności, a mianowicie myślenia w kategorii interesu konkretnej wspólnoty. Być może to, że Jerzy Giedroyć ma właśnie takich współczesnych piewców, świadczy najlepiej o tym, iż doktryna ta już dawno straciła na aktualności.

Marcin Skalski

W najnowszym numerze (25/124) tygodnika „Do Rzeczy”:

Paweł Kowal – „Doktryna Giedroycia wciąż aktualna”,

Marcin Skalski – „Polityka dużej wyrozumiałości”

Reklama

Dlaczego zdecydowaliśmy się na ograniczenie dostępu do naszych treści?

Ponieważ nie istnieje darmowe dziennikarstwo. Zawsze ktoś za nie płaci. Jeśli Czytelnicy nie wezmą na swoje barki finansowej odpowiedzialności za istnienie niezależnych, oddolnych inicjatyw dziennikarskich, takich jak Kresy.pl, wówczas na rynku pozostaną wyłącznie niskiej jakości tabloidy oraz media finasowane przez wielkie korporacje, partie polityczne i różnego rodzaju lobbies.

Miesięczny koszt funkcjonowania portalu Kresy.pl to 20000 zł. 7-osobowa redakcja pracuje w pełnym wymiarze i praca ta jest naszym podstawowym, najczęściej jedynym, źródłem dochodu. Kresy.pl nie powstają po godzinach, tworzone przez amatorów. Portal jest tworzony przez wykwalifikowanych dziennikarzy oraz specjalistów z zakresu polityki międzynarodowej, którzy codziennie starają się dotrzeć do informacji istotnych z punktu widzenia interesu naszej politycznej wspólnoty.

Jeśli cenisz naszą pracę, jeśli z niej korzystasz i uważasz, że zamknięcie portalu Kresy.pl byłoby stratą, prosimy dołącz do grona osób, które współtworzą finansowe podstawy funkcjonowania naszego serwisu.





Zbierzmy 1000 stałych darczyńców i wyłączmy wszystkie zewnętrzne reklamy na Kresach. Pomóż nam zbudować solidną dziennikarską platformę, publikującą ekskluzywne, wysokiej jakości informacje, opinie i analizy, utrzymującą się wyłącznie dzięki zaufaniu Czytelników.

Kresy.pl są w 100% oddolną obywatelską inicjatywą, nie stoją za nami ani medialne konsorcja, ani rządowe dotacje. Naszym celem jest przeciwstawianie się wszelkim formom manipulacji opinią publiczną w Polsce. W dobie wojny informacyjnej nie ma zadania bardziej palącego niż odpowiedzialne wspieranie zaufanych mediów.

Wyłącz reklamy

Wesprzyj jednorazowo

17 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz

  1. beresteczko1651 :

    Osobnik ten działa po prostu jawnie i bezczelnie w interesie tzw. ukrainy a na szkodę Polski, będąc jednocześnie obywatelem tej ostatniej. Kiedyś, w czasach mniej skomplikowanych, jemu podobnych nazywano zdrajcami i wieszano, obecnie publikuje się przygotowane przez nich agenturalne materiały, zaprasza do publicznego wygłaszania antypolskich wywodów i utrzymuje na koszt polskich podatników, żeby zaoszczędzić niepotrzebnych wydatków obcym służbom wywiadowczym.

  2. baciar :

    zastanawia mnie fakt KTO RZADZI W RZECZPOSPOLITEJ skoro taki gość jak pavlo kowalo działa na niekorzyść Polski jest po prostu ukraińskim konfidentem czemu jeszcze nie odebrano mu obywatelstwa z wil;czym bilete wyslano na jego kochana Upadline TO JEST PRZERAZAJACE ŻE TAKI PAJAC GADA CO CHCE I NIC ZA TO MU NIE GROZI

  3. jaroslaus :

    przecież to jest ukraiński chacheł z koligacjami z żydostwem – ciocia Helena Łuczywo z żydowskiego domku Chaber. Po wojnie było u żydów i ukraińców normalnym, że jak zamordowali Polaka to kradli jego tożsamość. Ilu takich skurwysynów dziś się chowa po kontach? Można ich poznać po zachowaniu właśnie.

  4. mrciemnosc :

    Probanderowski szkodnik. Kolejne moralne zero, które wie lepiej od Narodu, kogo mamy kochać, a kogo nienawidzić. Od 1989 roku mamy do czynienia z totalną zmianą postrzegania historii Narodu Polskiego. Z cichutkim tylko wspominaniem wielkich zwycięstw (może prócz tych, gdzie pokonaliśmy bolszewików), wielkim eksponowaniem „pięknych klęsk” (głównie Powstanie Warszawskie), czy dramatów takich, jak los żołnierzy wyklętych albo Katyń. Wspominając historię Narodu każe nam się cierpieć, przypomina, jak bardzo doświadczył nas los. Dodatkowo każe nam się bić w piersi za grzechy przodków, którzy wydawali Żydów okupantom, palili ich w stodołach, a dodatkowo służyli przecież w wielkiej liczbie w wojskach Hitlera. W sposób ohydny przypomina się zbrodnie bolszewików, Rosjan, a jednocześnie zohydza historię pisząc „książki”, jakoby cała ta katastrofa w 1939 mogła zostać uniknieta, gdybyśmy tylko przyjęli propozycję sojuszu ze strony Hitlera. Polakowi każe się pamiętać o Katyniu, o męczeństwie rtm Pileckiego (to nic, że był szpiegiem wysłanym do Polski w celu uzyskania informacji o komunistach, przecież szpiegiem był też Kukliński, ale on szpiegował dla tych dobrych). Celowo zohydza się PRL, co powoduje, że w młodych Polakach nie ma świadomości o dobrych stronach tamtego okresu państwowości. A jednocześnie marginalizuje się rzeczy wielkie. Powstania Śląskie i Wielkopolskie, Kirchholm, nawet Wiznę, gdzie smierć setek polskich żołnierzy miała wymiar zupełnie inny, niż rozpaczliwa obrona Grodna rękami harcerzy, którzy nie mogli pokonać radzieckich czołgów, ale mogli pięknie umrzeć. Przy tym wszystkim marginalizuje się, a wręcz każe się zamykać usta tym wszystkim, którzy chcą publicznie mówić o ludobójstwie, jakiego dokonali na Polakach Ukraińcy. Jeżeli ktoś mi zarzuci, że to też przecież część smutnej części historii Narodu, to ja mu powiem, że ludobójstwo to miało wymiar rzadko spotykany w naszej historii. Wyjątkowo ohydne, dokonane przy użyciu siekier, pił, sztachet, rąk ludzkich. Dokonane na Polakach dlatego, że byli Polakami i do tego wyjątkowo bezczelne, dokonane na ludziach bezbronnych. Tak podobny wymiar miało to ludobójstwo, jak rzeź Woli w 1944, dokonane na ludziach bezbronnych, za ich polskość. Ale Powstanie Warszawskie nie musiało się wydarzyć. Jesteśmy narodem upokorzonym, narodem, któremu plują w twarz politycy, historycy, tzw. elita intelektualna. Wszyscy, którzy każą nam pokutować za antysemityzm przodków, za dziadków w Wehrmachcie, nienawidzić Rosjan za bolszewickie zbrodnie dokonane w dużej mierze przez radzieckich Żydów, Ukraińców, nawet Gruzinów. Każą nam nienawidzić Rosjan za rozkaz mordowania w Katyniu naszych oficerów, pod którym widnieją podpisy jednego Rosjanina, dwóch Żydów, Ukraińca, Gruzina i Ormianina. Rozkazu, który polecono wykonać Megrelowi, którego podwładnymi byli przedstawiciele wielu narodów ZSRR. I którzy każą uważać teraz za braci Ukraińców. Kowal, jesteś scierką, nie warto na ciebie splunąć.

  5. krok :

    Jeżeli Macierewiczowi już ruskie ukazują się nawet po otwarciu lodówki, to Kowalowi myśl o Ukrainie od morza do morza ze swastyką na fladze, każe mówić to co mówi. Jeden i drugi to przypadki do leczenia. Na pewno ma problemy psychiczne, bo zajadłość z jaką próbuje wrobić Polaków w wojnę, może skończyć się dla niego jedynie źle. Aż dziw bierze na myśl, kto na takiego głosował ?

  6. rotmistrz49 :

    Rozum, intuicja, kojarzenie – z tym trzeba się urodzić, ale braki edukacji można przecież nadrobić, skoro każdy kowalem swego losu jest…… no chyba, że jest się kowalem. A propos nauka – kaganek oświaty. Widać ciężko się uczyło biedaczkowi przy cioci.. łuczywo, a to podpinanie się pod przebrzmiałego Giedrojća żałosne.

  7. rotmistrz49 :

    Rozum, intuicja, kojarzenie – z tym trzeba się urodzić, ale braki edukacji można przecież nadrobić, skoro każdy kowalem swego losu jest…… no chyba, że jest się kowalem. A propos nauka – kaganek oświaty. Widać ciężko się uczyło biedaczkowi przy cioci.. łuczywo, a to podpinanie się pod przebrzmiałego Giedrojća żałosne.

  8. rebeliant80 :

    Akurat ten osobnik nie jest dobrym przykładem, bo po prostu ma on ukraińskie korzenie i działa na zasadzie V kolumny, zresztą wielu się takich w Polsce niestety znajdzie. Kowal bardziej marzy o imperializmie ukraińskim niż obawia się zagrożenia dla Polski imperializmem rosyjskim, a właściwie to Polska w ogóle go nie obchodzi

  9. sobiepan :

    Postulaty Pawła Kowala nie mają niestety nic wspólnego z politycznością. Jeśli chciał on odegrać rolę promotora doktryny Giedroycia, to osiągnął efekt odwrotny do zamierzonego. Po lekturze jego artykułu ma się nieodzowne wrażenie, że jest to bardziej zbiór zaklęć, formułek należących do myślenia życzeniowego, niż sposób definiowania celów i dróg dojścia do nich. Jakkolwiek by nazwać sposób rozumowania Pawła Kowala, trudno byłoby uznać go za polityczny w klasycznym znaczeniu tego słowa. Autorowi brakuje podstawowej dla tej profesji umiejętności, a mianowicie myślenia w kategorii interesu konkretnej wspólnoty. Być może to, że Jerzy Giedroyć ma właśnie takich współczesnych piewców, świadczy najlepiej o tym, iż doktryna ta już dawno straciła na aktualności.