Podczas swojego wystąpienia w Sejmie RP prezydent Ukrainy Petro Poroszenko stwierdził, że Krym jest dla jego kraju krwawiącą raną. W interesie Polski jest, by rana ta krwawiła możliwie jak najdłużej, by Ukraińcy zużytkowali siły na próby zatamowania tego krwotoku i by jednocześnie Zachód obwiniał za to Rosję.

Wbrew temu, co zwykło się sądzić w wielu polskich mediach, Ukraina walcząca w Donbasie nie broni Europy przed Rosją. Jest to narracja dla niektórych bardzo wygodna i uproszczona, mająca zaangażować emocjonalnie Polaków po stronie Kijowa, a w przyszłości być może stworzyć grunt pod przyzwolenie społeczne na zaangażowanie samego państwa polskiego w ten konflikt.

Gdyby ukraińska armia rzeczywiście mierzyła się w Donbasie z armią rosyjską, to linia frontu na pewno nie przebiegałaby w tym miejscu, gdzie przebiega obecne, zaś światowe media donosiłyby co najwyżej o walkach ukraińskiej partyzantki z Rosjanami w okolicach Odessy. Jeżeli jednak jest inaczej i w Donbasie – jak twierdzi większość mediów – rzeczywiście walczą regularne rosyjskie wojska, to jest to dowodem wyłącznie na militarną słabość Rosji.

A co, jeśli Rosja jest jednak państwem o poważnym potencjale?

Rozsądek i racja stanu nakazywałyby unikać starcia z takim państwem do momentu bezpośredniego zagrożenia polskich interesów narodowych. Jeżeli taki konflikt jest nieunikniony, to sztuka wojenna nakazywałaby z kolei uczynić areną tego konfliktu terytorium jak najbardziej oddalone od własnych granic. W obecnym przypadku Donbas spełnia to kryterium.

Wątpliwości wprowadza jednak postawa władz ukraińskich. Wobec toczonej – jak twierdzą – regularnej wojny z Rosją używają enigmatycznego terminu „operacja antyterrorystyczna”, co wyklucza zarazem stan wojny z innym państwem – tym bardziej, że Kijów nie uznaje Rosji za organizację terrorystyczną, tylko za państwo, z którym utrzymuje ponadto dyplomatyczne stosunki. Przed kim więc bronią nas Ukraińcy w Donbasie?

Jakakolwiek jest prawda o konflikcie ukraińskim, to – słusznie lub nie – winą za niego obarcza się Federację Rosyjską. Skutkuje to sankcjami wymierzonymi w ten kraj i jego wyraźną defensywą na arenie międzynarodowej. O ile więc Krym jest dla Ukrainy krwawiącą raną, to taką samą raną jest dla Rosji i jednocześnie dla Ukrainy Donbas. Mamy więc do czynienia z sytuacją, w której tracą obydwaj sąsiedzi Polski, uwikłani w konflikt, którego zakończenie leżałoby w interesie obydwu państw.

Racja stanu Polski wymagałaby przyjęcia pozycji możliwie neutralnej i bacznego przypatrywania się wojnie w Donbasie. W istocie rzeczy Polska nie jest w stanie jakkolwiek pomóc Ukrainie – połączone potencjały Polski i Ukrainy nie przewyższałby potencjału rosyjskiego. Taki polsko-ukraiński alians wymagałby parasola amerykańskiego, co uczyniłoby tę rozgrywkę de factokonfliktem amerykańsko-rosyjskim. Polska w takim układzie nie pełniłaby żadnej innej roli niż państwo frontowe. Wróćmy do starej wojennej zasady prowadzenia wojny poza własnym terytorium, przypomnijmy sobie, jakim arsenałem dysponują obydwa mocarstwa, po czym spróbujmy sobie wyobrazić, jakie konsekwencje wynikałyby z ich użycia dla Polski.

Sprowadzona przez USA do defensywy Rosja nieuchronnie podejmuje kroki obronne, co dla jej bezpośredniego sąsiedztwa staje się zagrożeniem. Paradoksalnie tworzy to szansę dla zrealizowania polskich interesów. „Nasze optimum to: Rosja zbliżona do wielkorosyjskich granic etnograficznych, zepchnięta z mocarstwowego stanowiska, korzystająca z międzynarodowej opieki, podległa obcej penetracji ekonomicznej, dość jednak niebezpieczna dla narodów finlandzkiego, estońskiego, łotewskiego, litewskiego, białoruskiego i ukraińskiego, żeby narody te szukały w Polsce oparcia i opieki” – pisał Roman Knoll, bliski współpracownik Józefa Piłsudskiego.

W obecnej sytuacji rosyjską postawą wydaje się zaniepokojony prezydent Białorusi. Nie da się ukryć, że wpadł on w pułapkę, którą zastawił na siebie, czyniąc bezalternatywnym kurs prorosyjski dla Białorusi. Stwarzałoby to szansę dla realizacji polskiej racji stanu, gdyby tylko polityka Warszawy nie była pochodną polityki Waszyngtonu, jednak w przypadku ewentualnego uwolnienia się z tej zależności – której efektem jest nieustanne podkopywanie pozycji Łukaszenki w nadziei na „majdan” w Mińsku – za wycofanie się z tego typu krucjaty Łukaszenko mógłby zapłacić Warszawie polskimi szkołami na Białorusi, polskim nazewnictwem miejscowości i ulic, krótko mówiąc: stworzeniem identycznych warunków dla Polaków na Białorusi, jakie mają Białorusini w Polsce. Nie trzeba dodawać, że tego typu koncesje dla Polaków w państwie autorytarnym kompromitowałyby na arenie międzynarodowej sąsiednią Litwę pod względem traktowania mniejszości polskiej, o ile Warszawa wykazałaby wolę nagłaśniania agendy litewskiej polityki w tym zakresie.

W polskiej polityce zagranicznej dominuje zupełny minimalizm – i to oparty na fałszywych przesłankach. Jedną z nich jest traktowany jako dogmat pogląd, że im dalej zepchnięta na wschód Rosja, tym lepiej dla Polski.

Tymczasem, zachodnie granice Rosji przebiegają mniej więcej tam, gdzie w XVII wieku, a mimo tego Polska wcale nie jest silna. Tutaj objawia się drugi dogmat – a mianowicie, że Polska pod żadnym pozorem nie powinna graniczyć z Rosją, bo stanowi to dla niej samo w sobie śmiertelne zagrożenie.

Rzut oka na mapę wystarczy, by spostrzec, iż Polska w chwili obecnej graniczy z Rosją i mimo wszystko istnieje, zaś wojska rosyjskie nie stacjonują w Warszawie. Co więcej – gdyby Rosja miała taką wolę, to Polskę mogłaby zaatakować już teraz i umiejscowienie linii frontu na Ukrainie nie miałoby wówczas większego znaczenia.

Rzecz jasna, sąsiadowanie ze zmilitaryzowanym obwodem kaliningradzkim musi wywoływać uzasadniony dyskomfort. Budził on takie uczucia i przed konfliktem na Ukrainie, więc tym trudniej powiązać sprawę przebiegu frontu w Donbasie z ewentualnym militarnym zagrożeniem ze strony Rosji dla Polski i tym trudniej uznać prawdziwość twierdzenia, jakoby w Donbasie ukraińska armia walczyła także za Polskę albo, co więcej, za Europę.

Dogmatowi o związku długości granicy polsko-rosyjskiej, której długość jest jakoby odwrotnie proporcjonalna do potęgi Polski, przeczą też elementarne fakty historyczne. Najsilniejszym i najbardziej liczącym się państwem była Polska wtedy, gdy miała najdłuższą – a nie najkrótszą – granicę z Rosją w całej swojej historii. Podporządkowywanie polityki zagranicznej celom wyznaczanym w oparciu o fałszywe przesłanki nie prowadzi do realizacji interesu narodowego.

Gdyby poważnie potraktować redukcję granicy z Rosją jako nadrzędny cel, należałoby usunąć ze składu Polski województwo warmińsko-mazurskie, które jako niezależny byt oddzielałoby nas od Federacji Rosyjskiej. W innym przypadku należałoby skonstatować, że granicząca z Rosją Polska jednak może istnieć i że jeśli coś nam grozi ze strony Rosji, to nieuchronny jest wniosek, że zagrożenie to nie płynie z kierunku ukraińskiego, lecz co najwyżej z północy.

Chcemy tego czy nie, ale na odcinku południowo-wschodnim Polska posiada już antyrosyjski bufor i są to odłączone od Polski po II wojnie światowej Galicja Wschodnia i Wołyń, gdzie tożsamość ukraińska jest utrwalona m.in. przez subiektywne wspomnienie „heroicznych czynów OUN-UPA” i gdzie ludność byłaby gotowa stawić zbrojny opór Rosjanom. Dominująca tam tożsamość jest antyrosyjska i antysowiecka, umacnia ją opór, jaki UPA stawiła po wojnie Sowietom. Czy tożsamość ta jest także antypolska, czy kult UPA na Ukrainie Zachodniej oznacza antypolskość, o tym można dyskutować, faktem niezaprzeczalnym jest, że formacja ta przyczyniła się wydatnie do cofnięcia polskiego obszaru etnicznego i że obecnie zamiast polegać na własnych siłach, na siłach polskiego etnosu, mamy u swoich granic nacjonalistyczny, czysto ukraiński region etniczny. W polskim interesie jest, by tamtejszy nacjonalizm był możliwie jak najdłużej zaangażowany w konfrontację w Donbasie i w walkę o restytucję granic Ukrainy sprzed rewolucji na Majdanie, by wykrwawiał Rosję i zarazem wykrwawiał sam siebie.

Białoruś, choć posiada na swoim terenie rosyjskie instalacje wojskowe, również pełni rolę bufora, dopóki jest państwem formalnie niepodległym. Wprawdzie Zachód dokłada wysiłków, by wepchnąć ją w ramiona Rosji, bo do tego prowadzi izolowanie tego państwa i usiłowanie przeprowadzenia w nim „kolorowej rewolucji”, ale sam Łukaszenko jest zainteresowany niepodległością swojego państwa bardziej, niż byciem gubernatorem z nadania Moskwy. Niemniej jednak, trudno się nie oprzeć wrażeniu, że i Polska, i Białoruś są przedmiotami rozgrywki Zachód-Rosja, przy czym Polska pełni rolę narzędzia na okoliczność białoruskiego odpowiednika „majdanu”, zaś Białoruś jest terenem, na którym Stany Zjednoczone chciałyby zbliżyć się do granic rosyjskich. W tej sytuacji spowodowane wzrostem zagrożenia rosyjskiego poszukiwanie porozumienia z Zachodem przez Mińsk byłoby szansą na korzystny układ ze strony Polski i koncesje dla polskiej mniejszości narodowej tam żyjącej. Wystarczyłoby jedynie zrezygnować z bezsensownego z punktu widzenia polskich interesów wspierania białoruskiej opozycji antyłukaszenkowskiej z pieniędzy polskiego podatnika, a stan stosunków z Białorusią uzależniać wyłącznie od położenia tamtejszej polskiej mniejszości narodowej. Rosyjska presja mogłaby tu oczywiście odnieść pozytywny dla polskiej racji stanu skutek.

Trzecim dogmatem rządzącym polską polityką zagraniczną jest rzekoma konieczność posiadania buforów oddzielających nas od Rosji, które warunkują istnienie Polski. W sytuacji państwa słabego, jakim jest Polska, granica z Rosją na całym wschodnim odcinku rzeczywiście skazywałaby nas na rolę wasala Rosji lub Niemiec – prawdopodobnie okrojonego terytorialnie kondominium.

Dla wielu jednak Polska w obecnych granicach z istniejącymi od wschodu buforami jest celem samym w sobie. Ten zgubny minimalizm uzasadniany jest nawet historycznie – przedrozbiorowa Polska nie była jakoby Polską, tylko bezprzymiotnikową Rzeczpospolitą – co najwyżej „wielonarodową” (polsko-litewsko-białorusko-ukraińsko – i t. d.). Nie wchodząc w głębsze dyskusje na ten temat, warto zapytać tylko: czym objawiała się owa „wielonarodowość”, skoro Polacy stanowili rdzenną ludność Wilna, Mińska czy Kijowa, zaś Litwini, Białorusini czy Ukraińcy nie stanowili rdzennej ludności Warszawy ani żadnej innej części Rzeczpospolitej, która była bezwzględnie polska?

W wyniku cofania się naszych granic poza państwem polskim pozostały setki tysięcy naszych rodaków i ciężko się z tego faktu radować, chyba że szczytem marzeń Polaka ma być życie w granicach innego państwa. Właśnie takim kosztem – dramatycznego cofnięcia się na zachód – posiadamy bufory od Rosji, zamiast granicząc z nią w okolicach Połtawy, Smoleńska czy Pskowa. Przyczyną upadku przedrozbiorowej Rzeczypospolitej nie była przecież ekspansja terytorialna na wschód.

Bo czyż najlepszym buforem dla Polski przed czymkolwiek nie są sami Polacy? Z punktu widzenia interesów państwa i narodu takie cofanie się w nieskończoność jest klęską, a nie wartością. Graniczenie z państwami innymi niż Rosja jest w obecnej sytuacji tylko zminimalizowaniem strat, a nie czymś, co należałoby traktować jako złapanie Pana Boga za nogi.

W istocie rzeczy istnienie buforów oddzielających od Rosji ma dla nas sens jedynie wtedy, gdy w państwach tych może tętnić polskie życie narodowe, w innym przypadku sąsiadowanie z organizmami uniemożliwiającymi Polakom kultywowanie swojej tożsamości przestaje być wartością.

Jest jeszcze jeden powód, dla którego sprawą zasadniczą jest priorytetowe traktowanie interesów rodaków na Kresach.

Jeśli bowiem zaczniemy w imię czegokolwiek ich sobie „odpuszczać” czy „poświęcać”, to tym samym odbierzemy własnej wspólnocie narodowej jej moralne podstawy – ubezsensownimy nasze własne polityczne istnienie. W istocie z taką właśnie sytuacją mamy do czynienia od 25 lat.

Dzisiaj odnowienie wspólnoty narodowej jest nam potrzebne jak powietrze. Nie zastąpi nam tego ani bycie wspólnotą „ciepłej wody w kranie”, ani bycie anty-Rosją, to ostatnie jest zresztą upokarzające dla narodu mającego ponad 1000-letnią historię.

Nie jest też nam potrzebne zlanie się z Litwinami, Białorusinami i Ukraińcami we wspólnotę jakiejś niedookreślonej „Rzeczypospolitej”, bo po pierwsze, chcemy pozostać przede wszystkim Polakami, a po drugie, brakuje adresatów tej koncepcji w ww. krajach. Propagatorzy idei Międzymorza nie umieją rozumować w kategoriach interesu narodowego i tylko narodowego (sama koncepcja polskiej wspólnoty narodowej istniejącej ponad obecnymi granicami ich przeraża – jest zbyt „endecka” i za mało „rzeczpospolitańska”). Z tego właśnie powodu nie są w stanie zrozumieć toku myślenia elit w Kijowie czy Wilnie i tamtejszych narodów, które nie chcą być obywatelami Rzeczypospolitej, tylko Ukraińcami na Ukrainie czy Litwinami na Litwie.

W ostateczności uczynienie z obecnej Rzeczypospolitej maszynki przeznaczonej wyłącznie do szkodzenia Rosji skazuje Polaków na Litwie, Białorusi i Ukrainie albo na asymilację z tamtejszymi etnosami, albo na rolę antyrosyjskiego zderzaka w służbie interesów niepolskich.

Ponadto, propozycja antyrosyjskiego sojuszu w formie nawiązującej do dawnej Rzeczypospolitej ignoruje zupełnie coś, co istnieje obiektywnie i czego nie jesteśmy w stanie zmienić – pamięć narodową Ukraińców czy Litwinów. Ukraińcy przedrozbiorową Rzeczpospolitą traktują jako nieukraińską, okupacyjną strukturę, a więc nie ma możliwości, by się z nią w jakikolwiek sposób utożsamiali. Litwini z kolei traktują Wielkie Księstwo Litewskie jako organizm wyłącznie litewski (w dzisiejszym rozumieniu tego pojęcia), a związki z Polską postrzegają negatywnie, gdyż przyczyniły się do polonizacji ich elit i części etnosu. Dlaczego więc mieliby chcieć wrócić do tej struktury? Niestety, chyba już tylko Polacy – jedyny naród historyczny spośród tych wszystkich – jest w stanie poświęcić własną tożsamość – a więc swoje najbardziej żywotne interesy – w celu szkodzenia Rosji.

Koncepcja ta rozbija się też o innego rodzaju realia. Jak bowiem z antyrosyjską strukturą mają się identyfikować rosyjskojęzyczni na ogół Białorusi, których tożsamość narodowa nie jest czymś co wyklucza identyfikowanie się z szeroko pojętą rosyjską wspólnotą kulturową [por. np. Ryszard Radzik, „Kim są Białorusini?”]? Chcemy tego czy nie, ale Łukaszence – choć niekoniecznie z pobudek patriotycznych – zależy na formalnej niepodległości Białorusi. Należy pamiętać, że w 1994 nie był on nawet faworytem Kremla – w tej roli występował jego konkurent Wiaczesław Kiebicz. Tymczasem to właśnie przeciwko Łukaszence kieruje się wysiłek polskiej dyplomacji – i to nie w imię polskich interesów, a interesów stricte antyrosyjskich, co mimo wszystko nie jest tym samym.

Proponowanie Ukrainie koncepcji antyrosyjskiego związku zagrażałoby z kolei integralności terytorialnej tego państwa. Jak bowiem wyobrażają sobie propagatorzy tej koncepcji zaangażowanie ludności Odessy, Charkowa czy niegdyś Doniecka w projekt odnowionej Rzeczypospolitej, skoro to doświadczenie historyczne jest dla niej obce? Rzeczpospolita nigdy nie sięgała tych terenów, więc ich mieszkańcy z obiektywnych przyczyn nie będą się identyfikować z takimi projektami. Ukraina jest bowiem jaskrawym przykładem tego, że ZSRR nie rozpadł się po szwach narodowościowychi dlatego właśnie mogła pełnić albo rolę pasa ziemi niczyjej, w którym ludność rosyjska i rosyjskojęzyczna miałaby zapewnioną podmiotowość, albo stać się państwem upadłym w wyniku gwałtownego przeciągania wzdłuż któregoś z wektorów. Galicja i Wołyń nie mają najmniejszego zamiaru stawać się częścią „russkowo mira”, zaś Donieck, Charków czy Odessa nigdy nie zechcą być częścią bloku wymierzonego w Rosję.

Obecne zaangażowanie Polski – frontowego państwa NATO w końcu – w konflikt w Donbasie na pewno leżałoby w interesie Ukrainy, która stara się, jak może, by maksymalnie go umiędzynarodowić i przedstawić jako walkę Europy z Rosją, Zachodu ze Wschodem, cywilizacji z barbarzyńcami. Wydaje się, że przedstawiając w ten sposób konflikt na Ukrainie w polskim Sejmie Petro Poroszenko sam nie wierzył w to, co mówił. Jednak ten beneficjent ukraińskiego systemu oligarchicznego, miliarder i polityk mający na koncie udział w zakładaniu Partii Regionów oraz uczestnictwo w jej rządach jako minister doskonale wiedział, że uwierzą mu polscy politycy.

Marcin Skalski

forma płatności