Kraj stara się zwiększyć strumień napływających turystów – to dla niego szansa zarówno na walutę jak i na stworzenie dobrego wizerunku. Jeden ze sposobów przekształcenia socjalistycznego państwa w turystyczną mekkę to legalizacja prostytucji. Mówi się o tym coraz częściej.

Niedawno na państwowym kanale STV (trzeci pod względem popularności kanał telewizyjny w kraju) lekarz – ginekolog Tatiana Simonienko powiedziała to, czego nikt wcześniej nie odważył się wypowiedzieć na głos: na Białorusi trzeba zalegalizować prostytucję. Argumenty lekarki są dość typowe: legalizacja, jak twierdzi Simonienko, podniesie bezpieczeństwo zarówno klientów jak i pracowników seks-przemysłu.

„Jestem za legalizacją prostytucji – jest to przede wszystkim ochrona osób, które sprzedają swoje ciało – niestety osoby te nie znalazły niczego innego, co mogłyby sprzedać” – konstatuje Tatiana Simonienko i dodaje, że zdanie na ten temat wyrobiła sobie podczas długoletniej pracy z dziewczynami, pracującymi w agencjach i przychodzącymi do niej po pomoc lekarską. Simonienko podkreśliła jednak, że jest za tym, aby ta sfera biznesu znajdowała się pod ścisłą kontrolą państwa.

W Rosji i w innych państwach europejskich takie oświadczenie raczej nie stałoby się sensacją. Na Białorusi jest jednak inaczej. Tutaj ani urzędnicy, ani eksperci nie mówią niczego bez powodu.

W kraju coraz częściej słychać z wysokiej trybuny wezwania do zalegalizowania prostytucji. Po raz pierwszy władze głośno powiedziały o istnieniu prostytucji w Mińsku i innych większych miastach jeszcze zimą: wtedy prostytutki, które nie chciały zapłacić mandatu za swoją niezgodną z prawem działalność, były siłą zmuszane do odrabiania kary jako sprzątaczki. Słabo płatna, „użyteczna społecznie”, praca resocjalizacyjna. Miłość za pieniądze nagle przestała być tematem tabu w oficjalnym rządowym dyskursie.

Obecnie prawo białoruskie odnosi się do prostytutek bardzo lojalnie: za wykonywanie tej pracy można co prawda trafić na sześć miesięcy za kratki, zazwyczaj jednak kończy się zwyczajnym mandatem. Kara pieniężna równa jest sumie ok. tysiąca dolarów. To niewiele, biorąc pod uwagę fakt, że białoruskie kapłanki „miłości” lepszej kategorii biorą za noc 500-600 dolarów, a za godzinę 150-200 dolarów.

Trzeba jeszcze zaznaczyć, że dzisiejsze młode prostytutki nie mają ani „policyjnej ochrony”, ani sutenerów, zgarniających połowę zarobków – nie pracują też w czynie społecznym.

Tymczasem deputowana Izby Reprezentantów Zgromadzenia Narodowego Republiki Białoruś Jelena Dikowickaja jest zdecydowanie przeciwko legalizacji prostytucji. Według niej Białorusini różnią się od mieszkańców krajów Niderlandzkich, czy Węgier. „Czy państwo jest na to gotowe? Czy my – ludność jesteśmy na to gotowi? Nie musimy podążać za Niderlandami, nie musimy podążać za Węgrami, które w 2004 roku zalegalizowały prostytucję, nie musimy podążać śladem Niemców. Jesteśmy zupełnie innym narodem”, – przekonuje deputowana.

Legalizacja prostytucji jest dla purytańskiej Białorusi może i poważnym, ale na pewno nie szokującym krokiem. Prosty przykład: białoruskie kasyna, których pełno jest w centralnym rejonie Mińska. Lokale te nastawione są przede wszystkim na przyjezdnych Ukraińców i Rosjan, którzy w swoich krajach mogę skorzystać jedynie z podziemnego kasyna – do takich jednak porządni ludzie raczej nie zaglądają. Takim sposobem Białoruś ma szansę zostać czymś w rodzaju wschodnioeuropejskiej Holandii czy Las Vegas. I tak pomału się dzieje, nawet bez oficjalnych sankcji ze strony władz.

Oto portret przeciętnej statystycznej białoruskiej prostytutki: dziewczyna, która przyjechała z prowincji do stolicy na studia na uniwersytecie. Jest zadbana, schludna, a klientów najczęściej znajduje w Internecie. Preferuje obcokrajowców. Prawie zawsze gotowa jest przyjechać do klienta, ponieważ nie dysponuje ani własnym, ani wynajmowanym mieszkaniem – najczęściej mieszka w studenckim akademiku. Rzadko ma więcej niż 23-24 lata. Najwięcej problemu przysparzają jednak niepełnoletnie dziewczyny czekające przy drodze na klientów.

Eksperci wyceniają roczny obrót białoruskiego rynku seks-usług na około 160-200 milionów dolarów. Nie jest to mało, biorąc pod uwagę, że rynek ten działa wyłącznie w dwumilionowym Mińsku. Prostytucja w innych częściach kraju ma nieregularny, epizodyczny charakter.

Prawdą jest, że nie wszyscy politycy są przekonani, że legalizacja seks-biznesu na Białorusi pomoże go „oczyścić”. Zastępca naczelnika wydziału do spraw narkotyków i przeciwdziałania handlu ludźmi MSW Siergiej Kołtun oświadczył, że legalizacja nie zmniejszy liczby prostytutek. Według niego w Austrii, w której prostytucja jest zalegalizowana, podziemnych domów publicznych jest trzy-cztery razy mniej niż legalnych. W Niemczech 60-80% mniej.

„Mówi się o higienie, ale 90% kobiet jak stało na Kamiennej Górce (jedna ze stacji metra w Mińsku) tak będzie stać – one nie przyjdą do waszych legalnych agencji” – stwierdza milioner.

Maksim Szewjc

Agencja Informacyjna “Rosbałt”


Tłumaczenie: Maja Maćkowiak

forma płatności