Od Humania do Krzemieńca

Ostatecznie jednak ojciec jakoś wraz z innymi do polskiego brzegu dopłynął. Gdy tylko spotkał się z nami, kazał nam uklęknąć i ziemię całować, bo ziemię polską trzeba szanować.

Irena Sandecka została Wołynianką przez przypadek. Urodziła się bowiem w Humaniu na Podolu w 1912 r. tuż przed wybuchem I wojny światowej, gdy Ukraina należała jeszcze do carskiej Rosji, w której panował batiuszka – car Mikołaj II. W jej domu panowała zawsze polska i patriotyczna atmosfera. Matka była nauczycielką w Szkole Polskiej istniejącej w Humaniu, której dyrektorem był dr Marek Piekarski polonista, późniejszy wizytator odrodzonego Liceum im. Czackiego w Krzemieńcu.

– Moi rodzice na wyjazd do Polski zdecydowali się w 1921 r. , gdy miałam 9 lat – mówi Irena Sandecka. – Gdy było wiadomo, ze Humań w wyniku Traktatu Ryskiego do Rzeczypospolitej już nie wróci. Ojciec zdawał sobie z tego sprawę od dawna i na miejscowym targu wyprzedawał wszystkie wartościowe przedmioty, żeby bolszewikom nic nie zostawiać. W 1921 r. rodzice ze mną i bratem przez „zieloną granicę” przejechali do Polski, prowadzeni przez opłaconych z góry przewodników. Każdy z nich wyciągnął od nas po drodze co się da. Tak, że jak wyjechaliśmy z Humania wyładowanym wozem, to granicę przekroczyliśmy tylko z tym, co mieliśmy w tobołkach na plecach. Pamiętam też, że na mojej szyi rodzice zawiesili wszystkie obrączki i kosztowności. Jako najmniejsza i niepozorna nie przyciągałam uwagi. Ostatnie dwie noce tuż przed granicą wędrowaliśmy na piechotę. Granicę przekraczaliśmy w Korcu. Tam przemytnicy mieli opłaconych strażników granicznych i nocą przewozili łodzią ludzi na drugi brzeg granicznej Słuczy. Nie byliśmy oczywiście sami.

Przez zieloną granicę

– Przez ten kanał przerzutowy przemycano całe tabuny Polaków uciekających z Ukrainy. Musieliśmy czekać w kolejce do łodzi. Przemytnicy przewozili najpierw kobiety i dzieci. Gdy my z bratem i matką byliśmy już na polskiej stronie, ojciec pozostał z innymi mężczyznami po stronie ukraińskiej. Bardzo się o niego niepokoiliśmy. Przemytnicy przekupili tylko jedną zmianę sowieckich strażników i jeżeli na niej nie zdołałby przepłynąć o czasie, to musiałby czekać gdzieś w ukryciu jeszcze przez kilka dni, co zawsze mogło się źle skończyć. Na szczęście ojciec zdążył wskoczyć jeszcze do łodzi o czasie. Nie był to jednak koniec jego kłopotów, bo łódź zaplątała się w moczące się w rzece konopie i kręciła się w kółko. Ostatecznie jednak ojciec jakoś wraz z innymi do polskiego brzegu dopłynął. Gdy tylko spotkał się z nami, kazał nam uklęknąć i ziemię całować, bo ziemię polską trzeba szanować. Władze polskie przyjmowały wszystkich uciekinierów z Rosji bolszewickiej, ale poddawały ich kwarantannie, bo panował w niej tyfus i inne choroby. Jadąc do punktu, w którym mieliśmy ją odbyć, matka spotkała na szczęście w Równem znajomą lekarkę, która załatwiła nam zwolnienie z kwarantanny. Pojechaliśmy wtedy do Warszawy, w której mieszkaliśmy przez dwa lata. Brat uczęszczał do szkoły męskiej, a ja do Szkoły im. Emilii Plater na ul. Warszawskiej. Mama pracowała w szkole prywatnej i na początku nieźle zarabiała. Ojca z nami nie było, bo otrzymał pracę aż w Lidzie, oddalonej od Warszawy o 500 km. Początkowo powodziło się nam całkiem nieźle, ale jak kurs marki zaczął spadać, to często nie mieliśmy co jeść. Po dwóch latach przeprowadziliśmy się do Krzemieńca, gdzie dr Piekarski został wizytatorem odrodzonego Liceum Krzemienieckiego. Mama dzięki niemu dostała w nim pracę. W Krzemieńcu poszłam od razu do trzeciej klasy. Ojciec z nami nie przyjechał i dalej pracował w Lidzie. Po pewnym czasie przyjechał, ale już ciężko chory i wkrótce zmarł. Ja, ponieważ dwa lata wcześniej rozpoczęłam naukę, to maturę zdałam w wieku 16 lat. Nie mogłam jednak pójść na studia, bo byłam za młoda. Żeby nie marnować czasu, skończyłam miejscowe Seminarium Nauczycielskie im. Hugona Kołłątaja otrzymując świadectwo, że mogę uczyć w szkołach powszechnych.

Krakowskie studia

Na seminarium krzemienieckim Irena Sandecka oczywiście nie zakończyła nauki. W 1931 r. rozpoczęła studia na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Ówczesny system kształcenia na tej uczelni pozwalał jej na zdobycie rozległego humanistycznego wykształcenia z zakresu pedagogiki, filozofii i języka angielskiego. Na uczelni znalazła się w orbicie prof. Stanisława Kota, wybitnego uczonego, wychowawcy i organizatora badań nad dziejami polskiej nauki. Wywarł on duży wpływ na osobowość Ireny Sandeckiej.

– Był on bardzo lubiany przez studentów – wspomina Irena Sandecka. – Uroczo gawędził, znał wiele anegdot z życia różnych postaci, zarówno historycznych, jak i współczesnych. Miał dużo uroku osobistego, imponował ogromem swojej wiedzy, znajomością źródeł i zasobów archiwalnych. Na każdy temat sypał jak z rękawa wskazówki, gdzie szukać archiwaliów i czego się można po nich spodziewać. Gdy ustalałam z nim temat pracy dyplomowej, spojrzał na mnie i powiedział – dam pani bardzo ważną pracę. – Jej tytuł brzmiał: „Wpływ ustaw Komisji Edukacji Narodowej na całe szkolnictwo rosyjskie XIX w.” By jednak taką pracę napisać, trzeba było dotrzeć do referatu byłego rektora Akademii Wileńskiej, który znajdował się w archiwum w Moskwie. Dla profesora była to żadna przeszkoda. Polecił mi napisać podanie do odpowiedniej komisji uniwersyteckiej, by ta sfinansowała mi wyjazd na kwerendę archiwalną do stolicy Rosji sowieckiej. Rezultat tego mojego podania był dla mnie niespodziewany. Zgody na wyjazd nie dostałam, ale zaczął łazić za mną agent obserwujący, z kim się spotykam itp. Studenci z botaniki, którzy go znali poinformowali mnie, że bardzo na mnie narzeka, bo codziennie musi być w innym miejscu, to nad rzeką, to nad jeziorem, to w górach. Prowadziłam bowiem bardzo ruchliwy tryb życia. Ostatecznie ucieszyłam się, że pieniędzy na wyjazd do Rosji nie dostałam. Mogłam zmienić temat pracy dyplomowej, a na wakacje zamiast do Moskwy, pojechać z Akademickim Związkiem Morskim na rejs po Bałtyku. Morze mnie pochłonęło i jak skończyłam studia i zaczęłam pracować w szkole, to wszystkie wakacje spędzałam nad morzem. Jeszcze bowiem w okresie szkolnym w Krzemieńcu działałam w wodnej drużynie harcerskiej i w czasie wakacji jeździłam na obozy żeglarskie nad jeziorem Narocz na Brasławszczyźnie, gdzie krzemieńczanie mieli własną stanicę wodną, w której hartowali siły i ducha.

Pod ręką profesora Kota

Profesor Stanisław Kot nauczył też Irenę Sandecką społecznej wrażliwości, otwartości na ludzi i umiejętności bronienia swoich racji.

– Gdy profesor był szykanowany za swoje antysanacyjne przekonania polityczne, bardzo mu współczułam i jak większość studentów uniwersytetu byłam po jego stronie- podkreśla Irena Sandecka.

Za swoja postawę Irena Sandecka zapłaciła oczywiście konkretna cenę. Nie dostała pracy w szkole średniej. Musiała zacząć uczyć w szkole powszechnej.

– Pierwszy rok pracowałam w szkole w Równem – wspomina. – Funkcję jej dyrektora pełnił Ukrainiec pan Denisiuk, bardzo dobry pedagog, niezwykle lojalny wobec państwa polskiego. Szybko się z nim zaprzyjaźniłam. Po roku przeniosłam się do Krzemieńca, gdzie uczyłam w szkole historii dla specjalnie uzdolnionych dzieci, głównie ukraińskich, pochodzących z okolicznych wiosek. Polskich dzieci uczęszczało do niej tylko kilkoro. Już wtedy było widać, że ukraińskie dzieci są pod wpływem ideologii nacjonalistycznej i ktoś w domu ich nastraja przeciwko państwu polskiemu. Patrząc na nich wiedziałam, że będzie ono miało przez nich duże kłopoty. Po roku zmieniłam tę placówkę na szkołę prywatną w Sosnowcu. Atmosfera w niej panująca mi jednak nie odpowiadała. Chodziły do niej dzieci dyrektorów kopalń, fabryk i urzędników. Wraz ze mną mieszkała moja serdeczna przyjaciółka Stasia Węglicka, która pracowała pod Sosnowcem, ale ze względu na naszą przyjaźń, mieszkałyśmy razem. Miała ona wybitną osobowość. W czasie studiów interesował się nią bardzo prof. Schuman specjalista i psychologii i pedagogiki dziecięcej. Zachwycał się on dosłownie Stasią. Zwłaszcza zaś jej pracą dyplomową zatytułowaną „Temperamenty dzieci”. Zilustrowała ją wspaniałymi zdjęciami dzieci, co wówczas nie było jeszcze praktykowane. Stasia zginęła później w Powstaniu Warszawskim jako sanitariuszka.

Wyprawa do Belgii

Latem 1939 r. Irena Sandecka nie wyjechała nad polskie morze. Po rozstaniu się ze szkołą w Sosnowcu uznała, że jest potrzebna gdzie indziej.

– W Warszawie spotkałam naszą dawną komendantkę chorągwi, późniejszą żonę posła polskiego w Paryżu Marylkę Skorupską, która mi zaproponowała wyjazd do Belgii – wspomina. – Zaproponowała mi, bym metodą zuchową, której byłam wielką zwolenniczką objęła opieką dzieci polskich robotników w Belgii, których środowisko było wyjątkowo zapuszczone i stopniowo ulegające wynarodowieniu. Bardzo ucieszyłam się z tej propozycji, bo lubiłam nowe wyzwania. Marylka zaopatrzyła mnie w mundur harcerski, którego nie miałam. Szybko pojechałam do Belgii, gdzie już po kilku dniach przekonałam się, jak dobrze państwo polskie dba o przybyszów, którzy się w nim osiedlali. W Belgii polscy robotnicy byli traktowani, jeśli nie jak niewolnicy, to z pewnością jak ludzie drugiej kategorii, nie mający żadnych praw. Nie mogli zostać obywatelami, a w fabrykach czy kopalniach wykonywali najgorsze prace. Nie mieli ubezpieczenia od wypadków, ani emerytalnego. Zarabiali co prawda dużo, ale ich wysokie pensje pochłaniały duże koszty utrzymania. Polski poseł, jak się dowiedziałam zabiegał, by polscy emigranci mieli chociażby ubezpieczenia od wypadków. Popierał go w tym jakiś belgijski działacz, który użerał się dosłownie z belgijskimi przemysłowcami. Ja otrzymałam pod opiekę trzy polskie kolonie zamieszkałe przez polskie rodziny. Znajdowały się one wśród hałd górniczych. Moja poprzedniczka dobrze je zorganizowała. Nosiły nazwy miast polskich: Warszawy, Krakowa i Lwowa. Codziennie na piechotę maszerowałam do kolejnego osiedla, gdzie przy pomocy miejscowych harcerek prowadziłam z dziećmi pracę. Kładłam w niej nacisk przede wszystkim na zachowanie wśród dzieci języka polskiego.

Wojna na włosku

– Część z nich urodziła się już w Belgii i nie znały języka polskiego. Co najwyżej potrafiły powiedzieć kilkadziesiąt słów zasłyszanych od rodziców. Niektóre miejscowe harcerki tolerowały to, rozmawiając z nimi po francusku. W pracy z dziećmi starałam się pomagać im w zdobywaniu kolejnych stopni harcerskiego wtajemniczenia. Każda z osad harcerskich musiała się też nauczyć swojego tańca będącego jej wizytówką. „Warszawa”- mazura, „Kraków”- krakowiaka. Harcerzy z poszczególnych osad uczyłam też legend stosownych do nazw ich miejscowości, a także różnych inscenizacji. Podsumowaniem pracy z harcerzami było ognisko w Brukseli, zorganizowane przy pomocy Poselstwa Polskiego. Wzięli w nim udział harcerze ze wszystkich osad: w tym trzech moich. Radość ze spotkania przyćmiła wieść, że lada dzień może wybuchnąć wojna. Przedstawiciel poselstwa, który siadł przy ognisku powiedział – dzień i noc siedzimy przy telefonie, bo wojna wisi na włosku. – Informacja ta u zebranych wywołała przygnębienie. Przedstawiciel poselstwa chciał rozładować sytuację i zaproponował, bym opowiedziała jakąś patriotyczną gawędę dla podniesienia ducha zebranych. Ja zamiast gawędy opowiedziałam wszystkim historię ze swojego życia. Powiedziałam wszystkim, ze jak miałam osiem lat i mieszkałam w Humaniu, to dowiedziałam się, że bolszewicy znów idą na odrodzoną Polskę, że jej dni są policzone. Wszyscy mieszkańcy Humania bardzo to przeżywali, bo liczyli, że Polska się obroni i Humań będzie znów polski. Tymczasem dochodziły do nas informacje, że bolszewicy są już pod Warszawą, a nawet, że jest ona zdobyta. Okazało się zaś, że Polacy jakoś się zmobilizowali i odparli najazd. Tak będzie i tym razem. Polaków jest 30 milionów i tak dużego narodu nie da się pokonać.

By bronić ojczyzny

Wojna, której wszyscy się obawiali wybuchła za kilka dni. Irena Sandecka ani przez chwilę nie zastanawiała się, co ma robić. Postanowiła natychmiast wracać do kraju, by wziąć udział w jego obronie. Uznała, że nie może dekować się w Belgii, gdy kraj krwawi. Gdy inni z niego uciekali, ona postanowiła jechać pod prąd…

– Poszłam do naszej ambasady w Brukseli, gdzie poradzono mi, że mogę wracać do Polski koleją przez Francję, Szwajcarię, Włochy i Węgry – wspomina Irena Sandecka. – Dano mi 300 franków i kazano załatwić w ambasadach potrzebne wizy. Zrobiłam to bardzo szybko i pojechałam. Francję przejechałam nocą. Szwajcarię widziałam z okna wagonu. Do Włoch dotarłam w nocy. Na stacji granicznej powiedziano mi, że do Polski muszę jechać przez Wenecję. Wtedy po raz pierwszy przydał mi się język angielski. We Włoszech nikt nie rozmawiał po francusku czy niemiecku. Angielski rozumiano. Znalazłam pociąg do Wenecji, do której po nocnej jeździe rano dotarłam. Z głośników na dworcu co rusz słyszałam komunikaty w języku włoskim, w którym co rusz było powtarzane słowo „Poloń”. Do odjazdu w kierunku Budapesztu miałam jeszcze trochę czasu, więc wyszłam na miasto. Kręcili się po nim już w towarzystwie włoskich oficerów hitlerowcy z trupimi czaszkami na czapkach. Włosi patrzyli na nich z oburzeniem. Węgry jakoś przejechałam, Rumunię także. Dopiero na granicy rumuńsko-polskiej miałam pewne przykrości. Celnicy rumuńscy zabrali mi ostatnie 10 dolarów, które posiadałam. Wpadłam jednak w oko synowi kierownika stacji, który, gdy tylko się dowiedział, jaka spotkała mnie przykrość, natychmiast pobiegł do celników odebrać moje dolary. Zapłacił też za nocleg w przydworcowym hotelu i obiad. Następnego dnia byłam już w Śniatyniu czyli w Polsce. Na dworcu roiło się od „szczurów” z walizami, uciekających z kraju. Patrzyłam na nich z pogardą. Od razu kupiłam maskę przeciwgazową od harcerek sprzedających je pod dworcem i wsiadłam w pociąg jadący do Lwowa. Po godzinie się zatrzymał, bo pojawiły się nad nim niemieckie samoloty. Zgodnie z przepisami wojskowymi, których uczono mnie na Przysposobieniu Wojskowym Kobiet, wyskoczyłam z wagonu i schroniłam się pod pierwszym krzakiem, mocno parząc się o rosnące pod nim pokrzywy. Pociąg wkrótce ruszył, bo samoloty odleciały i po paru godzinach dotarł do Lwowa.

Marek A. Koprowski

Czytaj kolejny artykuł
0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz