Jadwiga Prowłocka w okresie działań na rzecz autonomii Wileńszczyzny odpowiadała za kwestie ekonomiczne w administracji rejonu solecznickiego, posiadającego największą proporcję ludności polskiej na Litwie i wówczas, i dziś.

Karol Kaźmierczak: Od urodzenia mieszka pani w Solecznikach?

Jadwiga Prowłocka:Tak, jestem urodzona w rejonie solecznickim. Zaliczam się do tych Polaków, którzy mówią, że to nie my wyjechaliśmy, ale granice Polski od nas odjechały.

K.K.: Jak wspomina pani kolejne dekady pod władzą radziecką?

J.P.: Prawdę mówiąc to życie było trudne,jak i większošci ludzi w powojennym czasie. Tak się ułożyło, że kiedy przyszła władza radziecka to rozpoczęły się łapanki – brali ludzi jako siłę roboczą i wywozili się do Rosji. Mój ojciec w 1945 lub 1946 roku został wywieziony na trzy lata do Rosji i pracował w kopalni węgla kamiennego. Ojciec był wywieziony razem z bratem mamy. Mamy brat niestety nie wrócił (zginął przy nieznanych okolicznošciach), a ojciec wrócił. Warunki pracy były bardzo trudne i ojciec dostał gruźlicy. Ja urodziłam się w 1950 roku a ojciec zmarł niestety już w 1958 roku. Byłam wówczas wśród mojego rodzeństwa najstarsza, miałam 8 lat, siostra 6, a brat 4. W dzieciństwie mieszkałam we wsi Koniuchy – 12 kilometrów od Solecznik. Do szkoły mieliśmy 3 kilometry drogi.

Koniuchy są znane z tego, że w 29 stycznia 1944 r. sowieccy partyzanci spalili tę wieś. Pamiętam jeszcze z ojca wspomnień, jak opowiadał że będąc kawalerem zbudował we wsi nowy dom, który niestety został spalony. Opowiadał o mieszkańcach uciekających do lasu, których partyzanci okrążyli i zabili. Przeżyli ci, którzy uciekli w drugą stroną, w stronę rzeki. Ojciec opowiadał jak czołgał się i nawet koń, który był obok niego, też to zrozumiał i też pełznął. Mama, która już nie żyje, przypominała los rodziny Juzefy Jankowskiej. Partyzanci zaczęli podpalać strzechy, podpalili też jej dom, ludzie wybiegali. Ci, którzy wybiegali to do nich strzelano. W stodole schowala sie Juzefy siostra z trójką dzieci ( jedno było niemowlę) i niestety tej kobiety i dzieci nie oszczędzili. Większość ludzi wymordowali. Po tym wydarzeniu ludzie budowali się już nie we wiosce, wiekszość budowała się na kolonii. Mamy ojciec i mój ojciec zbudowali domy już 2-3 kilometry od wioski. A do szkoły trzeba było chodzić do wioski, 3 kilometry. Ukończyłam 8 klas polskiej szkoły w Koniuchach, a potem dziewiątą klasę już w Solecznikach. Potem technikum w Oszmianie na Białorusi, a potem zaocznie studia w Instytucie Gospodarki Rolnej w Leningradzie. Aspiranturę ukonczyłam tež zaocznie w Instytucie Gospodarki Narodowej w Mińsku. Wszystkie prace dyplomowe pisało się w języku rosyjskim.Z powodu używania języka rosyjskiego w edukacji wyższej daje się to słyszeć do dziś. Polskiego używaliśmy tylko w życiu codziennym, międzyludzkim obcowaniu, w którym zakres rozmów nie był tak szeroki. Dzięki Radzie Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa w Polsce w maju 2004 roku na miejscowym cmentarzu został wykonany i odsłonięty Krzyż Pamięci

K.K.: Język polski pozostawał w rejonie solecznickim językiem życia codziennego, komunikacji w rodzinie?

J.P.:Między Polakami tak. Jednak w pracy na przykład, jeżeli byli Polacy z Białorusi, a oni nie znali języka polskiego, to w kolektywie pracowniczym używało się języka rosyjskiego. Bo wszystkie tutejsze narodowości jak – Polacy, Litwini, Rosjanie – znały ten język. Niestety tak się ułożyło. Potem z tego powodu, kiedy zaczęło się odrodzenie, to Litwini zaczęli nas oskarżać: „Jacy z was Polacy jak używacie języka rosyjskiego w kontaktach między sobą”. Ale przyczyną było to, że porozumiewaliśmy się z innymi także i z Polakami, którzy przyjeżdżali z Białorusi. Dziwnie było jak za czasów radzieckich, tak i teraz z pisownią nazwisk niektórych Polaków.W tamtych czasach do nazwisk dodawano końcówki -ij, -ja, Provlockij, Provlockaja , Jankovskaja – takie jest moje nazwisko z domu. Na nazwiska bez rosyjskich końcówek Polacy masowo przechodzili po 1991 roku. Co dotyczy nazwiska rodowego mojego mężai jego ojca to ono jeszcze nie było zniekształcone. Ich nazwisko było Przewłocki, dokumenty w archiwum o tym swiadczą. Pewnie jakiś pracowniku adminsitacji nie potrafił zapisać po rosyjjsku liter „rze” prościej mu było „ro” i tak zostało. Także i teraz niektóre polskie nazwiska nie można zapisywać poprawnie – tych w których są litery w, cz, sz, ł, ó. Do tej pory nie przyjęli odpowiedniej ustawy. Już tylko na cmentarzach ludzie pisali i piszą nazwiska poprawnie.

K.K.: Polacy z republiki białoruskiej zaczęli tu napływać gdy Soleczniki stały się centrum rejonowym?

J.P.: Było tak w związku z tym, że poziom życia na Litwie był zawsze wyższy niż na Białorusi: opłata w kołchozach i w sowchozach była zawsze wyższa. Pierwszy sekretarz rejonowego komitetu partii Iwan Iwanowicz Michalkiewicz, który wtedy rządził, też pochodził z Białorusi. Wtedy napłynęło wielu agronomów, księgowych, ekonomistów, inżynierów z Białorusi.

K.K.: Gdzie wcześniej był ośrodek rejonu?

J.P.: Do 1972 roku w Ejszyszkach, a potem w Solecznikach. Tak się ułożyło, że jak inteligencja Wileńszczyzny została wywieziona, albo sama wyjechała to nie zostało zbyt wielu rdzennych mieszkańców z wyższym wykształceniem. A ci, którzy byli nie chcieli pozostawać na wsi, nie chcieli pracować w kołchozach, oni masowo wyjeżdżali do Wilna. W Wilnie było dużo zakładów przemysłowych, które nabierały pracowników z sąsiednich rejonów robotników i w Wilnie niestety budowało i bezplatnie przydzielano się mieszkania. Prawie wszyscy moi rówieśnicy poszli do pracy do Wilna i tam otrzymywali mieszkania.

K.K.: Jak wyglądało funkcjonowanie kołchozów?

J.P.: Prawdę mówiąc to było trudno. W naszej rodzinie było troje małych dzieci, więc mama chodziła do kołchozu. Pamiętam te czasy, kiedy wypłacało się zapłatę w systemie „trudo-dni”. Były określone jednostki i na podsumowanie pracy kołchozu okazywało ile się należy. Pamiętam, że całoroczny zarobek zbožem mama przyniosła na plecach.

K.K.: Z czego więc ludzie żyli?

J.P.: Mieli ogrody, trzymali świnie i krowy. Przydzielono było po 0,6 ha ziemi na własne potrzeby, więc siali żyto, jęczmień, sadzili kartofle. Pamiętam, że dopiero po 1961 roku wprowadzono renty. Między innymi rentę z powodu utraty żywiciela, w sytuacji gdy nie było jednego z rodziców też dostawaliśmy taką rentę. Pamiętam, że na nas troje było tego po 3 ruble. W związku z tym, że żyliśmy w odległości od wioski nie mieliśmy dość długo energii elektrycznej. Światło nam doprowadzili dopiero z okazji 50-tej rocznicy rewolucji październikowej, to znaczy przed 7 listopada 1967 roku. Miałam wtedy 17 lat. W 1969 roku po ukonczeniu studiów w techikum zaczęlam pracowač w jednym z sowchozów rejonu.Siostra poszła do pracy do Wilna, brat został z mamą, pracował w kołchozie i mając ponad 40 lat niestety zmarł.I tež zostało troje małych dzieci.

K.K.: Teoretycznie kołchoz był spółdzielnią a faktycznie to był zarządzany przez kierownika akceptowanego przez władze.

J.P.: W 1971 roku zaczęłam pracować w kołchozie, w księgowości. Zebrania były i na zebraniu wybierało się zarząd, a zarząd wybierał przewodniczącego kołchozu. Podstawowa zasada demokracji była. W sowchozach dyrektorów naznaczały bezpośrednio władze rejonowe – zarząd gospodarki rolnej wyznaczał. Była też i taka różnica, że w kołchozach od płacy zarobkowej nie było podatku, w sowchozach płace były opodatkowane. W tamtych latach płace zarobkowe były wyższe w kołchozach.

K.K.: Na ile kołchozy były samodzielnymi przedsiębiorstwami?

J.P.: Formalnie kołchoz był na własnym rozrachunku. W praktyce kołchozy często brały kredyty z banków państwowych. A potem te kredyty częšciowo spisywali – umarzali. Co zresztą zależało też od uwarunkowań, od urodzajów. Ziemie w rejonie solecznickim nie są wysokiej jakości. Kołchozy i sowchozy były więc wspierane.

K.K.: Czyli de facto była częścią większej struktury gospodarczej?

J.P.: Tak, częścią całej struktury gospodarki rolnej.

K.K.: Kołchozy kooperowały bezpośrednio z większymi zjednoczeniami przedsiębiorstw czy administracją rejonową?

J.P.: Z rejonową administracją najbardziej. A co dotyczy zbytu produkcji, to odbierały je fabryki przetwórstwa na przykład mleczarnie. Nasz rejon blisko Wilna więc wywozili do Wilna przeważnie. Do kombinatu mięsnego wywoziło się żywe zwierzęta, świnie i bydło.

K.K.: Jak była struktura przychodów rejonowych jednostek administracyjnych?

J.P.: Władze rejonowe formowały budżet ze środków otrzymywanych z góry. A komitet rejonowy partii utrzymywał się ze składek ale otrzymywał też dotację, na ile mnie wiadomo, z Komitetu Centralnego.

K.K.: Administracja rejonowa nie miała więc wtedy lokalnych źródeł dochodów, bo podatków w czasach komunizmu prawie nie było?

J.P.: Formowany był budżet państwowy, który realizowany był tak, że na niektóre sektory pieniądze szły do budżetów rejonów, a niektóre bezpośrednio z centralnego budżetu. Wszystkie dotacje były zaplanowane na poziomie republiki, a w niektórych gałęziach na poziomie ZSRR. Zasady, warunki i wskaźniki się zmieniały. Rejony realizowały wydatki w dziedzinie oświaty i ochrony zdrowia.

K.K.: Czyli bardzo dużo zależało od tego jak odpowiedni urzędnik w Wilnie zdecydował w kwestii przekazania nakładów?

J.P.: Odnośnie budżetu rejonowego to tak. A co dotyczy sprzętu dla kołchozów to było starannie planowanie i ekonomiści robili te plany na poziomie republikańskiego Komitetu Planowania Komitetu działającego według planu Moskwy.

K.K.: Była to więc skomplikowana struktura decyzyjna?

J.P.: Tak, ale jeżeli nie otrzymało się czegoś to można było liczyć na rok następny. Trzeba było coś przedsięwziąć, mieć znajomości. Na ile ja słyszałam to jednak nie była kwestia milionowych łapówek jak dziś lecz jakiejś dobrej butelki, jakiejś dobrej kiełbasy, żeby dobrze ugościć kogo trzeba.

K.K.: Przez cały ten okres radziecki rejon solecznickim był rejonem rolniczym?

J.P.: Był tu przemysł spirytusowy, gdzie kołchozy zdawały kartofle i zboža na przetwórstwo. Dziwna zresztą była organizacja. Zakład spirytusowy w Solecznikach przerabiał też kukurydzę. A ta kukurydza przyjeżdżała koleją aż z portu w Kłajpedzie. Były wypadki, że ta kukurydza była aż z Kanady. Litwa cała była rolniczą republiką. Pod wzglądem produkcji mięsa i mleka miała jeden z wyższych wskaźników w Związku Radzieckim. Większa część z tego szła do dużych miast: do Leningradu, do Moskwy, do innych republik Związku Radzieckiego. Jednocześnie trzeba wiedzieć, że to wszystko produkowane było dzięki bardzo dużym ilościom kombinowanych pasz przysyłanych z całego ZSRR. Tak więc przysyłali tutaj aby przetwarzać to w produkcję rolną. Plus był taki, że ludzie mieli zajęcie. Potem wszystko upadło.

K.K.: W tych czasach najwięcej do powiedzenia mieli pracownicy partii?

J.P.: Zależało od osób. Czasem osoby, które zajmowały się gospodarką byli mądrzejsze i potrafiły przekonać. Ja pracując w księgowości kołchozu zajmowałam się statystyką, bo trzeba było wysyłać wskaźniki co miesiąc, a potem za każdy rok. Sprawdzała nas takže i tak zwana „kontrola ludowa” i to często.

K.K.: Pierwszymi sekretarzami byli w rejonie solecznickim Rosjanie?

J.P.: Sekretarzy rejonowych partii zawsze była trójka. Jeżeli pierwszy sekretarz był Rosjaninem, to drugi był Litwinem a trzeci Polakiem. Potem, jeżeli drugi był Polakiem, to trzeci był Litwinem. Już na sam koniec Polak Czesław Wysocki był drugim sekretarzem. W tym okresie także pierwszym sekretarzem komitetu rejonowego był Polak, Leon Jankielewicz. Wcześniej Eduard Taszliński był, ale krótko. Leon Jankielewicz był ostatnim sekretarzem rejonowym partii przed jej rozwiązaniem.

K.K.: Czy w strukturach partii i w administracji rejonowej była nadreprezentacja Rosjan i Litwinów?

J.P.: Różnie to było. Jeżeli przewodniczącym komitetu wykonawczego był Polak to do wydziału kultury i do ideologii koniecznie był kierowany Litwin.

K.K.: Tutaj Polacy stanowili 80 procent mieszkańców. Można powiedzieć, że w strukturach administracji i w aparacie było tak samo?

J.P.: W aparacie partyjnym to trudno mi powiedzieć, bo ja nie zwracałam wtedy na to uwagi. W administracji kardynalnie wszystko się zmieniło dopiero w 1990 r., kiedy były realne wybory samorządowe i wtedy Polacy głosowali na Polaków. Właśnie po tych pierwszych wyborach kierowałam wydziałem ekonomicznym – od czerwca 1990 roku do września 1991 roku, kiedy to wladze centralne rozwiązali samorządy rejonu wileńskiego i solecznickiego. To był aktywny kiedy można było wyrażać różne zdania, były dyskusje.

K.K.: Jeśli mowa o sytuacji ekonomicznej, to dotarłem do archiwalnych źródeł w których miejscowi mieszkańcy czy też pracownicy administracji rejonowej, w okresie pieriestrojki, kiedy już można było wszystko powiedzieć, podnosili to, że Wileńszczyzna była ekonomicznie, socjalnie dyskryminowana. Dużo dawała z siebie w postaci wysokiej efektywności produkcji rolnej a mało nakładów otrzymywała z powrotem. Proporcjonalnie nawet mniej, niż na przykład rejony czysto litewskie w rdzennej Litwie. Podobnie ocenia pani sytuację w tamtych czasach?

J.P.: Ekonomiczne wskaźniki były u nas w rejonie słabsze niż średnie. Kiedy trafiłam pracowač do zarządu gospodarki rolnej ( 1986-1990) to zabrałam się za opracowywanie różnych danych i zaczęliśmy je analizować. Wtedy bardzo rzucało się w oczy, że brak było w lokalnych sklepach podstawowych rzeczy, do których były kolejki. Jak zaczęliśmy analizować ile, w przeliczeniu na jednego człowieka, czy na jeden hektar oddajemy, produkujemy, a ile otrzymujemy to wskaźniki pokazywały, że otrzymujemy dużo mniej. Wtedy zaczęła się polemika między naszymi, potem podchwycił to rejonowy komitet partii, potem inni. Zaczęli zgłaszać pretensje do struktur państwowych. Tyle, że wtedy przeszliśmy na stosunki kapitalistyczne i dotacje się skończyły.

K.K.: Pierestrojka oznaczała poluzowanie. Ludzie przebudzili się, objawiło się to też odrodzeniem ducha narodowego wśród Polaków?

J.P.: Odrodzili się tak duchem jak i politycznie, także pod względem aktywności gospodarczej.

K.K.: Pamięta pani powstanie Stowarzyszenia Społeczno-Kulturalnego Polaków na Litwie, które potem przekształciło się w Związek Polaków na Litwie?

J.P.: Tak. Na pierwszym zjeździe byłam. Wtedy wybieraliśmy na prezesa Jana Sienkiewicza. To było w tak zwanym Pałacu Związków Zawodowych. U mnie było takie wrażenie, że łzy u wszystkich w oczach, wzruszenie. To było pierwsze tak duże zebranie ludzi, Polaków. Było bardzo wiele wystąpień, dyskusji. Wszystkich to tknęło.

K.K.: Jednocześnie u Litwinów też coś takiego nastąpił. Powstał Sajudis. W październiku 1988 roku mieli pierwszy zjazd. Spotkałem się z relacjami, że niektórym Polakom ten zjazd się wydał straszny, bo doszło do agresywnych względem Polaków wystąpień. Czy Pani też tak wspomina ten zjazd?

J.P.: Może Ci Polacy, którzy żyli w innych rejonach odczuwali to inaczej. Kiedy my tutaj w rejonie solecznickim jesteśmy większością to najwyżej w wystąpieniach coś o tym się mówiło. Czasem były jakieś wypowiedzi w życiu codziennym.. Był tutaj taki pan Litwin, który pozwalał sobie mówić: „Teraz to Polacy będą nam nogi myć”, ale on był niezrównoważony. Inteligentni ludzie raczej sobie na to nie pozwalali. Różnie było, czy to w kolejkach w sklepie czy to w środkach transportu zdarzały się takie zajścia: „Czego wy tutaj chcecie”, „Jedźcie do swojej Polski”. Coś podobnego jak teraz ataki na Polaków w Anglii. A litewskie media do tego się przyczyniały. Nasi zawsze odpowiadali, że my znikąd nie przyjechaliśmy i nigdzie nie wyjeżdżamy. Nawet mi Litwini zadali prywatnie pytanie, w kręgu osobistym: dlaczego ja żyjąc na Litwie w sklepie mówię po polsku. A ja im mówię tak: jakby to było w Birżach albo Pavalysie to Polak musiałby się dostosować, a jeżeli tutaj jest większość innej narodowości to ten kto przyjechał też musi dostosować się do tego.

K.K.: Jakie funkcje sprawowała pani w przełomowych latach 1988-91?

J.P.: Do 1990 roku pracowałam jako ekonomista w zarządzie gospodarki rolnej administracji rejonowej. Od czerwca 1990 r. byłam zastępcą przewodniczącego Komitetu Wykonawczego administracji rejonowej do spraw ekonomicznych. Gdy we wrześniu 1991 r. władze centralne rozwiązali samorząd, to potem niestety prawie pół roku byłam bez pracy. Bo nas sama Rada Najwyższa zwalniała. Nie każdy tym może się pochwalić, że sam parlament zwalniał go z pracy. Potem przez rok pracowałam w księgowości szpitala rejonowego. A następnie ponad 20 lat w przedsiębiorstwie ciepłowniczym gdzie pracowałam aż do emerytury.

K.K.: Kiedy pani usłyszała pierwszy raz hasła autonomii?

J.P.: Trudno mi powiedzieć o konkretnej dacie i miejscu. To zaczęło się w czasie procesów odrodzeniowych. Najpewniej wtedy, kiedy była przyjęta przez Radę Najwyższą ustawa o języku państwowym, o używaniu wyłącznie języka litewskiego. Hasłem była dla nas już sama publikacja projektu tej uchwały. Bardzo wielu ludzi u nas zbierało podpisy pod wnioskiem do Rady Najwyższej, czy do jej komisji, z propozycją zmiany treści uchwały tak, aby uwzględnić narodowości mniejszościowe. Było zebranych bardzo dużo podpisów, nie wiem dokładnie ile, ale ponad 100 tysięcy pewnie zebraliśmy. Wtedy jeszcze byliśmy młodzi i naiwni, myśleliśmy, że to uwzględnią. Kiedy to zostało nieuwzględnione to potem powstała koncepcja autonomii, żeby uchronić swoje prawa kulturalne, językowe, odrodzeniowe…

K.K.: Najpierw samorząd narodowościowy ogłoszono w samym mieście Solecznikach?

J.P.: Nie, najpierw w innych radach. Nie pamiętam już tej kolejności. Polaków bardzo dotykało to, że jeżeli ktoś miał inne zdanie niż chciało się władzom centralnym , to zawsze mówili, że to czyjaś ręka. Moskwy czy polityków komunistycznych. To ludzi jeszcze bardziej mobilizowało. Jeszcze bardziej chcieli pokazać, że to nie tak, że to ich dzieło.

K.K.: Ruch autonomiczny był zatem ruchem oddolnym?

J.P.: Jasne, że wyszedł od miejscowej inteligencji a nie od chłopów. Zawsze tak było i na poziomie republik, i na poziomie rejonów.

K.K.: Kto w Solecznikach był promotorem idei autonomii?

J.P.: W samych radach nie byłam członkiem ale zapraszali mnie jako ekonomistę, żeby wskazać. W tym czasie polityką nie bardzo się zajmowałam się, dużo trudnej pracy miałam w dziale ekonomicznym. Aktywnie działali kierownicy – deputowani Rad Rejonowych i niektórzy aktywni działacze Związku Polaków. Ale kto pierwszy wypowiedział tego nie wiem.

K.K.: Był to taki temat szeroko znany i dyskutowany przez zwykłych ludzi?

J.P.: To był powszechny temat. Mówiono o tym w mediach. Zjazdy i zebrania nie były tajne. Na niektórych zebraniach i ja uczestniczyłam. Dużo ludzi się do tego przyłączało. Jako, że pracowałam w administracji, a nie byłam deputowaną, więc nie uczestniczyłam w zjazdach deputowanych, gdzie głosowali, przyjmowali uchwały, projekty ustaw.

K.K.: Uczestniczyła pani w posiedzeniach Rady Koordynacyjnej, którą autonomiści stworzyli dla kierowania działaniami na rzecz powołania polskiej jednostki samorządowej?

J.P.: Pamiętam, że byłam na kilku zebraniach, ale nie wiem czy to była akurat Rada Koordynacyjna. Nie byłam na posiedzeniach na których rozważano całościowy projekt autonomii. Byłam na dyskusjach dotyczących aspektów ekonomicznych.

K.K.: Jakie był kwestie i postulaty w ramach tych aspektów?

J.P.: Analizowaliśmy budżet, ile rejon dostaje dotacji, ile to wynosi na człowieka, w związku z tymi kolejkami za towarami. Analizowaliśmy ile rejon produkuje, to było związane z moim ekonomicznym podejściem do tych spraw. I potem to było wykorzystywane jako argument w rozmowach z władzami.

K.K.: Autonomiści chcieli aby projektowana jednostka autonomiczna pozostawała na własnym rozrachunku?

J.P.: Trudno aby tak mały rejon pozostawał na własnym rozrachunku. Wielu ludzi mieszkało w rejonie solecznickim a pracowało w Wilnie. Zatem podatki pośrednie od towaru, akcyzy na paliwo, to wszystko wpływalo do panstwowego biudžetu w Wilnie, bo ludzie tam kupowali, w naszym rejonie stacji paliwowych nie było. Podobnie było z podatkiem od kupna samochodów. Budżety administracji lokalnych nic z tego nie miały, podobnie jak z opodatkowania pensji, bo wielu ludzi pracowało w Wilnie. Podatek od opłat też szedł więc w części do budżetów miejscowych i częšciowo do biudžetu panstwowego. Dotyczyło to więc odpowiednich nakładów na nasze rejony. Choć autonomia więcej odnosiła się do spraw języka, oświaty i kultury. Aspekt ekonomiczny był mniej ważny. Wzburzenie nastąpiło po ustawach językowych. To dotknęło ludzi. Trudno zresztą było planować ekonomię, skoro rozpadał się dotychczasowy system. Pamiętam w 1991 roku jak formował się budżet to były strajki nauczycieli i lekarzy o wyższą płacę, a z centrum podrzucali nam sprawę: „Wy tutaj pracujecie, wy sobie głowę łamcie skąd te pieniądze wziąć”.

K.K.: W jakim języku funkcjonowała administracja po proklamacjach autonomicznych?

J.P.: Z organami Republiki Litewskiej komunikowano się w języku litewskim. Jeżeli w języku litewskim otrzymywało się listy to oczywiście w takim języku pisało się odpowiedzi. W związku z tym, że większość nie rozumiała języku litewskiego to na posiedzenia rad, zebraniach z kierownikami i z specjalistami mówiło się w różnych językach. Na sali zebranych pytano się w jakim języku będziemy mówić i wedle ustalenia większości w takim języku prowadzono.

K.K.: 4 września 1991 roku Litwini zawiesili samorząd rejonu.

J.P.: Tak, zawiesili. Zwalniali urzędników administracji samorządu. Zwolnili Mariana Simonowicza, mnie, Sofię Griaznową, która odpowiadała za kulturę, Jana Olechnowicza od gospodarki rolnej i Józef Rybaka, który był sekretarzem urzędu. Na moje miejsce zatrudnili Algisa Žentialisa. Potem jakis czas byłam bez pracy. Pamiętam jak pod koniec 1991 roku okazało się, że jest odpowiadająca moim kompetencjom praca w jednej instytucji, już nie będę nadmieniać w której. Już byłam po rozmowie, od jutra miałam zacząć pracować – wszystkich poinformowała kierowniczka. Jednak któryś z pracowników doniósł o tym komisarzowi rządu w rejonie Arunasovi Eigirdasowi i nazajutrz etatu już nie było. Poszłam do A.Eigirdasa i mówię mu: „Wasze zadanie polega nie tylko na rządzeniu, ale żeby ludzie mogli pracować”. On mi odpowiedział: „Lepiej żeby Jadwiga do samorządu często nie zachodziła”.

K.K.: W czasie zarządu komisarycznego w rejonie wileńskim dochodziło, w ramach reprywatyzacji, do przejmowania ziemi należącej niegdyś do polskich rodzin przez przybyszów z różnych zakątków Litwy. W rejonie solecznickim również miała miejsce taka kolonizacja?

J.P.: Ustawę w tej sprawie przyjęli na poziomie Republiki. Pewnie właśnie po to aby zmienić sytuację własnościową w Wilnie i dookoła Wilna. W żadnym innym państwie tak nie było, żeby własność nieruchomości była ruchoma. U nas można było przenosić prawo do posiadania ziemi. Nawet jeśli ktoś miał prawo do działki 300 kilometrów od Wilna, to mógł uzyskać działkę pod miastem. Do tej pory ciągną się te sprawy bo dla rdzennych mieszkanców nie wystarcza już pod Wilnem ziemi. To zmieniło strukturę narodowościową. Tutaj aż takiego procesu nie było. Stąd było za daleko do Wilna.

K.K.: Czy uważa pani, że idea autonomii miała szanse powodzenia? Czy Polakom na Litwie żyłoby się lepiej w ramach jednostki autonomicznej?

J.P.: To jest próba odpowiedzi na pytanie „co by było gdyby?”. Trudno odpowiadać na takie pytania. To była część odrodzenia narodowego. Zwróciła uwagę na nas, na nasze potrzeby władz centralnych Republiki Litwskiej, zwróciła uwagę w Polsce.

Jadwiga Prowłocka

Projekt „Autonomiści. Historia dążeń do autonomii Wileńszczyzny” sfinansowany został ze środków Senatu RP oraz Stowarzyszenia Odra-Niemen.

Reklama



0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz