Cudowne dziecko „Gazety Polskiej” po raz kolejny wzięło na celownik portal Kresy.pl. Dawid Wildstein, znany chyba najbardziej z tego, że był nieobecny w jakiejkolwiek debacie o Kresach Wschodnich aż do czasu tzw. rewolucji na Majdanie, znowu dał upust swojej obsesji na punkcie naszego skromnego medium.

Z pozoru tekst „Uwaga na pseudokresowe portale. Odebrać Kresy rosyjskim agentom” nie wydaje się poruszać tematyki, która mogłaby w jakikolwiek sposób dotyczyć naszego portalu. Wildstein rozwodzi się nad pomazanymi drzwiami do mieszkania innego pracownika „Gazety Polskiej”, na których znalazł się wulgarny napis skierowany pod adresem lokatora. Ot, kolejne dziwactwo młodego aspiranta do sztuki dziennikarskiej, który tym razem postanowił napisać tekst o rosyjskich agentach, Kresach i pomalowanych czerwoną farbą drzwiach jednocześnie.

Pracownik „Gazety Polskiej” usiłuje płynnie przejść od tematu wspomnianego aktu wandalizmu do komentarzy w Internecie dotyczących prawdopodobnie batalionów ochotniczych walczących w Donbasie z prorosyjskimi separatystami – jak można wywnioskować, komentarzy nieprzychylnych i złorzeczących ukraińskim bojownikom. Wildstein wskazuje źródło owych komentarzy – są nim portale „nazywające siebie głosem Kresów”.

Ponieważ w pewnym momencie pada nazwa naszego portalu, mamy prawo domniemywać, że autor właśnie nam przypisuje nazywanie się „głosem Kresów” – a przynajmniej bardzo mu zależy na tym, by czytelnik odniósł takie wrażenie. Wildstein powtarza to kłamstwo konsekwentnie w każdym tekście poświęconym Kresom.pl, wyłącznie po to, by móc zdemaskować naszą „podłość”. Równie dobrze moglibyśmy zdemaskować Wildsteina jako rzecznika rodzin katyńskich. Fakt, że nie ma to żadnego związku z rzeczywistością działa wyłącznie na naszą korzyść, obnażając hipokryzję i brak skrupułów ludzi takich jak Wildstein, którzy uzurpują sobie prawo do monopolizowania pamięci o Katyniu. Nie będzie zresztą żadnym zaskoczeniem, jeśli w kolejnym tekście Wildstein napisze, że naprawdę mu to zarzucamy. To w jego stylu, pozatym niejednokrotnie już udowadniał, że ma problemy z czytaniem ze zrozumieniem. Pracownik „Strefy Wolnego Słowa” powinien zostać nominowany do „Hieny Roku”. Jeżeli przyznające ją jury jest obiektywne i nie składa się z samych kumpli syna Bronisława, rywalizację powinien wygrać w cuglach. Cały tekst Wildsteina juniora jest bowiem ordynarną insynuacją, mającą jeden jasny cel – skojarzyć ze znienawidzonym portalem całe zło tego świata. Oczywiście Wildstein nie może nam niczego wprost zarzucić, za to może tkać goebbelsowską pajęczynę insynuacji, powtarzanych do znudzenia obraźliwych sugestii i skojarzeń. Po przeczytaniu tekstu dziennikarza Niezależnej.pl przeciętny czytelnik nie ma wątpliwości – Kresy.pl to ruska agentura, która nazywa siebie “głosem Kresów”, za zbrodnię w Katyniu obwinia Ukraińców i Żydów, w nocy maluje drzwi dziennikarzom Gazety Polskiej i skrzętnie przemilcza rosyjskie zbrodnie na Polakach.

Elementem rosyjskiej propagandy podszywającej się pod „walkę o pamięć o Kresach” jest kompletne pomijanie zbrodni dokonanych przez Rosję na Polakach. Nie bagatelizując w żadnym wypadku rzezi wołyńskiej, warto pamiętać, że zginęło w niej 50–120 tys. Polaków i kilkanaście tysięcy Ukraińców, którzy usiłowali pomóc mordowanym. Tymczasem Rosja ma na sumieniu miliony Polaków (…) Więcej – to Rosja, a nie Ukraina, od wieków była zagrożeniem dla naszej tożsamości i naszej państwowości. Inaczej jest w pseudokresowej propagandzie. Wróg jest jeden – są nim Ukraińcy, Rosja zaś jest sprzymierzeńcem. Tym państwem, z którym wspólnie będziemy walczyć o prawdę historyczną (sic!). Tym państwem, które, okupując Ukrainę, zapewni nam geopolityczne bezpieczeństwo– czytamy u Wildsteina. Mimo najszczerszych chęci trudno zrozumieć, o co może chodzić pracownikowi „Gazety Polskiej”. Na naszym portalu od dawna ukazują się artykuły o wojnie polsko-bolszewickiej (z bolszewicką Rosją) czy też na temat historycznej rywalizacji Polski i Rosji carskiej, w której nie pomijamy tematów zbrodni Rosjan dokonywanych na Polakach. Byliśmy jednymi z pierwszych w Polsce, którzy przypominali o ludobójstwie dokonanym na Polakach za Zbruczem przez NKWD. Na temat Ukraińców ratujących Polaków przed siepaczami UPA też pisaliśmy niejednokrotnie – w tym w rocznicę Krwawej Niedzieli 11 lipca. Wobec tego wynurzenia Wildsteina takie jak powyższe powinno się uznać wyłącznie za propagandowy bełkot. Być może Wildstein próbuje stworzyć alternatywę pomiędzy przypominaniem o zbrodniach Ukraińców a przypominaniem o zbrodniach Rosjan? Jeśli tak, to należałoby poddać w wątpliwość jego szacunek do ofiar zarówno jednych, jak i drugich. Koncesjonowana pamięći koncesjonowany szacunek– wyłącznie do tego może prowadzić wildsteinowa dialektyka. Kresy obficie spłynęły polską krwią upuszczoną zarówno przez Ukraińców, jak i przez Rosjan, więc o „pseudokresowej propagandzie” można mówić przede wszystkim w przypadku rzekomo zatroskanego o nasze dziedzictwo na Wschodzie pracownika „Gazety Polskiej” – medium, którego część autorów nawet nie udaje, że kwestia upamiętnienia polskich ofiar UPA jest sprawą drugo- czy nawet trzeciorzędną. To właśnie takie podejście było przyczyną bezpardonowego usunięcia ze szpalt gazety ks. Isakowicza-Zaleskiego przez naczelnego Tomasza Sakiewicza. Wildstein milczał wówczas na temat wyrzucenia księdza, teraz używa jego osoby do przeciwstawienia postawy duchownego naszemu medium („Tekst ten nie jest o ludziach, którzy całe życie dążyli do uhonorowania ofiar mordu wołyńskiego. Problemem nie jest godny szacunku i odważny ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski, nawet jeśli dziś mylnie rozpoznaje sytuację na Wschodzie”). Oczywiście, przywołany tutaj ksiądz Isakowicz-Zaleski nie został nawet zapytany przez Wildsteina o zdanie na temat naszego portalu, mimo że na swoim blogu zasłużony duchowny zarekomendował swoim czytelnikom nasz portal, co jest dla nas wielkim wyróżnieniem, natomiast propaganda „Gazety Polskiej” została w tym samym miejscu zrównana z jej michnikowym odpowiednikiem na lewicy.

Czytając Kresy.pl czy słuchając wypowiedzi różnych „kresowych ekspertów”, których namnożyło się w sposób nieprawdopodobny od czasu rozpoczęcia rosyjskiej inwazji, można mieć wrażenie, że jedyne, co się liczy, to wydarzenia sprzed 70 lat. Nie ma współczesnej Ukrainy. Jest tylko Wołyń i wciąż działające banderowskie bojówki. Ale ta „radykalna pamięć” dotyczy tylko Ukrainy. Bo ci sami eksperci zapominają, że w tym samym czasie Rosja prowadziła ludobójcze działania na skalę dużo większą niż banderowcy– wypisuje Wildstein, kolejny raz wymieniając nasz portal z nazwy, aby nie pozostawić wątpliwości, o czyją „propagandę” mu chodzi.

Pomijając fakt, że „koncesję” na mówienie o zbrodniach UPA otrzymują w tej optyce tylko ci, którzy będą jednocześnie mówić o zbrodniach rosyjskich, to akurat w tym temacie – z wcześniej wymienionych względów – nie mamy sobie nic do zarzucenia. Natomiast sam Wildstein, który zbrodniami rosyjskimi czy jakimikolwiek dotyczącymi Polaków na Kresach nie zajmował się nigdy, miałby się z czego tłumaczyć. Nie on jest tu właściwą osobą do wydawania certyfikatów wiarygodności komukolwiek. Wildstein z kultywowaniem pamięci o zbrodniach na Kresowianach ma tyle wspólnego, co my z jego „wrzutką” o odpowiedzialności Ukraińców i Żydów za Katyń, który to pogląd bez najmniejszego wstydu imputuje nam w tym samym akapicie pracownik „Gazety Polskiej”. Że nie prawda? A kto to sprawdzi? Kłamstwa Wildsteina, mimo iż absurdalne, pozostają niezmiernie groźne, właśnie ze względu na swoją absurdalność – żaden uczciwy człowiek nie będzie przecież podejrzewać, że dziennikarz ogólnopolskiego tygodnika swoje tezy wysysa z własnego palca.

Postawa Wildsteina jest nie do obrony szczególnie wtedy, gdy zaczyna się powoływać na mieszkających na Kresach Polaków.

W większości bowiem nasi rodacy mieszkający w tym państwie poparli Majdan– pisze pozujący na eksperta Wildstein. Zdanie to może być prawdą, ale równie dobrze może być fałszywe – nie wiemy tego, bo nie przeprowadzono badań na ten temat wśród Polaków na Ukrainie. Wygłaszanie takich sądów bez powołania się na jakiekolwiek źródło to poważny cios dla wiarygodności każdego autora. Mimo tego Wildstein postanawia kontynuować wywód:

Ci, którzy popierają Moskwę, działają na szkodę ukraińskich Polaków, będących dla Putina takim samym celem jak Ukraińcy. Niektórzy nasi rodacy nawet walczą na Wschodzie i giną… Nic dziwnego, że tacy Polacy nie pasują do pseudokresowej propagandy. Co bardziej krewcy publicyści portalu Kresy.pl potrafią szczerze napisać, że tożsamość Polaków na Ukrainie „pozostawia wiele do życzenia”. Faktycznie, nie chcą witać wojsk rosyjskich kwiatami– pisze samozwańczy obrońca kresowej polskości.

Czy Czytelnik również zauważył, jak zgrabnie autorowi paszkwila udało się połączyć ze sobą „popieranie Moskwy” i nazwę Kresy.pl? Cyngle z Czerskiej mogły by terminować u Wildsteina. Pomijając ten wątek, należy zauważyć, że Wildstein jako entuzjasta Majdanu powinien uderzyć się w pierś jako pierwszy. Właściwie od początku pisaliśmy, że zamieszki na centralnym placu Kijowa i zbrojne obalenie władzy mogą stanowić niebezpieczeństwo dla integralności terytorialnej Ukrainy i doprowadzić do zwiększenia wpływów Moskwy w regionie. Dobrze wiedzieliśmy, że Rosja może skorzystać z niekonstytucyjnego przewrotu na Ukrainie i każdy, kto ma choć odrobinę pojęcia o stosunkach panujących w Europie Wschodniej, był tego świadom. Wildstein, jak widać, do takich osób się nie zalicza.

Podczas moich pobytów na Ukrainie wciąż przewijał się wątek niechęci, jaką żywią w stosunku do pseudokresowej propagandy nasi rodacy. Polacy z Ukrainy mówili wprost, że jest ona dla nich zagrożeniem, że uzurpuje sobie prawo mówienia w ich imieniu, a tak naprawdę fałszuje rzeczywistość. Oddajmy głos samym Polakom z Ukrainy. Oto jak komentuje pseudokresową propagandę Jerzy Wójcicki, redaktor gazety „Słowo Polskie”, prezes Stowarzyszenia „Kresowiacy”: „Z tej perspektywy typowy Ukrainiec wygląda jak esesman, wykrzykujący hasło »Sława Ukraini«. W związku z tym po raz kolejny zwracam się z apelem do rodaków w Kraju. Sięgnijcie po opinie waszych kolegów-Polaków z Kijowa, Winnicy, dawnego Płoskirowa czy Kamieńca Podolskiego, zamiast pisać artykuły pełne nienawiści i niechrześcijańskiego gniewu. Polacy z Ukrainy oczekują od Polski (…) poddania krytyce tych polskich mediów (w tym Kresy.pl), które żerują na tematyce banderowskiej i odradzają Polakom w kraju udzielania pomocy rodakom i Ukraińcom”. Takich wypowiedzi są setki– czytamy w dalszej części „wywodu”.

Skoro wypowiedzi takich, jak Jerzego Wójcickiego są „setki”, to czemu Wildstein po raz kolejny powołuje się na tę samą wypowiedź tej samej osoby? Cytat ten już kiedyś został użyty przez Wildsteina w jego poprzednim paszkwilu sprzed kilku miesięcy.

Po drugie – Jerzy Wójcicki może mówić w imieniu swoim lub co najwyżej własnej organizacji, jaką jest Stowarzyszenie „Kresowiacy” działające w Winnicy na Podolu. Oczywiście, nie musi się on z nami zgadzać w kwestii oceny kryzysu ukraińskiego, jednak mógłby przynajmniej nie wygadywać bzdur, o tym, że odradzamy pomoc komukolwiek, a już tym bardziej, że odradzamy jej świadczenie Polakom na Kresach. Jest to po prostu nieprawda. Jeśli zaś chodzi o pomoc Ukraińcom, to uważamy, że nie ma ona nic wspólnego z polskością, może być wyrazem dobrej woli lub spełnianiem pewnej potrzeby serca, ale nadal nie widzimy tu związku z kwestią polską na Ukrainie.

Z kolei gdy mowa o „żerowaniu” na tematyce banderowskiej, to po pierwsze – pisaliśmy o tym, zanim stało się to „modne”, a po drugie, jeśli się komuś zarzuca „żerowanie” na czymś, to samemu wypadałoby przejawiać na tym polu jakąkolwiek aktywność. Jerzy Wójcicki ma, jak każdy z nas, swoją opinię na temat kryzysu ukraińskiego i może się angażować w Majdan, jeśli tylko sobie tak postanowi, jednak w kwestii zbrodni banderowskich głosu jak dotąd nie zabierał. To jego prawo, ale skoro postanowił uchylić się od zajmowania kwestią ludobójstwa Polaków na Ukrainie, to na własne życzenie pozbawił się mandatu do pouczania tych, którzy, mimo wszystko, chcą o nim jeszcze pamiętać. Mimo to nie aspirujemy i nie aspirowaliśmy nigdy do bycia głosem Jerzego Wójcickiego, w kwestii pamięci o Wołyniu prezentujemy własne stanowisko, być może kiedyś swoje na ten temat wygłosi także Jerzy Wójcicki, a Wildstein je nawet przekaże, o ile będzie zgodne z jego wizją stosunków polsko-ukraińskich.

Po trzecie – samozwańczy obrońca Kresowiaków w swej dziennikarskiej karierze nie zainteresował się ani razu realnymi problemami, z jakimi muszą borykać się Polacy na Ukrainie czy gdziekolwiek indziej na Kresach. A miał do tego okazję nawet w tym miesiącu, w związku z próbą zamknięcia klas z polskim językiem wykładowym w Szepietówce w obwodzie winnickim, który to problem poruszył na swoim portalu ten sam Jerzy Wójcicki, na którego Wildstein tak bardzo lubi się powoływać. Kresy.pl nagłośniły ten temat na miarę swoich skromnych możliwości. Wildstein, „Gazeta Polska”, niezalezna.pl milczały. Doskonale wiemy dlaczego, poruszanie takich tematów, w chwili gdy Ukraińcy bohatersko bronią nas przed bolszewicką nawałą „to z góry ukartowana gra określonych kół i woda na młyn odwetowców” – by zacytować klasyka.

Wildstein jako dyletant ma prawo nie wiedzieć, że jedność Polaków na Ukrainie po prostu nie istnieje. Świadczy o tym chociażby od dawna nieprzezwyciężony konflikt między Związkiem Polaków na Ukrainie a Federacją Organizacji Polskich na Ukrainie. Należy nad tym ubolewać, jednak pisanie o jednym spójnym stanowisku Polaków tam mieszkających to dowód na skrajną ignorancję. Ilu Polaków, tyle opinii – tę zasadę można rozciągnąć na wszystkie części Kresów.

Ponadto, wybory polityczne Polaków na Ukrainie zazwyczaj dokonywane są w oderwaniu od stosunku danej siły politycznej do polskości. Pisze o tym chociażby Andrzej Bonusiak w pozycji „Polacy w niepodległej Ukrainie. Analiza strukturalno-funkcjonalna”:

Polacy na tych terenach głosują na Juszczenkę/pomarańczowych/Tymoszenko, ale wiedzą, ze utrudni to ich funkcjonowanie w miejscu zamieszkania, że nie ma co liczyć na propolskie rozwiązanie bieżących problemów. W tym przypadku świadomość wyższej konieczności ciągle jeszcze powoduje głosowanie wbrew lokalnych interesom(ss. 210-211).

O problemie istniejącym na Ukrainie zachodniej, która jest matecznikiem banderyzmu, świadczą również znajdujące się w tym samym opracowaniu słowa byłego prezesa Związku Polaków na Ukrainie, Stanisława Kosteckiego:

Zdecydowanie łatwiej jest dziś coś załatwić na wschodniej niż na zachodniej Ukrainie. To w centrum, na południu czy wschodzie nie pokutują wśród decydentów żadne uprzedzenia do Polaków. Tymczasem Wildstein, bez jakiegokolwiek skrępowania pisze, że „Polaków najbardziej nienawidzą na Wschodzie”. Oczywiście, teraz, dzięki bohaterskiej postawie „niezależnego dziennikarza” i innych jemu podobnych, mogło się to zmienić, ale skoro na Wschodzie nas nienawidzą, to Wildstein poniekąd sam przyznaje, że Majdan, który wywołał rzekomo propolskie sympatie, na Wschodzie kraju spowodował reakcje wręcz odwrotne.

Czy Wildstein zauważył już, że przyznał rację tym, którzy głoszą teorie o wewnętrznym pęknięciu Ukrainy i o dystansowaniu się Wschodu kraju od Majdanu? Czy właśnie przed takim skutkiem zbrojnego obalania władzy w Kijowie nie przestrzegaliśmy na łamach portalu?

Z przeprowadzonych przeze mnie badań wynika, że po rozpadzie ZSRR wielu Polaków mieszkających na Litwie, Białorusi i Ukrainie miało nadzieję na znaczną poprawę sytuacji polskiej mniejszości[…] Badania wykazały, że w żadnym z interesujących mnie państw relacje między polską mniejszością i grupą dominująca nie są dobre– pisze prof. Iwona Kabzińska w opracowaniu „Między pragnieniem ideału a rzeczywistością. Polacy na Litwie, Białorusi i Ukrainie w okresie transformacji systemowej przełomu XX i XXI stulecia” (s. 195).

Badaczka pisze również:

Lęk przed grupą dominującą zauważalny jest u części Polaków mieszkających na Ukrainie,zwłaszcza w zachodnich rejonach kraju. Osoby, z którymi rozmawiałam, obawiały się mówić w obecności innych o tym, że czują się Polakami, o poczuciu więzi z Polską, jak też o sytuacji własnej grupy odniesienia i jej miejscu w społeczeństwie ukraińskim. Lęk przed ukraińską większością ma swoje źródło zarówno w pamięci krzywd doznanych w czasach II wojny światowej i w późniejszym okresie, jak też w charakterze współczesnych stosunków polsko-ukraińskich na wewnętrznych pograniczach kulturowych Ukrainy, głównie w jej części zachodniej(s. 197). Lęk przed ujawnianiem polskości nadal jest obecny wśród naszych rodaków na Ukrainie. Profesor Kabzińska pisze:

Wiele osób ma wpisaną w paszporcie narodowość polską, nie chcą się jednak do tego przyznać(s. 155). Obawa przed reakcją członków grupy dominującejnierzadko rodzi niechęć do publicznego ujawniania swojej identyfikacji. W ten sposób m.in. można tłumaczyć znaczny spadek liczby ludności polskiej wykazany przez spis z roku 2001, w porównaniu ze spisem przeprowadzonym w roku 1989(s. 159)

Problem Polaków na Kresach, w tym ich ukraińskiej części, dostrzega też badaczka Joanna Kusy, która opisuje go w artykule naukowym „Katolicy i prawosławni w kontaktach sąsiedzkich i rodzinnych”:

Polakom mieszkającym na Ukrainie jednakże, podobnie jak ich rodakom na Litwie i Białorusi, nierzadko odmawia się prawa do polskiej identyfikacji, twierdząc, że nie są „prawdziwymi Polakami”, lecz Ukraińcami(s. 81)

Tezy Wildsteina o rzekomym antypolonizmie na Wschodzie Ukrainy falsyfikują m.in. ustalenia Andrzeja Bonusiaka, na którego powołuje się Iwona Kabzińska:

Na Zachodzie trudno o współdziałanie, więcej jest resentymentów, braku zaufania, zadawnionych konfliktów. Na Wschodzie natomiast „Polacy nie byli […] realnym problemem politycznym. Dla miejscowych nacjonalistów ukraińskich i wszystkich tych środowisk politycznych, które chciałyby zrobić karierę na <> wśród sąsiadów, najważniejszym problemem byli tu Rosjanie i zrusyfikowani Ukraińcy, a na południu dodatkowo Tatarzy(I. Kabzińska „Między pragnieniem ideału a rzeczywistością. Polacy na Litwie, Białorusi i Ukrainie w okresie transformacji systemowej przełomu XX i XXI stulecia”, s. 183, A. Bonusiak „Społeczno-polityczne aspekty funkcjonowania Polaków w niepodległej Ukrainie”). Do podobnych wniosków dochodzą Helena Krasowska i Lech Suchomłynow (H. Krasowska, L. Suchomłynow „Rola Polaków w Berdiańsku na Ukrainie w promocji kultury i języka polskiego”):

Obecnie nie ma przeszkód, by Polacy mieszkający we wschodnich rejonach Ukrainy przyznawali się otwarcie do polskiej identyfikacji, powoływali własne organizacje– piszą autorzy.

O tym, że najtrudniejsze położenie mniejszości polskiej ma miejsce w najbardziej zbanderyzowanych obwodach zachodnich – dawnych Kresach II RP, świadczą starania o zakładanie szkół polskich. Tych samych problemów nie ma w takiej skali tam, gdzie banderyzm był dotychczas marginalny – za Zbruczem (przedwojenna granica II RP i Ukraińskiej SRS):

[…] próby otwarcia szkół i klas z polskim językiem nauczania oraz szkół sobotnio-niedzielnych napotykają na ogromne trudności i opór ze strony urzędników różnych szczebli. Znane są liczne przypadki „wydłużania procedury administracyjnej i utrudniania procesu rejestracji”– pisze Iwona Kabzińska, powołując się na wnioski dokumentu „Raport. Polityka państwa polskiego wobec Polonii i Polaków za granicą 1989-2005 („Raport. Polityka państwa polskiego wobec Polonii i Polaków za granicą 1989-2005”, s. 175; I. Kabzińska „Między pragnieniem ideału a rzeczywistością. Polacy na Litwie, Białorusi i Ukrainie w okresie transformacji systemowej przełomu XX i XXI stulecia”, s.179). Najtrudniejsza jest sytuacja w rejonach zachodnich, „na terenach za Zbruczem łatwiej jest rozwiązywać sprawy zarówno oświatowe, jak i promocji kultury polskiej”– pisze prof. Kabzińska powołując się na artykuł naukowy autorstwa Teresy Dutkiewicz „Polska inteligencja na Ukrainie. Jej miejsce w społeczeństwie”. Podobne wnioski formułuje Iwona Kabzińska, gdy powołuje się na Andrzeja Bonusiaka:

Poparcie udzielone „pomarańczowej rewolucji” przez część mieszkających na Ukrainie Polaków nie wpłynęło na zmianę negatywnego „nastawienia do nich na zachodzie państwa”(I. Kabzińska „Między pragnieniem ideału a rzeczywistością. Polacy na Litwie, Białorusi i Ukrainie w okresie transformacji systemowej przełomu XX i XXI stulecia”, s. 163; A. Bonusiak „Społeczno-polityczne aspekty funkcjonowania Polaków w niepodległej Ukrainie”).

Wildstein robi nam zarzut z faktu, iż pozwoliliśmy sobie na stwierdzenie, że „tożsamość Polaków na Ukrainie pozostawia wiele do życzenia”, co rzekomo mieliśmy argumentować tym, iż „nie chcą witać wojsk rosyjskich kwiatami”.

Wymyślone przez Wildsteina uzasadnienie nie nadaje się do komentowania, natomiast fakt rozmycia polskiej tożsamości narodowej – szczególnie za Zbruczem, a także postępująca ukrainizacja – wszystko to zjawiska i procesy, które obiektywnie istnieją. Taka jest brutalna rzeczywistość, o której pisaliśmy wielokrotnie, podczas gdy Wildstein i jego mocodawcy omijali to zagadnienie szerokim łukiem. Polacy na Ukrainie wynaradwiają się w sposób zastraszający – potwierdzają to wszelkie spisy i badania socjologiczne. Mamy do czynienia z katastrofą opisywaną np w książkach Teresy Siedlar-Kołyszko – z katastrofą, która nigdy nie stała się przedmiotem troski Wildsteina juniora.Iwona Kabzińska pisze o wnioskach z badań terenowych przeprowadzonych na Ukrainie:

Niektórzy z nich[z badanych Polaków] mogli mieć trudności z jednoznacznym kreśleniem identyfikacji narodowej. Zjawisko to jest dość częste na Ukrainie(I. Kabzińska „Między pragnieniem ideału a rzeczywistością. Polacy na Litwie, Białorusi i Ukrainie w okresie transformacji systemowej przełomu XX i XXI stulecia”, s. 158). Do tych samych wniosków doszli: Wojciech Lipiński („<>. Rozwój instytucji religijnych na Żytomierszczyźnie w świetle problematyki etnicznej”) oraz Lech Mróz („Swoi wśród innych” [w:] „Polacy na Podolu”).

O postępującej ukrainizacji mniejszości polskiej świadczą chociażby wyniki spisu powszechnego z 2001 (ostatni przeprowadzony na Ukrainie), który wykazał jedynie 144 tysiące Polaków żyjących w państwie ukraińskim. Był to wynik znacznie poniżej oczekiwań organizatorów życia polskiego w tym kraju. Wg sowieckich spisów z 1989 Polaków w tym kraju było prawie milion.

O Polakach na Kresach jako „grupie najbardziej ukrainizowanej” pisze Xenia Gorlevaya („The Polish Minority In Ukraine and its Position In Ukrainian Society Nowadays”). Jej wnioski potwierdzają autorzy dokumentu „Raport. Polityka państwa polskiego wobec Polonii i Polaków za granicą 1989-2005”, którzy piszą, że w przypadku Polaków na Ukrainie „utrata języka polskiego odbywała się najczęściej nie na korzyść rosyjskiego, lecz na ukraińskiego”. Dziś bowiem ponad 70% Polaków uznaje ukraiński za język ojczysty. W tym kontekście straszenie grożącą Polakom rusyfikacją, jest po prostu głupie.

Fatalna sytuacja gospodarcza Ukrainy i rozkład instytucji państwowych to wynik przede wszystkim obalenia przez część społeczeństwa władz, które wybrano większością głosu innej części społeczeństwa. Złudzenia Polaków na Ukrainie wynikające z poparcia ruchu na Majdanie kojarzonego z dążeniem do Unii Europejskiej pozostaną tylko złudzeniami. Po pierwsze, nikt Ukrainy do Unii Europejskiej nie spieszy się przyjmować, po drugie, członkostwo w UE nie ma praktycznie żadnego przełożenia na poprawę położenia mniejszości narodowej. „Przykład Polaków w Republice Litewskiej wskazuje, że nie należy się spodziewać radykalnych zmian w sytuacji polskiej mniejszości, nawet gdyby Białoruś została przyjęta do Unii”– pisze profesor Iwona Kabzińska (I. Kabzińska „Między pragnieniem ideału a rzeczywistością. Polacy na Litwie, Białorusi i Ukrainie w okresie transformacji systemowej przełomu XX i XXI stulecia”, s. 150). Nie ma powodu sądzić, by podobnie nie było z Ukrainą.

„Poprawnie rozwijające się w ciągu ostatnich kilku lat stosunki polsko-ukraińskie […] na poziomie międzypaństwowym nie znajdują realnego odzwierciedlenia w stosunku do miejscowych Polaków”– pisze z kolei Henryk Stroński w artykule „Między ujawnieniem a odrodzeniem. Polacy w niepodległej Ukrainie 1989-2005”. Autor zwraca uwagę, że mieszkający na Ukrainie Polacy „przyjmują bierną i bojaźliwą postawę, oczekując na podjęcie odpowiednich działań przez Polskę. Dodaje też, że „Polacy na Ukrainie powinni głośno mówić o swoich potrzebach[…] stanowczo upominać się o zwrot świątyń i nieruchomości, o moralną naprawę doznanych w przeszłości krzywd”.

Dziwnym trafem Polacy na Ukrainie (poza bardzo nielicznymi i mającymi wybitnie lokalny charakter przypadkami) nie domagają się realizacji żadnego z tych postulatów. A może to właśnie wynik pro-ukraińskiej polityki polskiego państwa, któremu słabość polskiej społeczności na Ukrainie jest na rękę? Polskie elity bardzo dobrze zdają sobie sprawę z tego, do jakiego stopnia zorganizowana, silna polska mniejszość „przeszkadza” w stworzeniu „poprawnych” stosunków z taką np. Litwą.

Może dlatego Polacy na Ukrainie, nie mając żadnego wsparcia politycznego z Macierzy, upatrują swoich szans w mglistej „euro integracji”? Może brak tego wsparcia powoduje, że Polacy się ukrainizują i nie chcą mówić o zbrodniach UPA? Może się po prostu boją?

Nie byłoby w tym nic dziwnego, skoro odwołania do OUN-UPA pełnią dziś niebagatelną rolę w ożywianiu ukraińskiej tożsamości. Już w 1998 Włodzimierz Pawluczuk w eseju „Ukraina. Polityka i mistyka pisał”:

„Jeśliby wykreślić z dziejów Ukrainy zawartość ideową i działalność nacjonalistów, w tym przede wszystkim UPA, to kultura i historia Ukrainy nie zawiera treści, które by dawały szanse na legitymizację pełnej niepodległości tego kraju. Dziewiętnastowieczni patrioci Ukrainy (…) nic nie mówili o niepodległej Ukrainie i – co więcej – nie myśleli o tym. Ale nie myśleli o tym nawet Hruszewski, Wynnyczenko, przywódcy Centralnej Rady Ukrainy w 1917 roku, postulując jedynie autonomię Ukrainy w ramach Rosji”.Nie może więc dziwić, że banderowskie ugrupowania w mateczniku ukrainizmu, jakim jest Galicja, a obecnie także Wołyń, wygrywają wybory.

Wildstein, strojący się w pióra obrońcy Kresowian, odmawia innym nawet prawa do wypowiadania się o Kresach. „Musimy odebrać takim ludziom prawo do mówienia o Kresach” – pisze przyszły być może redaktor naczelny „Gazety Wyborczej”. Największym grzechem jego oponentów jest to, że zamiast popierać całym sobą Ukrainę w jej konflikcie z Rosją, starają się rozróżniać między polskim a ukraińskim interesem narodowym. Pracownik „Gazety Polskiej” stosując szereg uproszczeń, niedomówień czy też po prostu kłamstw obnażających jego złą wolę, usiłuje nieudolnie wyznaczać standardy nowej poprawności politycznej.

Marcin Skalski

forma płatności