W harcerskim mundurze

Mieliśmy też wizytację z Komendy Głównej Harcerek , wśród których była m.in. Zofia Zawadzka, rodzona siostra słynnego „Zośki” z Szarych Szeregów. Harcerstwo wówczas już było „czerwone”, a ona sama była mocno socjalizująca. Niewątpliwie jednak należała do osób bardzo uczciwych i mądrych, ale już o innej orientacji.

– Trzech drabów pod pepeszami prowadziło mnie przez cały Otwock – wspomina Joanna Zamościńska. – Najpierw wyszliśmy z niewielkiej alejki, z której w żaden sposób nie można było uciec. Z jednej strony miałam jedną lufę pepeszy, a z drugiej drugą. Gdy tylko zwolniłam, natychmiast na plecach czułam trzecią lufę pepeszy. Potem wyszliśmy na jedną z głównych ulic. Chyba to była ulica Żeromskiego. Patrol, który mnie prowadził, zacieśnił się jeszcze bardziej. Wzięli mnie pod ręce, a lufy pepeszy widziałam przed nosem. Dopiero, jak mnie zaprowadzili na posterunek zorientowałam się, gdzie trafiłam. Funkcjonariusz, który siedział po drugiej stronie biurka miał czerwony otok na czapce i od razu zapytał się mnie – atkuda wy zdieś papali? Nie miałam wątpliwości, byłam w rękach NKWD. Odpowiedziałam mu po polsku, że pochodzę z Wołynia, z którego wszyscy uciekali przed nożami Ukraińców. Do Otwocka zaś przyjechałam, bo miałam informację, że moi rodzice, którzy też szukali schronienia tu się gdzieś znaleźli.

Pamięć enkawudzisty

– Funkcjonariusz ten, chyba to był lejtnant, spokojnie mnie słuchał. Później znienacka zapytał, co chciałabym robić po wojnie. Odpowiedziałam, że chciałabym się kształcić itp. Ten w pewnym momencie mi przerwał. Przypatrzył się mi i oświadczył, że moją twarz dobrze zapamiętał i z czymś mu się ona kojarzy. Zdębiałam, a on wezwał wartownika i kazał mnie zaprowadzić do aresztu. Ten mieścił się chyba w jakiejś komórce na węgiel. Siedziało w niej już pięciu chłopaków. Byli to bardzo fajni chłopcy, też członkowie miejscowego podziemia, od których dowiedziałam się, że Sowieci aresztują wszystkich AK-owców. Załatwili mi jakieś posłanie na skrzyni do noszenia węgla, a rano wszystkich załadowali na ciężarówkę i zawieźli do obozu w Dębach Wielkich. Jakaś część tej miejscowości była wyłączona i w jej zabudowaniach otoczonych drutem kolczastym siedzieli zatrzymani. Mnie z tymi chłopakami wsadzono do jakiejś stodoły. W tym obozie zobaczyłam, że siedzi w nim ksiądz Władysław Spaczyński, który w parafii w Kowlu był wikarym. Wiedziałam, że go na pewno wywiozą. Ze swojego chlebaczka, którego mi nie zabrali, wysupłałam złotą pięciorublówkę, którą mi dała mama, gdy szłam do partyzantki. Zaszyłam ją w skarpecie i następnie pod pozorem mycia nóg w takim drewnianym korycie podrzuciłam. Potem, jak się dowiedziałam, wywieźli go wraz z innymi AK-owcami do Riazania. Mnie szybko przenieśli do podobozu, znajdującego się kilka kilometrów dalej.

Ucieczka z obozu

– Tam już były postawione baraki, otoczone drutem kolczastym. Siedziało w nich jakieś dwustu chłopaków. Ja byłam sama jedna. Specjalnie nas tam za bardzo nie pilnowali. Chyba tylko jeden ruski strażnik siedział. Od rana przy bramie zbierał się tłum kobiet, głównie matek, sióstr i narzeczonych mężczyzn siedzących w obozie. Kobiety, jak mnie zobaczyły, to od razu mi powiedziały, żebym tu sama nie siedziała, tylko zabierała się z nimi. Dały mi jakąś chustę na głowę. Przemknęłam się przez druty i razem z kobietami przybyłam do wsi. Gdy przyszłam razem z nimi do jakiejś chałupy, to od razu dały mi jeść. Gdy jednak siadłam przy stole przybiegł jakiś chłopak, który krzyknął, że szukają jakiejś dziewczyny, która uciekła z obozu. Kobiety natychmiast wyprowadziły mnie za stodołę i pokazały polną drogę, którą miałam przemykać się do Otwocka. Szłam tam chyba dwa dni. Spałam w jakichś stogach. Jakoś udało mi się przemknąć do bursy, gdzie mieszkaliśmy. Stamtąd skierowano mnie do rodziny pod Otwockiem. Tośka była w pobliżu w innej rodzinie. Każda z nich otrzymała od naszych przełożonych za przyjęcie nas pieniądze. Oczywiście w nich nie próżnowaliśmy.

U harcerek z Lublina

– Ja pomagałam temu państwu przy dzieciach. Po jakimś czasie harcerki przerzuciły nas do Lublina. Otrzymałam kontakt do pani Maryli Daszkiewicz , która w czasie okupacji była komendantem Chorągwi Lubelskiej. Mieszkała ona przy ul. Narutowicza. Był to już wtedy październik 1944 r. i ja bardzo chciałam pójść do szkoły. Miałam już wtedy załatwione nowe papiery, lewe bo lewe, ale na prawdziwe nazwisko Zamościńska. Nie miałam tylko żadnego świadectwa szkolnego. Dzięki Maryli Daszkiewicz dostałam stancję przy ul. Lubartowskiej, gdzie główną lokatorką była pani Aniela Komarówna, pochodząca z Wileńszczyzny. Oprócz jej rodziny mieszkali tam państwo Wojciechowscy. Pan Wojciechowski szybko zorientował się, że jestem dziewczyną z lasu, która chce się dalej uczyć i załatwił mi świadectwo, że w Lublinie w czasie wojny zdałam „małą maturę”. Nie wiedziałam, jak mu dziękować. Ze świadectwem dostałam się do Liceum dla Dorosłych im Jana Dobrzańskiego przy ulicy Ogrodowej. Przerabialiśmy w przyspieszonym czasie program liceum. Tak całkiem zielona nie byłam, bo jeszcze w Zasmykach, o czym wcześniej nie mówiłam, uczęszczałam na konspiracyjne komplety prowadzone przez profesora Władysława Zabierowskiego. Ja i jeszcze kilka osób chodziłyśmy do niego chyba z półtora roku. Mieszkał on u takiego Bródka. Był on wykładowcą szkoły mierniczo-drogowej i kładł nacisk na przedmioty ścisłe.

U brata w Gubinie

– W 1945 r. zdałam maturę i poszłam na studia na Katolicki Uniwersytet Lubelski. Żyło mi się ciężko. Nie miałam co jeść i niewiele miałam do włożenia na grzbiet. Chodziłam na jakieś darmowe obiady. Ubrania jakoś mi się kombinowało, choć było trudno. Z cioteczną siostrą Wielgatówną zrobiłyśmy wyprawę do Gubina nad Nysą. Tam stacjonował mój cioteczny brat, który też był w 27 WDP AK, a później został oficerem w Wojsku Polskim. On na kwaterę zajął pusty dom, w którym znalazł sporo kobiecych ubrań, które nie padły łupem szabrowników. Pojechałyśmy z Wielgatówną do niego i coś tam dla siebie wybrałyśmy. W 1945 r. dowiedziałam się też, że mój ojciec został przez NKWD aresztowany w lipcu 1944 r. na Wołyniu. Przyjechał z Wołynia człowiek, którego Sowieci wypuścili z więzienia i dał on znać mojej rodzinie, także Zamościńskim mieszkającym koło Chełma, którzy mnie o tym powiadomili. Ojciec też był związany z konspiracją i zanim Ukraińcy rozpoczęli masowe rzezie Polaków, uczestniczył w „rozhoworach” z Ukraińcami i musiał się ukrywać, bo ci chcieli go zlikwidować. W lipcu 1944 r. NKWD aresztowało ojca. Najpierw przetrzymywano go w więzieniu w Kowlu, a później w Łucku. Z niego trafił do łagru w Charkowie, a następnie do łagru w republice Komi na dalekiej północy. Tu w kopalni w Uchcie pracował przy wydobyciu węgla. Przywieziono go tu 5 maja 1945 r. Ja, jak tylko dowiedziałam się, że ojciec jest na zesłaniu, to natychmiast podjęłam starania, żeby go uwolnić.

Dziesiątki podań

– Pisałam dziesiątki podań do różnych instytucji. Jeździłam do Warszawy na ulicę Rakowiecką, gdzie mieścił się Państwowy Urząd Repatriacyjny. Pisałam też do Kijowa. Wszędzie bez rezultatu. Ojciec dalej siedział w łagrze, a ja nic nie mogłam zrobić. W 1947 r. usłyszałam w PUR-ze , że repatriacja już się zakończył i kto chciał, mógł wyjechać. Pomógł mi niespodziewanie jakiś pracownik, który wyjeżdżał do pracy na placówkę dyplomatyczną Moskwie. Nie wiem, jakie motywy nim kierowały. Może zrobiło mu się żal takiej dziewczyniny, która bez przerwy zawraca mu głowę swoim ojcem. Nigdy nie poznałam jego nazwiska, ale często się za niego modliłam, bo naprawdę mi pomógł. Kazał mi wracać do Lublina i zapewnił, że postara się, by mój ojciec wrócił do Polski. Słowa dotrzymał. 7 lipca 1947 r. ojca zwolniono z łagru. Przyjechać do Polski jednak nie mógł, bo miał obywatelstwo sowieckie. Jeszcze przez kilka lat tułał się po Wołyniu, jeździł do Łucka i Kijowa. Ja już skończyłam polonistykę i pracowałam jako asystentka na uniwersytecie, gdy ojciec dostał wreszcie paszport na dwa lata i przyjechał do Polski. Był to 1950 r. Mieszkał kilka dni u mnie na kwaterze, którą zajmowałam wraz z koleżankami. Zrobiłyśmy mu taki kąt za szafą i parawanem i jakoś tam przebiedował.

Ciężkie chwile

– Wtedy też dowiedziałam się, jak to było z jego aresztowaniem. NKWD zatrzymało go niejako profilaktycznie, jak wszystkich Polaków na zapleczu frontu. Kilku aresztowanych z nim gospodarzy szybko zwolniono, a jego nie, bo znalazł się Ukrainiec, który go znał i oświadczył, że był on związany z polską konspiracją. W taki sposób Ukraińcy starali się wyrównać z Polakami rachunki. Tych, których nie udało im się wyrżnąć, chcieli załatwić sowieckimi rękami. Ojciec przechodził wtedy ciężkie chwile. Wiedział już, że mama zginęła , a ktoś mu jeszcze powiedział, że i ja też poległam, ginąc w jakiejś bitwie. Tata przyjął to za pewnik. Nie wiedział tylko, co się stało z bratem. Liczył się z możliwością, że i on mógł zginąć. Dopiero, jak dostał list ode mnie i dowiedział się, że przeżyliśmy wojnę, bardzo się ucieszył. Ponownie nabrał chęci do życia i nie myślał o śmierci tylko, by jak najszybciej wrócić do Polski. Po paru dniach spędzonych u mnie wyjechał do rodziny na wieś. W mieście czuł się źle. Dokuczała mu samotność. Ja musiałam chodzić do pracy, by zarabiać na swoje utrzymanie. Na KUL-owskiej polonistyce wytrzymałam w sumie dwa lata. Na ostatnim roku studiów zostałam asystentką. Jako magister pracowałam tylko rok. Później musiałam się z KUL-u i Lublina wynosić, bo Urząd Bezpieczeństwa zaczął mi bardzo deptać po piętach. Zaangażowałam się bowiem w ruch harcerski, który szybko znalazł się na jego celowniku. Zajmował się on prowadzeniem konspiracyjnej działalności wśród młodzieży. Pracowałam w lubelskiej Komendzie Chorągwi ZHP.

Na obozie w Barlinku

– Zrobiłam najpierw stopień drużynowej, a później dostałam stopień podharcmistrzyni. Prowadziłam obozy dla młodzieży. W 1948 r. w Barlinku k. Szczecina kierowałam m.in. kursem dla drużynowych, a także dwoma podobozami „Puszcza” powiat Lublin i powiat Chełm. Znajdowały się one na polanie wśród lasów. Po ich zakończeniu dostałam podziękowanie od tamtejszego PGR-u, bo uczestniczki obozu zasadziły kawał lasu. Mieliśmy też wizytację z Komendy Głównej Harcerek , wśród których była m.in. Zofia Zawadzka, rodzona siostra słynnego „Zośki” z Szarych Szeregów. Harcerstwo wówczas już było „czerwone”, a ona sama była mocno socjalizująca. Niewątpliwie jednak należała do osób bardzo uczciwych i mądrych, ale już o innej orientacji. Nasze obozy nie były rzecz jasna „czerwone”. Gołym okiem dało się to zwłaszcza zauważyć w obozie, w którym trwał kurs drużynowych. Na jego środku stał krzyż , pod nim znajdował się ułożony z białych i czerwonych kamyków orzeł, oczywiście w koronie. Codziennie odbywała się w nim modlitwa i apel wieczorny. Bardzo dobrze układała się nam współpraca z okoliczną ludnością.

„niebłagonadiożna”

– Przywiozłyśmy ze sobą masę książek i zorganizowałyśmy dla niej bibliotekę. Dwie harcerki, studentki medycyny prowadziły też dla niej punkt sanitarny. Otrzymałyśmy w zamian dużo desek, z których same zrobiłyśmy piękną „pionierkę” wyposażoną w ławy i stoły. Na drugi rok już do prowadzenia obozu nie zostałam zatwierdzona. Nie dostałam też stopnia harcmistrzyni. Na jakimś zebraniu odezwałam się nie tak, jak trzeba i już stałam się „niebłagonadiożna”. Jak UB zaczęło mi deptać po piętach, powiedziano mi na uczelni, żebym przeniosła się do Krakowa, schodząc bezpieczeństwu z oczu. Pojechała do niego profesor Maria Dłuska, z którą ja mocno się związałam. Była to specjalistka od wersyfikacji, znawczyni wiersza polskiego. Jak przyjechałam do Krakowa, to w czasie wakacji mieszkałam właśnie u prof. Dłuskiej. Później zaś przeniosłam się do Sióstr Urszulanek na Starowiślnej. Miałam do nich skierowanie od rektora KUL-u ks. Prof. Antoniego Słomkowskiego. Mieszkałam u nich w bursie i podjęłam pracę w Instytucie Badań Literackich , gdzie zatrudniona została prof. Dłuska. Po kilku miesiącach przeniosłam się do Instytutu Języka Polskiego w Polskiej Akademii Nauk. Wtedy nie nazywał się on jeszcze instytutem, tylko pracownią, ale jej filarami byli dwaj wybitni językoznawcy. Gdy już wydawało się, że udało mi się ustabilizować życie, dostałam wezwanie na milicję do Lublina. Miałam się stawić na komendę przy ul. Lubartowskiej. Domyślałam się, o co chodzi. Utrzymywałam kontakt z KUL-em i wiedziałam, że ma ruszyć w nim proces harcerek, oskarżonych o prowadzenie nielegalnej działalności wśród młodzieży.

Adresy z notesu


– Głównymi oskarżonymi w nich były Małgorzata Szewczyk i Danuta Magierska. Występował w nim też takie harcerz, który ratując swoją skórę zeznał, że ja też brałam udział w organizowanych przez nich spotkaniach z młodzieżą. Gdy zgłosiłam się na milicję w Lublinie, jakiś milicjant w cywilu kazał mi usiąść przy biurku i czekać. On gdzieś telefonował i zajmował się swoimi sprawami. Ja z nudów wyjęłam notes, w którym miałam różne zapiski i adresy i zaczęłam go porządkować, wysuwając poszczególne kartki. Potem je na kawałki podarłam, wyrzucając do kosza. Milicjant obserwował mnie kątem oka i nie reagował. Potem zawołał kolegów. Odebrali mi notes, wyrzucili zawartość kosza na biurko i wyjęli z niej wszystkie podarte przeze mnie karteczki. Śmiać mi się chciało, jak obserwowałam , gdy je usiłowali złożyć, by odczytać, co na nich zostało napisane. Ale się napracowali! Gdyby któryś z nich się zastanowił, to szybko doszedłby do wniosku, że nic na tych karteczkach nie mogło być. Aż taka głupia bym przecież nie była, żebym zabierała ze sobą na milicję obciążające dowody. Na karteczkach tych znajdowały się nazwiska moich kolegów, ale akurat nie harcerzy tylko tych, których na KUL-u określaliśmy mianem „czerwonych”. Jak milicjanci złożyli te karteczki, to razem z nimi zawieźli mnie na UB, które wówczas miało w Lublinie siedzibę przy ulicy Chopina.

Cdn.

Marek A. Koprowski

0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz