Nasze okolice, od Wilna po Oszmianę, Turgiele, Nowogródek, po stare Krewo były krajem może biednym i ciemnym, ale miały to pięknego, że zdrajców wśród nas było niewielu. Był to kraj, który bronił się od Rosji przez wieki, na walce tej wyrósł. I oto zdrajcą na rzecz Rosji stał się ten, którego pieśń nasza i uczucia nasze czyniły bohaterem.

Już do angielskiej prasy przedostały się wiadomości o zachowaniu się gen. Żeligowskiego. „DailySketch” ogłosił że „reakcjonista”, „przyjaciel Piłsudskiego” itd. zajmuje filosowieckie stanowisko. Mimo smutnych czasów i makabrycznej historii z gen. Żeligowskim uśmiechamy się do tych określeń. Jak to trudno pismu cudzoziemskiemu uchwycić prawdę o stosunkach w Polsce. Żeligowski nie tylko za reakcjonistę, ale także za przyjaciela Piłsudskiego uchodzić nie może. Marszałek istotnie go lubił, protegował i polecał, zrobił go „buntownikiem” zajmującym Wilno, a potem, gdy usunął gen. Sikorskiego ze stanowiska ministra spraw wojskowych, to wskazał Żeligowskiego na jego miejsce. Ale była to sympatia bez wzajemności: Żeligowski nigdy nie lubił Piłsudskiego, poza tym jako dawny oficer rosyjski, który spędził całe życie w dawnej cesarskiej armii, Żeligowski nie miał nic, co by go mogło łączyć z typem oficera legionowego, a przecież o nich przede wszystkim myślimy, gdy mówimy lub piszemy: „oficer Piłsudskiego”.

W każdym razie dłużej skandalu Żeligowskiego ukrywać nie można, bo to się może obrócić przeciwko Polsce, trzeba do tego skandalu przygotować opinię zarówno naszą jak cudzoziemską. Prawda polega na tym, że gen. Żeligowski już od dawna wypowiada frazesy równoznaczne ze zdradą stanu, ze zdradą państwa i narodu polskiego a teraz chodzą słuchy, że zapowiada w różnych miejscach i różnym ludziom, że ma zamiar wysłać wszechsłowiańską depeszę do Stalina i publicznie wypowiedzieć przekonanie, że rząd polski powinien się zlikwidować i rozwiązać, a władza nad Polską powinna przejść do rąk Stalina. Opowiadają także, że gen. Żeligowski ma się powołać na swój charakter kawalera orderu „Virtuti Militari” II klasy, dowódcy 3. Armii w historycznej bitwie nad Wisłą[1], zwycięzcy pod Radzyminem, wreszcie oswobodziciela Wilna. Istotnie szmat naszej historii. Zdrada takiej postaci jest dla nas przeżyciem ciężkim – coś jakby któryś z kardynałów ogłosił, że jest ateistą.

Powstrzymać, zatajać, przekręcać? Od czegóż są w Londynie prasowi agenci sowieccy, czescy i inni, którzy potrafią nadać jego ewentualnemu wystąpieniu odpowiedni posmak i koloryt, aby zrobić z niego międzynarodową sensację. Będą się wtedy uśmiechali i pisali: robicie z gen. Żeligowskiego zdziecinniałego starca, staracie się go ośmieszyć, czemuż dopiero teraz, gdy publicznie was odstąpił. Czemuż nie powiedzieliście o nim prawdy wcześniej. Wolę więc wrzód przeciąć.

Jest to zresztą sprawa bardziej skomplikowana niż się zdaje. Można napisać całą powieść o Żeligowskim, a byłby to zaiste utwór literacki na szekspirowską modłę. Elementy komizmu, śmiechu, żartu, burleski wtłaczałyby się tu w elementy tragiczne. Żeligowski ostatnimi czasy był przede wszystkim śmieszny, ale gdy ojciec czy dziadek czyjejś rodziny zwariuje i zacznie stroić śmieszne miny i wyczyniać nieprzystojne gesty, to może to będzie śmieszne dla gawiedzi, ale to będzie straszne i tragiczne dla jego dzieci, wnuków i prawnucząt, które go szanowały i kochały. Otóż Warszawa zawsze z Żeligowskiego trochę się śmiała, ale my, Wilnianie z czcią wymawialiśmy jego nazwisko, radowaliśmy się, gdy przechodził ulicą lub modlił przed Ostrą Bramą. Gdy dorożkarz wileński wiózł Żeligowskiego, to się cieszył i opowiadał o tym szeroko. Gdy dziecko wileńskie miało pieniądze to kupowało jego fotografię. Myśmy go kochali.

Jak się przedstawia sprawa formalnie? Żeligowski chce zlikwidować państwo polskie na rzecz państwa wszechsłowiańskiego. Żeligowski nie chce, aby pomiędzy Polską a Rosją w ogóle była granica państwowa. Żeligowski wie, że dzisiejsza Rosja głosi hasła zjednoczenia Słowian i chce się do tego zjednoczenia przyłączyć. Chce już w czasie obecnej wojny przystąpić do organizacji politycznej, która by była de nomine wszechsłowiańska, de facto rosyjska. Chce uznać władzę Moskwy za władzę własną. W ten sposób Polska, Wilno, Lwów, które przez lat kilkaset walczyły z Rosją jako państwo z państwem, potem przez lat 150 jako niewolnik wyzwalający się spod władzy tyrana, broniły odrębności swego języka, kultury, wiary, charakteru, miałyby pójść teraz w kierunku wręcz odwrotnym. Ależ to jest zdrada zupełnie wyraźna i formalna. Państwo wszechsłowiańskie nawet w mózgu Żeligowskiego jest tylko wizją przyszłości, natomiast dzisiejsza Rosja jest rzeczywistością. Wystąpienie Żeligowskiego to nóż wymierzony w plecy tych wszystkich, którzy chcą ocalić naszą niepodległość i niezawisłość.

W naszej historii mieliśmy zdrajców, renegatów i sprzedawczyków, ale żaden z nich nie stał tak wysoko w hierarchii narodowego sentymentu.

Jak do tego doszło?

Otóż tu zaczyna się burleska czy groteska, która dzięki temu, że żyła w centrum wielkich zagadnień politycznych, sama się udostojniła, wlazła na górne piętra historii i przestała być burleską czy groteską, a stała się taką kamienną strzygą, która nas straszy i szczerzy do nas zęby z wieży katedry gotyckiej, a która już zdążyła swą pierwotną śmieszność przeistoczyć w jakiś zły, potworny, demoniczny grymas ironii i sarkazmu. Żeligowski to jest człowiek bez żadnego wykształcenia, człowiek, który przez całe życie miał jakieś swoje „hobby”. Jeśli piszę, że nie posiadał żadnego wykształcenia, to nie dlatego, aby się z niego wyśmiewać. Przeciwnie, z niesmakiem przeczytałem dowcipuszki p. Pragiera na temat złej polszczyzny Żeligowskiego. Tenże p. Pragier, jako socjalista, będzie przy każdej sposobności gadał różne banały o świętości człowieka z ludu, a przecież gen. Żeligowski, jeśli mówi źle po polsku, to właśnie dlatego, że jest człowiekiem z ludu, który nie przeszedł szkół, które by mu mowę sformowały i ułożyły. Zresztą dobra polszczyzna jest rzeczą tak względną. Tak jak mówi Żeligowski, mówi się na Wileńszczyźnie pod strzechą, a tak jak pisze p. Pragier, mówi się w warszawskich salonach pewnego typu – każdy mówi językiem swego dzieciństwa, a jaka polszczyzna jest bardziej czysta, o tym długo by jeszcze mówić. W każdym razie pewnej klasy publicysta nie powinien się chwytać środków tak banalnych i łatwych jak powtarzanie dowcipów o polszczyźnie gen. Żeligowskiego. Swego czasu były one modne w Warszawie, gdy Żeligowski zapowiedział w sejmie, że wyprowadzi wojsko „w pole”. To także było jedno z jego „hobby”. Gdy był młodszym oficerem rosyjskim, to jego marotą czy „hobby” była „idea”, że oddział piechoty może się bronić w zwykłym budynku murowanym przeciwko przeważającym siłom kawalerii. Było to zapewne spostrzeżenie słuszne i trafne, bo Żeligowski pomimo braku wykształcenia był człowiekiem mądrym, o wielkiej odwadze osobistej i cywilnej, a tylko teraz w głębokiej jego starości te wszystkie jego cechy uległy spotwornieniu i dekadencji na jego i nasze nieszczęście. Gdy został ministrem, to zajmowało go owo wyprowadzenie wojska „w pole”, co także nie było takie głupie jak się wydawało. Po przejściu na emeryturę zajął się lnem i prowadził propagandę swej idei lnianej w sposób niestrudzony, z ogniem, temperamentem, entuzjazmem, przekonał nas wszystkich i porwał. Oczywiście, że argumenty ekonomiczne, które przy tej sposobności wypowiadał, często były śmieszne, naiwne, jakieś poczwarkowate, ale w naszych przeintelektualizowanych czasach miało to swój wdzięk. Iłłakowiczówna pisywała wtedy o Żeligowskim rzewne wiersze, a ja entuzjastyczne artykuły. Potem nastąpił krótki okres
„hobby” gminy i gromady. Popularność Żeligowskiego na Wileńszczyźnie była tak duża, że różne grupy zaczęły osobę jego wysuwać jako stawkę polityczną, a ja, wyznaję to dziś ze wstydem, niezgorzej od innych. Wreszcie zaczęły się pierwiosnki „hobby” słowiańskiego. Diabli nadali, że Żeligowskiemu trafiły do rąk jakieś tomy Duchińskiego, pisarza z połowy XIX wieku, i jego wywody go zajęły. Z początku „idea słowiańska” Żeligowskiego miała charakter w każdym razie nieszkodliwy. Nie ma on pojęcia o historii, więc jego pseudohistoryczne teorie wypowiadane w całkowitym oderwaniu od przyczynowego związku wydarzeń dziejowych były zwyczajnymi bredniami, ale nie chodziło mu wtedy o kwestionowanie wartości niepodległości Polski. Sądziliśmy zresztą, że ta „idea” po pewnym czasie minie lub ostygnie jak wiele innych „hobby”. Aż tu przyszło katastrofa wrześniowa, która najsilniejsze systemy nerwowe mogła złamać, zgruchotać, zdemolować. Ten wstrząs nerwowy, psychiczny, który na każdego z nas musiał w taki czy inny sposób podziałać, na Żeligowskiego podziałał jak infekcja, która pierwiosnek jego „hobby” przeistoczyła w prawdziwy obłęd. Żeligowski od razu chciał jechać do Stalina z prośbą o pomoc, ale wkroczenie wojsk sowieckich oburza go jeszcze i przyjeżdża do Francji. I tutaj zaczyna się z nim taniec szaleńczy, w którym wszyscy bierzemy udział i wszyscy wobec tego nieszczęsnego starca jesteśmy winni. Żeligowski brnie w swoją „ideę słowiańską”, plecie Bóg wie jakie potworności, skacze przez wieki tam i z powrotem, z odłamków wiadomości historycznych robi niesamowitą jakąś kaszę, co chwila wypowiada się to przeciw kulturze łacińskiej, to przeciw rzymskiemu katolicyzmowi, stale rzuca frazesy godzące w wierność wobec państwa polskiego, występuje przeciw zasadzie niepodległości Polski, a my wszyscy, jego koledzy z Rady Narodowej, ministrowie biorący udział w naradach, nie bierzemy tego na serio, dajemy mu się wygadać; gorzej, ustawicznie mu schlebiamy i próbujemy go użyć w różnych rozgrywkach, które znów jego całkiem nie obchodzą. Wreszcie przychodzi kryzys straszny, wielki, tragiczny dla Francji, a jeszcze bardziej dla Polski, dla świata całego – Niemcy wkraczają do Paryża. W tej chwili groźnej Żeligowski, stary oficer, nie spojrzał nawet na mapę, nie interesował się całkiem co jest na froncie, ale Sikorskiego, Sosnkowskiego, Zaleskiego odrywa od narad, chwyta każdego z nich z osobna, aby im opowiadać, jak za czasów Attyli, którego Żeligowski uważał za Słowianina, nie odróżniając go zresztą od Timura Chromego, jakaś królewna była przywiązana do koni germańskich. W łoskot uciekających z Angers automobili polskich wplata się to maniackie opowiadanie o królewnie słowiańskiej rozrywanej przez konie germańskie czy na odwrót. Ten Słowianin Attyla był wtedy dla Żeligowskiego życiem rzeczywistym, a to, co się działo naokoło, nie interesowało go wcale, choć było dla Polski o wiele ważniejsze aniżeli wydarzenia z czasów Attyli. W Anglii nieszczęśliwy gen. Żeligowski brnie dalej z jakąś fatalną siłą gasnącego, lecz upartego mózgu. Po Białorusi chodzą tacy sekciarze: starzec w świtce i łapciach, zatrzyma cię i uporczywie, twardo, nie słuchając ani też nie zastanawiając się nad twoimi replikami powtarza swoje frazesy o prawdzie, którą ukochał. To jakiś wiew na Białoruś z instynktów rosyjskich, z żywota protopopa Awwakuma, z sekt chłopskich: skopców, chłystów, duchoborów. „W czym się olej przechowuje? – W kozim rogu. – Co to jest kozi róg. – Boży ród. – Na czym tron stoi? – Na czterech starcach żywotnych. – Cóż to za starcy? — Pierwszy Aspid, drugi Szafir, trzeci Chalkidon, czwarty Szmaragd”. O! ci ludzie, którzy słuchają gadaniny gen. Żeligowskiego o „gminie słowiańskiej”, „słowiańskim stylu” itd. nie odmówią mi przyznania racji, że pseudohistoryczne argumenty przez niego wypowiadane mają tyle z prawdziwą historią wspólnego, ile powyżej przytoczone formuły pseudoteologicznesektantów rosyjskich z Ewangelią Świętą. I oto sekciarze rosyjscy w imię swych mistycznych formuł, właśnie tych, które powyżej przytoczyłem, szli na śmierć, szli na samopalenia. „Hobby” gen. Żeligowskiego zawiera w sobie infekcje mistyki. I dlatego przed sądem ostatecznym powie on może słowami targowiczanina Benedykta Hulewicza w liście do Kołłątaja: „Stulta mens nobis, non sceleratafuit”[2].

Oto jest może nieudolnie, lecz szczerze opowiedziana historia „idei” czy choroby gen. Żeligowskiego. To się jakoś wszystko nieszczęśliwie składa. Nasze okolice, od Wilna po Oszmianę, Turgiele, Nowogródek, po stare Krewo były krajem może biednym i ciemnym, ale miały to pięknego, że zdrajców wśród nas było niewielu. Był to kraj, który bronił się od Rosji przez wieki, na walce tej wyrósł. I oto zdrajcą na rzecz Rosji stał się ten, którego pieśń nasza i uczucia nasze czyniły bohaterem. Generał Żeligowski, człowiek osobiście czysty i piękny, poszedł śladem tych nielicznych wśród nas, którzy przeszli do Rosji: biskupa Siemiaszki, który zdradził Unię, prystawa Wędziagolskiego, który wydał Moskalom emisariusza emigracyjnego, prałata Żylińskiego, który rozdawał modlitewniki w języku rosyjskim i którego duch straszy w kamienicy stojącej za Ostrą Bramą. Jaka szkoda, że gen. Żeligowski nie umarł w Wilnie. Nie byłoby wtedy mogiły tak wysokiej, której by mu lud wileński nie usypał. Dziś czeka go grób wspólny z Wandą Wasilewską, z prof. Lange i z innymi agentami obcego nam rządu.

Stanisław Cat-Mackiewicz

Fragment książki Nie! Broszury emigracyjne 1944, Wydaniwctwo Universitas, Kraków 2014.

Portal KRESY.PL jest patronem medialnym wydania „Pism wybranych” Stanisława Cata-Mackiewicza w krakowskim Universitas.


[1]W bitwie warszawskiej Żeligowski dowodził 10. Dywizją Piechoty.

[2]Pol.: byliśmy głupcami, nie łotrami.

forma płatności