?Statki są duże, drogie i wolne, przez co często się zauważa i odnotowuje, co się z nimi dzieje. Krótko mówiąc, zostawiają ślady?.
Praca Martina J. Bollingera zatytułowana „Flota Gułagu. Stalinowskie statki śmierci: transporty na Kołymę” to książka niezwykła. I to bynajmniej nie dlatego, że stanowi ona najpełniejszy opis floty „GUŁ-agu” transportującej więźniów do łagrów Kołymy. Po prawie 60 latach od śmierci Stalina odkrywa ona przerażającą prawdę, że Stany Zjednoczone i państwa zachodnie potępiające sowieckiego dyktatora, przykładały rękę do jego zbrodni. Większość statków kołymskich, służących do przewozu niewolników sprzedały Związkowi Radzieckiemu Stany Zjednoczone. Negocjacje w sprawie ich sprzedaży prowadziły często z naczelnikiem sieci obozów kołymskich. Następnie Stany Zjednoczone i Kanada pomagały administracji GUŁ-agu w utrzymaniu i użytkowaniu floty. Była ona remontowana i modernizowana w ich stoczniach. By wzmocnić jej możliwości, a więc zwiększyć przerób GUŁ-agu Stany Zjednoczone bezpłatnie przekazały jej szereg dodatkowych statków. Prawdę tę starannie Waszyngton ukrywał. Nie zdołały jednak zataić całkowicie, bo jak pisze w przedmowie do swojej pracy Martin J. Bollinger : „statki są duże, drogie i wolne, przez co często się zauważa i odnotowuje, co się z nimi dzieje. Krótko mówiąc, zostawiają ślady”.
Czytając „Flotę Gułagu” dowiadujemy się, czym była osławiona „Kołyma” i dlaczego Stalin właśnie tam kazał zbudować system obozów, w którym niewolnicy zwożeni z całego imperium wydzierali z wiecznej zmarzliny złoto, którym dyktator płacił Amerykanom za różnorakie dostawy i technologie. Autor pracy opisuje utworzenie floty GUŁ-agu, przewożącej więźniów z portu we Władywostoku do Magadanu. „Kołymę” w ówczesnych latach nie łączyła bowiem z Syberią i Dalekim Wschodem żadna droga lądowa i komunikacja z nią odbywała się wyłącznie drogą powietrzną i morską. Ta ostatnia ze względu na zdolności transportowe odgrywała rolę kluczową. To nią przetransportowano na Kołymę m.in. milion pracujących tam więźniów.
Martin J. Bollinger w kolejnych rozdziałach prezentuje różne etapy funkcjonowania całego kołymskiego systemu, koncentrując się rzecz jasna na flocie. Kończy te rozważania na 1957 r., kiedy to cały system został zlikwidowany. Główne jądro swej książki poświęca natomiast warunkom, w jakich transportowano na „Kołymę” więźniów. Unaocznia, że koszmar, jaki wtedy przeżywali był większy niż ten, który czekał ich w kołymskich kopalniach. Ci, którzy je przeżyli mogą mówić, że widzieli piekło za życia. Opisy zamieszczone w omawianej pracy nadają się tylko na lekturę dla ludzi o silnych nerwach.
Jednocześnie jej autor weryfikuje szereg hipotez i sądów o „Kołymie” sformułowanych przez zachodnich badaczy jednocześnie stwierdzając, ze są nieprawdziwe. Podważa m.in. tezy Roberta Conquesta, uchodzącego dotąd za najlepszego znawcę „Kołymy”. Autor ten bazując na danych z CIA z 1985 r. oszacował, że na „Kołymie” zginęło ponad 3 mln więźniów! Bollinger udowadnia, że na „Kołymę” trafił niecały milion więźniów (od 875 do 925 tys.) Około 130 tys. z nich zmarło z wycieńczenia, a 11 tys. rozstrzelano. Weryfikacja ta nie umniejsza oczywiście cierpień kołymskich więźniów. Ich tragedii nie da się objąć żadną statystyką.
Generalnie rzecz biorąc stwierdzić trzeba, że praca Martina J. Bollingera powinna znaleźć się w zbiorach każdego sowietologa. Jest to praca uczciwa i rzetelna. Pozwala ona poznać „Kołymę” taką, jaką była, choć rzecz jasna nie wyczerpuje problemu. Obszar badawczy tematu jest tak duży, jak wielkie było cierpienie pracujących w niej więźniów.
Marek A. Koprowski
Martin J. Bollinger, Flota Gułagu. Stalinowskie statki śmierci: transporty na Kołymę, Wydawnictwo Replika, Zakrzewo 2010, Wydawnictwo Axis, Poznań 2010 s. 348, c. 34,90 zł
