„Był to czas kiedy, przynajmniej kilka dni takich było, zastanawiałem się, czy wypuszczać dzieci do szkoły czy może lepiej niech posiedzą w domu. Napięcie było bardzo wielkie” – wspomina czasy przełomu na Litwie pierwszy prezes Związku Polaków na Litwie Jan Sienkiewicz. Choć nie był wśród liderów ówczesnego ruchu na rzecz autonomii Wileńszczyzny, omawia szeroki kontekst historyczny ich działalności.

Karol Kaźmierczak: Jak pan wspomina życie w Związku Radzieckim? Jak mógłby pan odnieść indywidualne doświadczenie do losu całej wspólnoty Polaków na radzieckiej Litwie?

Jan Sienkiewicz:W latach 40 i 50 XX wieku zaszły tu kardynalne zmiany związane z ekspatriacją, która później zyskała miano repatriacji. Wyjechało wielu ludzi z mojej rodziny: i ze strony ojca, i matki. Moi rodzice też mieli już dokumenty na wyjazd wyrobione przez urząd repatriacyjny, ale w ostatniej chwili coś przeważyło i zostali. Mogłem się urodzić w PRL, ale urodziłem się w ZSRR. Pewnie nie zrządzeniem losu, tylko zrządzeniem Stalina, a później kolejnych sowieckich władz po nim, Polacy na Litwie, w porównaniu chociażby do sąsiedniej Białorusi, mieli najwięcej praw i możliwości do pielęgnowania języka i częściowo kultury. Także w porównaniu do obwodu lwowskiego na Ukrainie. Nie istnieją dokumenty, na podstawie których można by dowieść w sposób naukowy, że była w tej sprawie jakaś uchwała Biura Politycznego partii komunistycznej czy władz ministerialnych w Moskwie, decyzja, żeby Polakom na Litwie dać jakieś możliwości, a gdzie indziej nie. Gdy pisałem książkę na 25-lecie „Kuriera Wileńskiego”, wcześniejszego „Czerwonego Sztandaru”, nie znalazłem w archiwum specjalnym Litwy żadnego dokumentu, w którym są przechowane materiały z posiedzeń litewskiego Komitetu Centralnego. Może są w Moskwie. Nie ma żadnego dokumentu, na którym można by się oprzeć odpowiadając na pytanie, dlaczego tak się stało. Dlaczego, na przykład, w sąsiednim rejonie werenowskim na Białorusi (tam jest procent Polaków taki sam, jak w solecznickim u nas) w całym okresie powojennym ani jednej polskiej szkoły nie było i nie ma, tu natomiast polskie szkoły były. Otwierano je masowo.

Od 1953 roku był polskojęzyczny dziennik – „Czerwony Sztandar”. Był polski zespół ludowy pieśni i tańca „Wilia” – takie nasze „Mazowsze”, kilka amatorskich zespołów teatralnych ponad 20 000 uczniów w polskojęzycznych szkołach. Było na to przyzwolenie z Moskwy. Podejrzewam, że rację mają ci, którzy twierdzą, że było to tworzenie przeciwwagi dla nacjonalizmu litewskiego, który do połowy lat 50 XX wieku manifestował się nawet zbrojnie: po lasach były obecne litewskie oddziały partyzanckie. Proweniencja tych oddziałów była zresztą trochę szemrana. Znam profesora, który policzył, ilu Litwinów w mundurach kolaborowało z Niemcami i ilu później było w lesie i te dwie liczby są niemal identyczne.

Te wszystkie polskojęzyczne instytucje funkcjonowały i spełniały dobrą rolę. Pamiętam, gdy byłem jeszcze dzieckiem, był polski teatr przy Pałacu Kultury Kolejarzy, to ten pałac pękał w szwach. To było polskie słowo! Moja babcia namiętnie czytywała „Czerwony Sztandar” – oczywiście, tak jak inni, nie czytała sprawozdań z plenów partyjnych. Jak wszyscy, zaczynała czytać od czwartej strony, nie od pierwszej. Bo nawet w tych zamierzchłych czasach bywały tam drukowane rzeczy, które robiły dobrą robotę. Odpracowawszy ćwierćwiecze w „Czerwonym Sztandarze”, a potem „Kurierze Wileńskim”, twierdzę, że jeśli rzucić na jedną szalę ideologizację, indoktrynację, a na drugą rzeczy pozytywne w gazecie dla tutejszych Polaków, to ta druga szala zdecydowanie przeważy.

Co do redakcji „Czerwonego Sztandaru”, to chciałbym podkreślić zasługi Jana Ciechanowicza. Pracując w redakcji napisał do pół tysiąca artykułów, które nie przeszłyby nawet w PRL. Na rocznicę czterechsetlecia Uniwersytetu Wileńskiego napisał o Filomatach, Filaretach, Promienistych, pojawił się w tych tekstach cały poczet profesorów. A władze nic nie mogły powiedzieć, bo w każdym artykule było o walce z caratem i idee humanistyczne. Raz, co prawda, artykuły Ciechanowicza były omawiane na posiedzeniu biura organizacji partyjnej. Ale to dopiero po tym, jak jego artykuły zostały wydrukowane w Polsce. Te same artykuły, co u nas, tylko nieco skrócone. Głównym zarzutem było, dlaczego Ciechanowicz nie napisał o współczesnym litewskim uniwersytecie. Żadnych poważnych konsekwencji jednak nie było. Ciechanowicz pisał potem o obu powstaniach – 1830 i 1863 roku. To były materiały, które się czytało z zapartym tchem. Potrafił napisać w „Czerwonym Sztandarze” pięć odcinków dzień po dniu. To było coś, co miało nieocenioną wartość. Walka z caratem… oczywiście każdy rozumiał, że to walka z Rosjanami. Ale rosyjski komunista nie mógł tego ugryźć, bo była podbudowa ideologiczna w postaci walki z samodzierżawiem. To miało kapitalne znaczenie i dzięki temu Janek stał się znany i potem bez problemu został wybrany do ostatniej Rady Najwyższej ZSRR.

Sowieci strzelili sobie w nogę pozwalając na takie rzeczy: teatry, Zespół Pieśni i Tańca „Wilia”. Zespół bywał nie gorszy od „Mazowsza”, choć ten amatorski, a tamten państwowy, etatowy. Bo to nie było na zasadzie: zeszli się i pośpiewali, to było środowisko. Znam przypadek, że Polak – ojciec przywiózł syna z Mińska, żeby ten tutaj znalazł sobie żonę. I syn znalazł. Ten ojciec był dawnym żołnierzem dywizji im. Kościuszki. W tym zespole powstawały małżeństwa, rodziny. Mieć dziewczynę z „Wilii” to prestiż. Tak samo jak dla dziewczyny mieć chłopca z zespołu.

Zatem czasy sowieckie różniły się tutaj od tego, co było na sąsiedniej Białorusi czy na Ukrainie. Także pod tym względem, że tutaj mniej barbarzyńsko potraktowano Kościół. Na Białorusi urządzali w świątyniach magazyny buraków, kartofli czy smarów. Tutaj, co prawda, katedrę zamknięto, ale urządzono w niej galerię obrazów. I przez cały okres sowiecki za tymi obrazami przeleżał skarb kurii wileńskiej – kilkaset złotych kielichów, monstrancji i innych sprzętów. W kościele Świętego Kazimierza urządzili nie magazyn kartofli, lecz muzeum ateizmu. Co oznaczało, że jednak zadbano o te obiekty. Mniej szykanowano na Litwie duchowieństwo. Księża pracowali po parafiach, bo w ogóle były parafie. Na Białorusi parafie likwidowano. Było tu dla Polaków o niebo lepiej, niż gdzie indziej.

Być może jednym z zamierzeń było, żeby indoktrynację prowadzić bardziej skutecznie, bo w języku ojczystym tutejszych mieszkańców. Czy to działało?… Przed samą pieriestrojką byłem świadkiem ciekawej sytuacji. We wsi mojego ojca zwolniła się posada młynarza i zbierają się gospodarze, by radzić, kogo by posłać do tego młyna – na wsi to jednak eksponowana funkcja. Jest jednak warunek: ten ktoś musi wstąpić do partii komunistycznej. I zaproponowano pana Dziatłowskiego. Mówią mu, że musi wstąpić do partii, ten zaś pyta się gospodarzy: nic nie powiecie na to? Wstąpił i został młynarzem. A co niedzielę razem ze wszystkimi chodził do kościoła. Nie miał żadnych problemów ani ze strony władz, ani ze strony sąsiadów, innych gospodarzy. Tak to działało.

Rodzina i czysto polskie środowisko, Kościół i polska szkoła, „Czerwony Sztandar” i polskie życie kulturalne, zespoły i teatry – to były fundamenty. W szkołach podręczniki były zideologizowane, ale nauczanie było po polsku i wiele zależało od interpretacji nauczyciela. Mnie wiele o życiu politycznym uczyła nauczycielka matematyki.

K.K.: Aleksander Srebrakowski w swojej książce „Polacy w Litewskiej SRR 1944-1989” podaje dane statystyczne na temat narodowości członków Komunistycznej Partii Litwy. Wynika z nich, że Polacy byli zdecydowanie najmniej upartyjnioną grupą narodową w republice. Wśród Polaków było mniej członków partii niż wśród Rosjan i wśród Litwinów. Czy wynikało to z tego, że partia nie chciała w swoich szeregach Polaków, czy raczej sami Polacy zachowywali dystans do partii?

J.S.:Chyba z obu stron była obecna niechęć. Przynależność do partii była pożądana przez niektórych osobników, by zrobić karierę, zająć wyższe stanowisko. Jednak to zależało od sfery, w jakiej taki osobnik pracował. Inteligent miał małe szanse, bo była „procentówka” i w partii musiał być odpowiedni procent robotników, chłopów i przedstawicieli inteligencji pracującej. Jeśli brano Polaków do partii, to głównie chłopów. Jak wspomnę sytuację z kołchozu ze wsi ojca, to w partii było dwóch mechanizatorów. Jednak było też tak, że jak ktoś sobie żyły wypruwał, chociażby i dojarka, to żeby dać jej jakiś order, najpierw ją trzeba było zapisać do partii. Czasem więc brali do partii ludzi sumiennie pracujących, czasem potem trafiali oni do lokalnych rad, ale to nic im nie dawało. Sądzę jednak, że Polakom nie bardzo ufano, a i wśród Polaków pędu do partii nie było. Ja wierzę Litwinom, gdy twierdzą, że wchodzili do partii, żeby decydować o czymś, co się dzieje na Litwie, aby nie decydowali o tym Rosjanie. Taki pewnego rodzaju wallenrodyzm. Wierzę, że tak mogło być. Polacy znaczyli zbyt mało ekonomicznie i społecznie, by do czegoś w partii dążyć. Oczywiście, jeśli ktoś już się dochrapał jakiegoś stanowiska, to musiał do partii iść, by zachować jakąś perspektywę jego utrzymania.

K.K.: Wraz z ogłoszeniem pieriestrojki Gorbaczowa w drugiej połowie lat 80 do swoistego fermentu dochodzi zarówno wśród Litwinów, jak i Polaków. Kto był jego zaczynem wśród tych drugich? Jak doszło do powstania grupy liderów odrodzenia narodowego Polaków na Wileńszczyźnie, skoro wspólnota ta została w znacznej mierze pozbawiona swojej elity?

J.S.:Będę samochwałą, ale fałszywa skromność nie zdobi mężczyzny. Tym zaczynem była jednak redakcja „Czerwonego Sztandaru”. Spośród jedenastu założycieli Stowarzyszenia Społeczno-Kulturalnego Polaków na Litwie aż ośmiu było z redakcji. My już wcześniej organizowaliśmy spotkania otwarte i to dość masowe, korzystając z sali w Domu Prasy, gdzie było 500-600 miejsc. Ta sala bywała pełna.

K.K.: Jaki był temat tych spotkań? Pod jakimi hasłami Polacy zbierali się i dyskutowali?

J.S.: Hasłem była pieriestrojka, ale mówiło się właściwie o wszystkim, co ludzi bolało. Mówiło się o polskim szkolnictwie, polskich zespołach artystycznych. To się nazywało spotkania z czytelnikami. Nie było gdzie usiąść, gdzie wejść. Potem były relacje w „Czerwonym Sztandarze”. Oddziaływanie gazety znajdowało natychmiastowy odzew. Wspominając te pierwsze lata, rok 1988, muszę powiedzieć, że w powietrzu wisiała po prostu jakaś radość, jakiś entuzjazm. Prawie nikt nie myślał o osobistych korzyściach. To był piękny okres. Wspominam go z wielkim sentymentem. Nasze Stowarzyszenie powstało na kilka miesięcy przed Sajudisem.

K.K.: Jakie były reakcje Litwinów, biorąc pod uwagę, że przecież wyprzedziliście ich pod względem przebudzenia narodowego?

J.S.: W tym miejscu trzeba oddać sprawiedliwość Moskwie. Wszystko to się działo już po plenum KC KPZR w sprawach narodowościowych. Kiedy Moskwa mocno już poluzowała politykę w dziedzinie narodowościowej. Stało się możliwe zakładanie organizacji mniejszościowych. Byliśmy pierwsi w Związku Radzieckim. Po nas Tadeusz Gawin na Białorusi. Jedynie Żydzi na Litwie byli kilka miesięcy przed nami. Instrukcje z Moskwy nakazywały, aby te organizacje mniejszościowe funkcjonowały przy jakiejś instytucji. Na Litwie powstał Fundusz Kultury. Jego szefem został profesor Česlovas Kudaba z pogranicza litewsko-białoruskiego. Człowiek uważający się za Litwina, ale z pochodzenia po trosze Polak, po trosze Białorusin. Bardzo porządny człowiek, który w sowieckich czasach pod hasłem krajoznawstwa urządzał patriotyczne wycieczki dla Litwinów. Z nim nie mieliśmy żadnych problemów. Zabawna sytuacja jest taka, że Fundusz Kultury zarejestrował nas w tym samym dniu, na tym samym posiedzeniu, na którym zarejestrowano antypolską organizację „Vilnija”.

K.K.: Zaraz potem, w czerwcu 1988 roku, ogłasza się grupa inicjatywna Sajudisu. W październiku zaś odbywa się jego pierwszy zjazd. Wielu moich rozmówców spośród tutejszych Polaków twierdzi, że ten pierwszy zjazd zasiał w nich strach. Twierdzą, że byli wstrząśnięci hasłami, jakie tam padły. Jak pan, jako ówczesny lider głównej polskiej organizacji społecznej, odebrał pierwszy zjazd czołowej litewskiej organizacji narodowej? Jakie hasła przestraszyły Polaków?

J.S.:Sam zjazd o tyle o ile. To publikacje Sajudisu były straszne. Gazety i broszurki. Był to czas kiedy, przynajmniej kilka dni takich było, zastanawiałem się, czy wypuszczać dzieci do szkoły czy może lepiej niech posiedzą w domu. Napięcie było bardzo wielkie. Właśnie obroniła swoją pracę doktorską na uczelni w Łodzi pani Barbara Jundo-Kaliszewska z Ejszyszek. Ona twierdzi, że był to okres, kiedy mogło dojść do wojny domowej. Może przesadza, ale jeśli przesadza, to niewiele. Mnie też kilka razy dyskretnie chłopcy pytali: „To co, już pora wyciągać karabiny spod strzechy?”.

K.K.: Napięcia między Litwinami i Polakami były tak wielkie? Przejawiały się nawet w życiu codziennym, w relacjach zwykłych ludzi?

J.S.: Także w życiu codziennym. Najbardziej było to widoczne na łamach prasy. Właściwie wszystkich mediów litewskich. Zarówno partyjnych, jak i Sajudisu. Jedne od drugich niewiele się wtedy różniły. To tak ewoluowało, tak się przepoczwarzyło z partii komunistycznej w Sajudis. Chociażby niejaki pan Ozolas, który nawet narodowość zmienił z łotewskiej na litewską. Najbardziej zagorzały nacjonalista, a za czasów sowieckich pracował w wydawnictwie encyklopedii litewskiej. Deklarował się jako człowiek sowiecki, najbardziej ideowy komunista. Był w grupie inicjatywnej Sajudisu, a potem został wicepremierem. Konfrontacji między władzami republikańskimi a Sajudisem właściwie nie było prawie żadnej. Tu obok jest park Zakret. W tym okresie odbyło się tam kilka masowych wieców litewskich. Chodziłem na nie. Był to widok ludzi zaciętych i zdeterminowanych. Zaciśnięte usta, żadnego spojrzenia w bok. Czułem się tam nieswojo. Piękne, szlachetne rzeczy z takich postaw się nie rodzą. Może jednak to właśnie ta determinacja pozwoliła przetrwać małemu narodowi wszelkie trudne czasy. Być może inaczej litewski naród nie potrafi się utrzymać przy własnej tożsamości i utrzymuje się do dziś – dzięki antypoloznizmowi.

K.K.: Polscy działacze nawiązali kontakty z Sajudisem? Próbowali wejść w jego szeregi?

J.S.: Tak, wysłaliśmy dwóch obserwatorów do ich rady, nadrzędnej struktury. Jeden został w Sajudisie – profesor Zygmunt Mackiewicz. Był nawet potem z ich ramienia posłem w parlamencie. Zatem były próby. Płokszto zaprowadził mnie do Landsbergisa, kiedy ten mieszkał jeszcze przy bazarze kalwaryjskim, już się pakował, bo dostał nowe mieszkanie. Byłem tam prywatnie. Rozmawiałem z nim i była to ciężka rozmowa i rozmówca niewdzięczny.

K.K.: Czy zatem można postawić tezę, że Sajudis był ruchem ekskluzywnym narodowościowo, zamkniętym dla przedstawicieli innych grup etnicznych?

J.S.: W grupie inicjatywnej Sajudisu liczącej 35 członków był tylko tenże Ozolas jeszcze jako Łotysz, który się później przerobił na Litwina, i jeden Żyd. Nie było żadnego Białorusina, Rosjanina ani Polaka. Również w programie, a tym bardziej w praktycznej działalności miejsca dla innych narodowości nie było. Czasem pobrzmiały hasełka, że „jesteśmy otwarci na wszystkich”, ale nawet sami głoszący nie byli do tych swoich haseł przekonani. To było na pokaz, dla zachodnich mediów. To był niewątpliwie czysto litewski, etniczny ruch, który miał swoje cele czysto narodowe i który doprowadził do zbudowania państwa czysto narodowego. Co odzwierciedla konstytucja, zwłaszcza jej preambuła: „My naród litewski, który zachował swój język, kulturę, obyczaje…”. A o mniejszościach w dalszym, trzydziestym czy pięćdziesiątym paragrafie. To zresztą ciekawostka, bo nie jesteśmy częścią narodu litewskiego, ponieważ język mamy inny, ale nie jesteśmy też częścią narodu polskiego w myśl konstytucji obowiązującej obecnie w Polsce, ponieważ jej preambuła mówi tylko obywatelach Rzeczpospolitej jako narodzie polskim. Piłkarz z Afryki otrzymawszy paszport jest członkiem narodu polskiego, 300 tysięcy Polaków z Litwy nie jest.

K.K.: Kiedy po raz pierwszy zetknął się pan z hasłem autonomii dla Wileńszczyzny?

J.S.: Po wspomnianym już plenum KC KPZR, które umożliwiło tworzenie formacji administracyjno-terytorialnych narodom i narodowościom, które dotychczas takich formacji nie posiadały. Do dziś nie łapię różnicy między rosyjskimi terminami narodi narodnost’– naród i narodowość.

K.K.: A nie było tak, że detonatorem ruchu Polaków na rzecz autonomii okazały się dekrety językowe z 1988 r. gwarantujące monopol języka litewskiego, przyjęte pod naciskiem Sajudisu?

J.S.: Oczywiście! Wyłącznie to było bezpośrednim powodem. Uchwała o sztandarze, hymnie i języku. Sztandar i hymn to pal diabli, ale w sprawie języka przedstawialiśmy cały szereg projektów, nawet ustaw, jak to powinno brzmieć. I nic. Niech więc pan sobie znajdzie datę tej uchwały Rady Najwyższej i wtedy znajdzie pan odpowiedź na pytanie, kiedy usłyszałem hasło autonomii. To była natychmiastowa reakcja. Nie wiem, czy tu była ręka Moskwy albo ile było w tym obaw naszej drobniusieńkiej polskiej nomenklatury, bo mieliśmy raptem jednego kierownika wydziału Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Litwy – Mieczysława Sadowskiego w wydziale do spraw kontaktów międzynarodowych. Ryszard Maciejkianiec był instruktorem wydziału kontroli partyjnej. Mieli głośne funkcje, ale znaczyli niewiele. Zbigniew Balcewicz był w administracji państwowej zastępcą szefa komitetu wykonawczego miasta Wilna. A poza tym Polacy byli co najwyżej przewodniczącymi kołchozów, sowchozów, agronomami czy kierownikami ośrodków mechanizacji rolnej. Zatem co to była za nomenklatura. Dlatego ja bym marginalizował znaczenie wpływów Moskwy czy obaw Polaków wśród nomenklatury. To był ogólny nastrój ludności, Polaków.

K.K.: Autonomia najpierw była uchwalana na poziomie apilinek – gmin…

J.S.: To szło jak burza. Bo cała atmosfera powstania i pierwszego okresu działania Sajudisu to był dla Polaków szok i strach. Wszyscy zastanawiali się, co będzie dalej. Stąd gdy pojawił się jakiś wariant obrony, to autonomia została przez wszystkich zaakceptowana jako coś, co może nam pomóc. Nie było w tym realizmu politycznego, bo które państwo pozwoli, by jego stolica była otoczona tworem innym niż państwo, a tak wychodziło z tych projektów. Ale też było tak, że część stawiała sprawę w ten sposób, że to może być argument przetargowy, że my odstąpimy od autonomii, ale coś za to uzyskamy. Tymczasem Jelcyn obalił władzę radziecką, a Litwini nam za to rozwiązali samorządy.

K.K.: Potem zaczęły się zjazdy deputowanych apilinek i rad całych rejonów. Uczestniczył Pan w tych zjazdach?

J.S.:Ja nie byłem pomysłodawcą czy ideologiem tego ruchu. Warto zaznaczyć tę kwestię, że w totalitarnym państwie były rady gminne, a w demokratycznej Litwie rad gminnych dziś nie ma. I na zjazdach byli właśnie z tytułu rajcostwa radni rejonowi i radni gminni. Dlatego były pełne sale. Na zjeździe w Mościszkach w maju 1991 roku był Landsbergis, do którego podszedłem porozmawiać przed rozpoczęciem. Tylko się naraziłem uczestnikom zjazdu, że Sienkiewicz gadał z Landsbergisem, ale jeśli chcesz coś uzyskać, trzeba gadać z tym, kto decyduje. Ale najbardziej zapadło mi w pamięci, że na zjeździe w Ejszyszkach w październiku 1990 r. było kilku radzieckich pułkowników. Nawet nie pamiętam skąd, z Moskwy czy z garnizonu wileńskiego. Obaj przemawiali. Jeden z jedną, a drugi z drugą propozycją. Pierwszy proponował połączyć ruch autonomiczny Polaków z proradzieckimi organizacjami – Interfrontami Estonii i Łotwy i z Jedinstwem Litwy. „Podziękowano” mu. Drugi proponował ni mniej ni więcej, tylko pomoc w uzbrojeniu i wyszkoleniu drużyn ochrony. I temu „podziękowano”. Uważam to za wielką mądrość tych ludzi – autonomistów, sporo z nich straciło przecież swoje stanowisko, a jednak w objęcia Rosjan nie poszli.

K.K.: Kogo by pan określił jako liderów ruchu na rzecz autonomii Wileńszczyzny?

J.S.:Stanisław Pieszko. Jednoznacznie.

K.K.: Ówczesny przewodniczący rady rejonu wileńskiego Anicet Brodawski także?

J.S.:Brodawski raczej lawirował. On szukał wygodnej pozycji. Bo właściwie nawet jego życiorys, że tak powiem zawodowy, jest ciekawy. Jego ojciec był „leśnym bratem”, partyzantem litewskim. Ale on zrobił karierę, był dyrektorem sowchozu-technikum, jedynej polskiej szkoły rolniczej na Litwie i w ogóle w ZSRR. Funkcjonował normalnie z sowieckimi władzami, współistniał. Że on o swoją pozycję dbał, to chyba nie zarzut. Ale ja bym wskazał Pieszkę, który posiada zadziwiającą umiejętność otwierania nogami drzwi wszędzie. Jak w Moskwie, tak i w Warszawie.

K.K.: Na zjazdach autonomistów pojawiali się także polscy deputowani litewskiej Rady Najwyższej Akanowicz, Jankielewicz, Tomaszewicz, Subocz.

Tak. To były zjazdy deputowanych wszystkich szczebli, więc oni też wchodzili.

K.K.: Na pierwszym zjeździe w Mickunach w maju 1989 r. autonomiści wybrali specjalną Radę Koordynacyjną, która miała sterować pracami na rzecz powołania autonomii.

J.S.:Funkcjonowała raczej od zjazdu do zjazdu. Wydawali oświadczenia do prasy. To nie było coś, co istniało i przyjmowało interesantów. Nie. Oświadczenia i zjazd.

K.K.: Na swoim pierwszym zjeździe w maju 1988 r. Stowarzyszenie Społeczno-Kulturalne Polaków na Litwie poparło koncepcję autonomii terytorialnej. Pierwszyzjazd już jako ZPL w kwietniu roku następnego popiera koncepcję jednej jednostki samorządu terytorialnego dla Polaków w składzie Republiki Litewskiej. Czy organizacje, którym pan przewodził, rozumiały ten program tak samo jak zjazdy autonomistów?Jakie tu były relacje między wami? Utrzymywaliście dialog?

J.S.:Normalne. Przynoszą swoje dokumenty i pytają: „Czy poprzecie?”. Odpowiadamy: „Poprzemy” – i koniec. Nie wiem, jak działała ta Rada Koordynacyjna, jak często się zbierali. To była grupa hermetyczna.

K.K.:Kto był pośrednikiem między ZPL a Radą Koordynacyjną?

Stanisław Pieszko. On tym wszystkim się zajmował. Pamiętam, że mówiłem chyba nawet z trybuny, że nawet jak się nie uda, to niech to będzie karta przetargowa. I na tej zasadzie Związek to poparł.

K.K.: Ostatni zjazd autonomistów odbył się 22 maja 1991 roku w Mościszkach. Pojawił się nawet Landsbergis…

J.S.:Obawiam się, a jednocześnie mam nadzieję, że wszystkie dotychczasowe dokumenty, które trzymałem w ręku i uchwalane ostatecznie przez zjazd deputowanych wszystkich szczebli, miały u góry nadruk – „Projekt Uchwały Rady Najwyższej”.

K.K.: Czyli ostatecznie były to projekty wysuwane do Rady Najwyższej?

J.S.:To jest casusdość skomplikowany. Niby przedstawiciele ludności, mieszkańców podejmują jakąś decyzję twardo, ale ta decyzja jest przesyłana jako propozycja do parlamentu litewskiego.

K.K.: Autonomiści realizowali jednak w praktyce część swoich postanowień? Samorządy na terenie proklamowanego Polskiego Kraju Narodowo-Terytorialnego urzędowały w wielu językach, nie tylko litewskim.

J.S.:Nawet flagi biało-czerwone wywieszali. To jest ciekawy casus.

K.K.:Trzeci zjazd Związku Polaków w grudniu 1991 r. jeszcze raz podniósł sprawę odrębnej jednostki administracyjnej dla Polaków Wileńszczyzny?

J.S.:Osobnej uchwały nie było. Raczej w programie albo w uchwale zasadniczej.

K.K.: Wydaję się, że po upadku autonomii stała się ona na Litwie tematem tabu…

J.S.:Wstydzą się ludzie i nie rozumiem czemu.

K.K.: Może po prostu się boją, bo były potem dochodzenia prokuratury wobec członków Rady Koordynacyjnej, a członkowie solecznickiej rady rejonowej stanęli przez sądem…

J.S.: Nie wiem czemu Akcja Wyborcza Polaków na Litwie zrezygnowała z tego tematu.

K.K.: Jedynie Stanisław Pieszko na zeszłorocznym zjeździe ZPL przypominał o ruchu autonomicznym…

J.S.:No i już nie jest we władzach Związku. Ja bym tego tak radykalnie nie odrzucał, nie oceniał. Powtarzam tak jak było – podejrzewam, że w zamierzeniu samych organizatorów i inspiratorów to była karta przetargowa: my odstąpimy od tego, ale za coś. No bo według mnie ten program nie był realny. Jeden element warto jeszcze podkreślić: rzekomą rękę Moskwy. Gdyby Moskwa rzeczywiście miała czas, miała siły i ochotę, to mogłaby to rozegrać strasznie, paskudnie dla Litwy, a i dla nas.

K.K.: Czy zatem nie jest toostateczny argument na rzecz tezy, że to była jednak inicjatywa własna tutejszych Polaków. Bo też jeśli, po pierwsze, Moskwa chciała się w to zaangażować, po drugie, gdyby autonomiści chcieli wyjść naprzeciw Moskwie, to praktycznie mielibyśmy kolejne Naddniestrze.

J.S.:Tu już pani doktor Jundo-Kaliszewska ma świętą rację. Bo co by było w sytuacji, gdyby Moskwa potępiła oficjalnie pakt Ribbentrop-Mołotow? Polska bierze Wileńszczyznę? Nie. No to Wileńszczyzna sama stanowiłaby o sobie. Nawet międzynarodowe dokumenty były ku temu jak najbardziej przydatne. Nie wiem, czy Moskwa była zajęta czym innym, czy nie wchodziło to w jej plany. W każdym razie, absolutnie się zgadzam, że to jest fundamentalny dowód na to, że tutaj ręka moskiewska nie mieszała albo mieszała minimalnie.

Jan Sienkiewicz– ur. w 1955 we wsi Wirbiniszki pod Wilnem. Absolwent filologii angielskiej i romanistyki uniwersytetu w Mińsku. Tłumacz, dziennikarz, publicysta, działacz społeczny i polityk. W latach 1979-1989 pracował w redakcji jedynego polskojęzycznego dziennika w ZSRR, wydawanego w Wilnie „Czerwonego Sztandaru”. W 1988 roku współzałożyciel Stowarzyszenia Społeczno-Kulturalnego Polaków na Litwie. W 1989 roky współzałożyciel i prezes w ciągu dwóch kolejnych kadencji Związku Polaków na Litwie. Jeden z fundatorów Akcji Wyborczej Polaków na Litwie w 1994 roku i je dwukrotny prezes. W latach 1994-1996 radny miasta Wilna. W latach 1996-2000 poseł parlamentu Republiki Litewskiej. Autor ponad 900 artykułów dla prasy na Litwie, w Polsce i innych krajach.

Wywiad przeprowadzony w ramach projektu badawczego „Autonomiści. Historia dążeń do autonomii Wileńszczyzny” sfinansowanego ze środków Senatu RP oraz Stowarzyszenia Odra-Niemen.

Reklama



2 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz