Upowcy przyszli rankiem

Niejedna z matek dużej gromadki dzieci, gdy utraciła nadzieję na przetrwanie, pomyła je i ubrała w czyste ubranka, a na pytanie jednego z nich, dlaczego tak robi, odpowiedziała, że na spotkanie z Panem Bogiem powinny odświętnie wyglądać.

23 sierpnia 1943 r., wczesnym rankiem, obudziły mnie bliskie karabinowe strzały – wspomina Feliks Budzisz. – Zerwałem się na równe nogi, obudziłem siostrę i wybiegliśmy oboje na podwórze. W rogu sadu stała przerażona mama. Przywołała nas skinieniem ręki. – Upowcy! – krzyknęła. – Strzelali do ojca i pobiegli za nim! Schowajmy się. – Pokładliśmy się na samym skraju żyta, bo nie było już czasu, by biec dalej. Na podwórze weszli upowcy. Dwóch szło w naszym kierunku. Mama szepnęła do mnie: – Uciekaj, Felu!. – Zerwałem się i co sił pobiegłem przed siebie. Gruchnął strzał. Pochyliłem się i biegłem co tchu w piersiach. Ukraińcy coś krzyczeli. Za sobą słyszałem krzyk mamy i płacz siostry. Nagle znalazłem się na polnej drodze. Panowała poranna cisza, tylko serce waliło mi młotem. W jego rytmie drgały drzewa, błękitne niebo i wszystko dookoła. Za drogą rozciągała się łąka, porośnięta z rzadka krzewami i kępami olch, za którymi stały zabudowania dziadków. Pobiegłem przez łąkę. Z pewnej odległości zacząłem skradać się przez ogródek do zabudowań. Podwórze było puste. Przylgnąłem do płotu, obserwując przez szparę dom. Po chwili na podwórzu pojawiła się babcia. Wysłuchawszy mnie w przygnębieniu powiedziała, że zapewne ci sami upowcy przed niespełna godziną zagrozili dziadkom rozstrzelaniem i spaleniem zabudowań, jeżeli ich synowie, Jan i Henryk, nie zgłoszą się w miejscowym upowskim sztabie.

Bezradna i spłakana

Oświadczyła stanowczo, że banderowcy chłopców nie dostaną żywych, a gdy starych zabiją, synowie pomszczą rodziców. Okrężną drogą, przez las, pobiegłem do domu. Ukryłem się w zaroślach i obserwowałem puste podwórze. Wokół panowała cisza. Przez otwarte drzwi usłyszałem płacz siostry. Mama leżała na łóżku, miała silny atak dusznicy bolesnej, na którą cierpiała od kilku miesięcy. Przy niej stała bezradna i spłakana Danusia. Mama pocieszyła mnie, ze ojciec na pewno uciekł. Był doświadczonym żołnierzem, przeszedł kampanię wrześniową, umiał więc zachować się w takiej sytuacji jak dzisiaj. Gdy spostrzegł zbliżających się do podwórza banderowców, nie miał wątpliwości, co go może spotkać. Skoczył raptownie za budynek i pod jego osłoną pobiegł w kierunku pobliskiego gęstego zagajnika. Biegł pochylony, zygzakiem, po strzale padał, udając trafionego. Szczęśliwie dobiegł do zagajnika, gdzie się ukrył, a następnie pod osłoną nocy przedostał się do Zasmyk. Został żołnierzem samoobrony. Do Radowicz już nie wrócił. Upowcy postawili mamie to samo co i dziadkom żądanie: ojciec miał w ciągu trzech dni zgłosić się do upowskiego sztabu. W przeciwnym razie zastrzelą nas i spalą zabudowania.

Chcieli wymordować

Nie mieliśmy najmniejszych wątpliwości, co by się stało, gdyby ich żądanie zostało spełnione. Im chodziło przede wszystkim o wymordowanie w pierwszej kolejności mężczyzn zdolnych do posługiwania się bronią. Z dziećmi, kobietami i starcami nie mieliby już większych kłopotów. Ochłonąwszy z silnego wrażenia, zabraliśmy się z siostrą do obrządku inwentarza. Mama udała się do krewnych w polskiej kolonii, by dowiedzieć się, co robić dalej. Wróciła z informacją, że nocą był u nich goniec z Zasmyk. Polecił spakować najpotrzebniejsze rzeczy i mieć w pogotowiu wozy; na sygnał zebrać się w miejscu, które zostanie podane. W drodze do Zasmyk będzie nas osłaniał pododdział samoobrony. Do tego czasu należy mieć się na baczności, noce i ranki spędzać w ukryciu, powiadomić natychmiast samoobronę, gdyby we wsi pojawiło się więcej banderowców. Ze względu na deszczową pogodę, następne noce spędzaliśmy w schowku w stodole. We dnie krzątaliśmy się w trójkę przy zbiórce przestałych zbóż, zachowując środki ostrożności. Część domowego sprzętu zakopaliśmy o zmierzchu w ogrodzie.

Lęk o życie

Przygotowany do podróży wóz ustawiliśmy przed domem. O zmroku niepostrzeżenie szliśmy do schowka. Coraz bardziej dręczyła nas niepewność i lęk o nasze życie. Atmosfera stawała się już nie do zniesienia. Pragnęliśmy jak najprędzej uciec stąd. Tylko dziadkowie w dalszym ciągu nie chcieli słyszeć o opuszczeniu gospodarstwa. Nam radzili wyjechać jak najszybciej. Czekaliśmy więc na zbawczy sygnał i obiecaną obstawę. Dnia 25 sierpnia, późnym wieczorem, omawialiśmy w schowku szeptem nasz wyjazd, wsłuchując się jednocześnie w nocną ciszę, tajemniczą i groźną. We wsi szczekały psy, co oznaczało, że kręcą się tam jacyś przybysze. Tym razem, jak na złość, Łysek kręcił się koło naszej kryjówki skomląc. Późną nocą posnęliśmy, ale wkrótce obudziła mnie mama. Ktoś chodził po podwórzu. Rozległo się stukanie w okno. Łysek milczał, widocznie – pomyśleliśmy – pobiegł znowu do sąsiadów. Zacząłem dygotać jak w febrze. Przez szparę w ścianie stodoły było widać, że ktoś idzie w naszym kierunku. Zamarliśmy z mamą w bezruchu, nie budząc siostry. Liczyliśmy już na najgorsze.

Opuściliśmy Radowicze

Ale oto usłyszeliśmy radosne skomlenie Łyska i po chwili – znajomy głos Henia, najmłodszego brata mamy, który 13 lipca wymaszerował z oddziałem do Zasmyk. Lęk nasz nagle zmienił się w nieopisaną radość. Wygramoliliśmy się z kryjówki, obudziliśmy Danusię i uściskaliśmy serdecznie „Liska”, który przyszedł odwiedzić przede wszystkim swoich rodziców i namówić ich, by opuścili Radowicze. Ale dziadkowie trwali przy swoim. Powodem tej decyzji był nie tylko żal gospodarstwa, lęk przed głodem, poniewierką, lecz i choroba dziadzia – pogłębiający się ostatnio niedowład prawej ręki. Henio przekazał nam serdeczne słowa od ojca, który szczęśliwie dotarł do Zasmyk i myślał o nas z nadzieją na szczęśliwe tam spotkanie. Ale zaraz bardzo zasmuciła nas wiadomość, że upowcy zamordowali wiele osób z Radowicz, naszych dobrych znajomych, udających się do zasmyckiego kościoła i powracających stamtąd w niedzielę 22 sierpnia, a więc trzy dni temu. Ciał jeszcze nie znaleziono, ale nadzieja, że są żywi, była już znikoma. Z Radowicz nie dojechali do kościoła Adam Bartoszewski z żoną Weroniką, którzy chcieli odwiedzić syna Edwarda, będącego od kilku dni w samoobronie oraz sąsiadka Ludwika Daszkiewicz, która pojechała z nimi, by zobaczyć się z synem Henrykiem.

Użądliła ją pszczoła

Miała jechać z nimi i Danusia Kostrubiec, by odwiedzić ojca, który w samoobronie od kilku dni był rusznikarzem. W drodze do Bartoszewskich użądliła ją pszczoła. Z powodu opuchlizny policzka musiała zrezygnować z wyjazdu i uratowała się. Bartoszewscy- ze względu na zapowiadający się upał- zdecydowali się jechać przez Lityński Las, by nie przegrzewać koni, o które bardzo się troszczyli. I tam ich spotkała śmierć. Z kościoła tej niedzieli nie wrócili Stanisław i Aniela Malinowscy , rodzice sześciorga małych dzieci oraz ich sąsiedzi: Rozalia Kułkowska i Maria Kiełbasa z czternastoletnim synem Marianem, a także trzynastoletnia Ewa Młynek. Inni wadowiczanie, a wśród nich Bogumiłą Molenda , którzy w obie strony jechali przez Piórkowicze, wrócili pod wieczór szczęśliwie do domu. Wiadomość o śmierci znajomych bardzo nas zatrwożyła. Potwierdzała obawy, że drogi do Zasmyk , zwłaszcza ta przez Gruszówkę i Lityński Las, są już zamknięte i uciekający będą narażeni na śmiertelne niebezpieczeństwo. Późną nocą pożegnaliśmy się z Heniem z głęboką nadzieją, ze nasi partyzanci przyjdą nam na czas z pomocą. Dnia 26 sierpnia Ukrainiec Aleksander Hawryluk, sąsiad i przyjaciel dziadków, przekazał im w tajemnicy , że upowcy polecili miejscowym nazistom , by wzięli udział w najbliższych dniach w likwidacji ludności polskiej – mieli wspomóc w tej akcji specjalny oddział, którego już oczekiwano we wsi.

„Kłym Sawur” nakazał wyrżnąć Polaków

Wiadomość ta lotem błyskawicy obiegła polskie rodziny, pozostające jeszcze na swoich gospodarstwach. Od tej pory nikt z nas i sąsiadów nie wychodził w pole do pracy. Ludzie siedzieli w ukryciach, z których bacznie obserwowali najbliższy teren, wyczekując na sygnał do ucieczki, do którego byli już przygotowani. Jak się później dowiedzieliśmy, dowódca UPA na Wołyniu „Kłym Sawur” nakazał wyrżnięcie Polaków w powiecie kowelskim w dniach od 25 do 30 sierpnia. Choć nikt z nas nie zdawał sobie sprawy, to wszyscy mieliśmy duszę na ramieniu. Dorosłych zadręczała myśl, , by coś uczynić dla ratowania dzieci , a te z kolei zamartwiały się o swoich rodziców, braci, siostry, krewnych. Ale w tamtych warunkach prawie każdy pomysł był zawodny, oprócz oczywiście udanej ucieczki do bazy samoobrony lub większego miasta, gdzie stacjonował silniejszy niemiecki czy węgierski garnizon. Perspektywa zagłady obezwładniała mniej odpornych psychicznie, odbierała resztki sił fizycznych i psychicznych i nadziei, nieraz prowadziła do osobliwych pomysłów.

Krzątała się w obejściu

Niejedna z matek dużej gromadki dzieci, gdy utraciła nadzieję na przetrwanie, pomyła je i ubrała w czyste ubranka , a na pytanie jednego z nich, dlaczego tak robi, odpowiedziała, że na spotkanie z Panem Bogiem powinny odświętnie wyglądać. Mama krzątała się po obejściu, trzymając się za chore serce, co chwila przystając, by odpocząć powtarzała płacząc: „Boże, za co nas tak karzesz? – Ciężka choroba mamy, jej płacz potęgowały u mnie i u siostry beznadziejność i lęk. Staraliśmy się nie spuszczać mamy z oczu w obawie, że umrze i zostaniemy sami. 30 sierpnia przed południem, przybiegła do nas zadyszana babcia z wiadomością od Aleksandra, że do lasku wjechało kilka furmanek z upowcami. Część z nich poszła do wsi, by zwołać na południe jakieś zebranie, reszta śpi na wozach. Powiedziała również, że Aleksander obiecał ukryć dziadków w razie potrzeby na jakiś czas. Babcia z kolei zapewniła nas, że zaopiekują się naszym inwentarzem, dopóki będzie możliwe. Ponaglała mamę do wyjazdu, nawet gdyby nie było zbrojnej obstawy. Pożegnała się z nami serdecznie jak nigdy dotychczas. Za furtką odwróciła się do nas na moment i poszła w pośpiechu bez słowa. Wybuchnęliśmy płaczem. Noc z 30 na 31 sierpnia – ostatnią w Radowiczach – spędziliśmy w pobliskim, gęstym sosnowym młodniku, który kilka dni temu dał schronienie ojcu, gdzie Żyd Josek , mój starszy kolega, ukrywał się w ubiegłą surową zimę. Przeżył tylko dzięki temu, a ojciec dożywiał go w największej tajemnicy.

Skryły się w mroku

Teraz spotkał nas podobny los. O zmroku chyłkiem skradaliśmy się do zagajnika. Nagle na trakcie, przez który trzeba było przejść, dały się słyszeć odgłosy jadących wozów i głośne rozmowy. Jechało kilka furmanek z upowcami. Nie było czasu na ucieczkę. Pokładliśmy się w przydrożnym rowie, gdzie krzewy i zielsko dawały ukrycie. Jedna furmanka skręciła do naszych zabudowań. Po kilkunastu minutach odjechała, podążając za resztą. Gdy rozmowy ucichły i wozy skryły się w mroku, przebiegliśmy chyłkiem trakt, zagłębiając się w gęstym sosnowym młodniku. Wkrótce znaleźliśmy się na upatrzonym miejscu. Długo nie mogliśmy ochłonąć z wrażenia, dygocąc ze strachu. We wsi zaczęły ujadać gwałtownie psy. Wzmagał się trwożny niepokój, w powietrzu wisiało coś groźnego. Zaczęliśmy się modlić szeptem. Opatuleni kocami i przytuleni do siebie posnęliśmy wreszcie. Późną nocą obudziła nas gwałtowna nawałnica. Rozległy się ogłuszające grzmoty i lunął rzęsisty deszcz. Ale burza wkrótce przeszła, niebo zaiskrzyło się gwiazdami, pociągnęło wilgotnym chłodem. Mimo przemoczenia i chłodu, znowu posnęliśmy głębokim snem. Gdy obudziła nas mama, słońce było już nad lasem, wstawał piękny, słoneczny dzień. Ostrożnie wyszliśmy z zagajnika, skradając się weszliśmy na podwórze.

Zrobiło mi się mdło

Drzwi w domu były pootwierane, na podłodze walały się porozrzucane rzeczy, pakowane przez nas z dużym trudem. Widoczna byłą obecność intruzów. Na widok tego bezładu zdjął mnie dławiący strach, nogi uginały się jak z waty. Na myśl, że mogliśmy leżeć już tutaj martwi, zrobiło mi się mdło. Wydawało się, że wiatr niesie skądś odór padliny. Podszedłem do siedzącej bezradnie na podwórzu mamy i krzyknąłem rozpaczliwie: – Uciekajmy, bo nas zabiją! – Mama wstała trzymając się za serce i powiedziała jakimś dziwnym głosem: – Uciekamy! Niech się dzieje już, co chce. Zawiadomię tylko dziadków. – I resztkami sił pobiegła do nich. W wielkim pośpiechu zebraliśmy z siostrą porozrzucane rzeczy, pakując je do worka. Kawałkiem czerstwego chleba zaspokoiliśmy poranny głód. Czekając na mamę poczułem jakiś gorzki żal wszystkiego wokół: domu, sadu, pól i błękitnego nieba. Mama szybko wróciła resztkami sił, łapiąc powietrze, okropnie zdyszana powiedziała: – Uciekajmy! Zaprzęgaj! Przyjechali, będą mordować! Aleksander powiedział dziadkowi, że jutro, albo nawet dzisiaj będą nas zabijać. – Blednąc, osunęła się na ławkę przed domem. Chwycił ją silny atak dusznicy. Rzuciłem się do stajni, wyprowadziłem klacz i z trudem narzuciłem jej uprząż, a na wóz włożyłem kilka snopków owsa, a następnie worki z rzeczami i mąką. Wypuściłem krowy z obory, które poszły na polanę. Łyska spuściłem z łańcucha i pogroziłem, by zgodnie z życzeniem mamy pozostał na podwórzu.

Pozostał tylko Łysek

Łysek posłuchał, jak nigdy, usiadł pośrodku podwórza i z niepokojem przyglądał się, jak ruszyliśmy w drogę. Z pobliskiego wzniesienia spojrzałem na podwórze. Było widoczne jak na dłoni. Pośrodku siedział Łysek i patrzył w naszą stronę. Zrobiło mi się go okropnie żal i poprosiłem mamę, byśmy go zabrali. Ale mama nie wyraziła zgody licząc, ze wkrótce wrócimy, a przez ten czas będzie się nim opiekować babcia. Widok opuszczanego podwórza z Łyskiem utkwił mi na zawsze w pamięci. Gdy o nim wspominam, wzruszenie ściska mi gardło.

Cdn.

Marek A. Koprowski

1 odpowieź

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz