Pokolenie R – czas na pobudkę

Jeśli dzisiejsi trzydziestolatkowie mają się Polsce przydać, muszą pójść najtrudniejszą drogą. Wspólnie wywalczyć dla siebie miejsce, zamiast indywidualnie awansować, wsiąkając w chory porządek.

Jeszcze kilka lat temu republikanizm był zakurzoną ideą, rozważaną w przydługich esejach i na zajęciach z historii idei. Dziś stał się nie tylko publicznym stanowiskiem, ale wręcz – jak twierdzi Rafał Matyja – urasta do rangi idée fixe pokolenia trzydziestolatków, do którego się zaliczam. Generacji tyleż wykwalifikowanej, ile politycznie i gospodarczo upośledzonej.

Wnikliwość krytycznych uwag Matyi względem utożsamiających się z republikanizmem trzydziestolatków sprawia, że może to być jeden z najcenniejszych dla nas tekstów ostatnich lat. Nosząc znamiona intelektualnej prowokacji, zasługuje jednak także na polemiczne potraktowanie.

Matyja utożsamia republikanizm z politycznymi zapatrywaniami trzydziestolatków. Wyrażając przy tym co najmniej zdziwienie, jeśli nie rozczarowanie tym, że nie wolą się oni samookreślać jako konserwatyści. To niewątpliwa przesada – do republikanizmu przyznawali się przecież również Bronisław Wildstein, Zbigniew Stawrowski czy też szefowie „Teologii Politycznej”, że o wielu innych lub mniej znanych przedstawicielach pokolenia „średnio-starszego” nie wspomnę.

Republikańska odnowa

Można się z generacyjnym traktowaniem republikanizmu zgodzić o tyle, że w moim pokoleniu – nazwijmy je „pokoleniem R” – popularność tej idei jest wyraźnie większa. A wśród jego elity – może nawet największa od niepamiętnych czasów. Koncentruje się też coraz wyraźniej wokół agendy merytokratycznej: równości szans, hierarchii kwalifikacji, otwartej debaty.

Inaczej niż Matyja widzę jednak w renesansie republikanizmu oznakę rosnącej świadomości. Jest rzeczą naturalną, że dominująca idea z najlepszej dla naszego kraju epoki staropolskiej wraca do obiegu. Wypiera ona równocześnie coraz bardziej skompromitowane, „ksero-modernizacyjne” zapędy do przeszczepiania nad Wisłę zachodnich ideologii bez jakiejkolwiek refleksji pod kątem lokalnej specyfiki.

Zarazem mówi Matyja o republikanach tak, jakby byli jednym środowiskiem, które od przekształcenia w formację polityczną dzieli zaledwie kilka kroków. To jednak hipostaza. W rzeczywistości pokolenie R („Nowa Konfederacja”, Klub Jagielloński, Kresy.pl czy część Instytutu Sobieskiego) to wiele rozproszonych środowisk, często niepowiązanych, a nawet – niekomunikujących się ze sobą. Na przeszkodzie do wspólnego działania, lecz i myślenia przecież, stoją m.in. różnice szczegółowych poglądów, przerost ambicji, animozje personalne. Nakładają się na to – by przywołać diagnozę Michela Maffesoliego – mentalność neoplemienna, skłonność do gnuśnego ogrzewania się w ciepełku własnego środowiska.

W tych warunkach realistycznie pojmowanym sukcesem generacji R byłoby stworzenie nie tyle jednej formacji, ile luźnej konfederacji tych grup. Uzgodnienie wspólnych celów i wykształcenie zdolności do współdziałania w kluczowych sprawach. Z akceptacją indywidualnej podmiotowości i wyrzeczeniem się ambicji tworzenia organizacyjnej odpowiedzi na „Krytykę Polityczną”.

Tymczasem ukonkretniona fikcja zwartego środowiska republikańskiego prowadzi Matyję do wielu spostrzeżeń cokolwiek dziwnych. Autor „Konserwatyzmu po komunizmie” dopatruje się republikańskiej ręki m.in. w „rewolucji semantycznej” poprzedzającej niedoszły PO-PiS, w politycznych podrygach Kukiza i Dudy, w postulatach wprowadzenia jednomandatowych okręgów wyborczych i dowartościowania referendów. Pierwszy fenomen (2003–2005) dzisiejsi trzydziestoletni republikanie obserwowali jako licealiści lub studenci. W kolejnych może niekiedy uczestniczyli indywidualnie, trudno jednak było w nich dojrzeć jakiś istotny udział republikańskich środowisk.

Nurty, wydarzenia i instytucje

Idąc tym tropem rozumowania Matyi, rychło dostrzeżemy republikański wymiar zjawisk tak różnych jak Polskie Państwo Podziemne, pierwsza „Solidarność”. Republikańska, teoretycznie jest też przecież cała III RP. Problem jednak w tym, że ta ostatnia jest rzecząpospolitą tylko z nazwy, w istocie od początku opartą na – skrajnie nierepublikańskim – kłamstwie i zawłaszczeniu. Warto więc mówić o republikanizmie precyzyjniej.

Dotyczy to również innej generalizacji Matyi: sprowadzenia republikanizmu do prawicowości. Nie sądzę, by z takim dictum zgodzili się ludzie z „Nowego Obywatela” czy „Res Publiki Nowej”. Co jednak ważniejsze, idea republikańska jest o tysiące lat starsza od prawicowej – i szersza od niej. Nie można więc uczciwie zawrzeć jednej w drugiej.

Sądzę wprawdzie, że poważne traktowanie polskiej tradycji republikańskiej (diametralnie przecież różnej od, dajmy na to, francuskiej) nakazuje być co najmniej sceptycznym wobec współczesnej rewolucji obyczajowej, agendy Nowej Lewicy. To naturalnie kieruje republikanów w stronę kulturowej prawicy.

Jednak już w sprawach gospodarczych będzie im raczej bliżej do świeckiej wersji stanowiska Kościoła czy niemieckich ordoliberałów niż do konserwatywno-liberalnej mitologii „niewidzialnej ręki rynku”. Która – co wyraźnie pokazał ostatni kryzys – jest obecnie wrogiem republikanizmu w najbardziej elementarnym sensie. Maskuje uprzedmiotowienie państw i jednostek przez nadmierny wpływ wielkiego kapitału, w tym zwłaszcza rynków finansowych, tak łatwo kupujących dziś polityków i obalających całe gabinety.

Najbardziej dotkliwy zarzut Matyi wobec pokolenia R dotyczy ułomności jego przedstawicieli jako diagnostów polskiej rzeczywistości. Autor „Państwa, czyli kłopotu” mówi o ich idei, że „jest szyldem, który wyraża raczej polityczną sytuację tego pokolenia prawicy niż jakiś pomysł na Polskę lub choćby na siebie samych”.

Trudno o mocniejszy zarzut w sytuacji, gdy głównym polem aktywności młodych republikanów było do tej pory bardziej myślenie niż działanie, polityczna diagnostyka właśnie. Jakkolwiek wyżej od Matyi oceniam dorobek środowisk współtworzących generację R (w tym własnego), przyjmuję z pokorą jego ocenę. Najwyraźniej nasze diagnozy nie były wystarczająco wnikliwie – lub dostatecznie głośne. Tak, na pewno potrzebujemy więcej silnie oddziałujących myśli, tekstów, książek. Tak, musimy znaleźć do tego ludzi i pieniądze.

Polityka dziecinna

Wreszcie, twierdzi Matyja, że republikanizm trzydziestolatków „jest w istocie postawą przedpolityczną”. O tyle trudno się z tym zgodzić, że nie sposób, choć może by się chciało, zignorować faktu wejścia do partyjnej polityki – pod republikańskimi hasłami – części trzydziestolatków. Zaliczyć trzeba do nich zwłaszcza ludzi z dawnego środowiska Fundacji Republikańskiej. Samej idei bardziej to zaszkodziło, niż pomogło, okazując się mniejszą (gowinowcy) lub większą (Wipler) parodią nowej jakości w polityce, nie można jednak zamykać oczu na tego progu przekroczenie.

Sam postawiłbym sprawę inaczej: polityczność mojego pokolenia jest wciąż, niestety, wysoce infantylna. Brak trzydziestolatkom głębi namysłu, dystansu wobec ochłapów władzy, które od czasu do czasu udaje im się liznąć, zrozumienia potrzeby zmian systemowych (a nie tylko personalnych).

Łączy się to z tezą Matyi, że „republikanizm jest deklaracją generacji niesłuchanej i niebranej pod uwagę. W polityce skazanej na mało podmiotowy klientelizm partyjny lub podrzędne pozycje w samorządach. W życiu umysłowym – zepchniętej do Internetu, poza obszar prasy drukowanej, radia i telewizji.

Coraz częściej mówimy o sobie jako o przegranym pokoleniu. Dostajemy dużo pochwał, ale żadnej konkretnej rekompensaty faktu realnej pauperyzacji względem starszych. W ciągu niespełna dekady od końca lat 90. przeciętna wysokość kredytu na mieszkanie wzrosła trzykrotnie. To młodzi chronią przy tym Polskę przed bankructwem i utrzymują proporcjonalnie największą w Europie populację emerytów i rencistów (płacąc podwójne składki emerytalne, za siebie i za starszych, podczas gdy poprzednie pokolenia płaciły tylko za starszych). To oczywiście dyskryminuje nas przy zatrudnianiu, jakby nie wystarczyło, że prawo pracy i związki zawodowe od lat bronią interesów już zatrudnionych, uderzając tym samym we wchodzących na rynek lub przebijających się przez niego młodych.

Starsi o 20 lat koledzy często nas dowartościowują w prywatnych rozmowach albo niezobowiązujących pochwałach młodego pokolenia. Ale gdy przychodzi do konkretów – chętniej „zabijają milczeniem”, protekcjonalnie dystansują (zwłaszcza jeśli są lękiem przed potencjalną konkurencją podszyci) lub co najwyżej tarmoszą za policzki („ach, jaki zdolny młodzieniec” – mówią, całkiem jak „ciotki kulturalne” u Gombrowicza).

Wizje i interesy

Gdy chodzi o trzydziestoletnich inteligentów, w konkretnych sytuacjach życiowych ci, którzy nie decydują się na – najłatwiejszą i umożliwiającą skokową poprawę osobistej sytuacji – emigrację, stają często przed przykrym dylematem. Z jednej strony „pakiet” zawierający ciepłą posadkę i odbierającą podmiotowość kooptację do klientelistycznego układu (w polityce, na uczelni, na styku państwa i biznesu…). Z drugiej: szansa na mówienie własnym głosem w jednej z nisz poza „systemem starych” – obarczona jednak względnym niedostatkiem i sporym ryzykiem porażki.

Oczywiście, wielu szuka, a nawet znajduje względną podmiotowość w ramach tego systemu. Stosunkowo najłatwiej jest dużo zarabiać. Jednak tego typu indywidualne kariery młodych finalnie tylko system wzmacniają, wyłuskując jednostki zdolne do walki o zmianę reguł gry z ośrodków skłonnych do jej prowadzenia.

Polskę rozkładają dziś najbardziej: neokolonializmi kleptokracja. Razem wzięte drenują kraj z dziesiątek (jeśli nie setek) miliardów złotych rocznie. Razem wzięte blokują rozwój i podtrzymują kulturę klientelizmu i korupcji. Razem wzięte zabijają rynek pracy, powodując wysokie bezrobocie nawet w warunkach masowej emigracji.

Choć młode pokolenie jest największą ofiarą tych patologii, na ich likwidacji zyskałby kraj jako całość. Krzysztof Mazur zauważył niedawno, że interes naszej generacji pokrywa się z długofalowym interesem Polski. To prawda: nie domaga się ona bowiem przywilejów, ale – tylko i aż – równych szans, merytokracji, sprawiedliwego podziału dóbr.

Wychodzący od prymatu dobra wspólnego republikanizm jest więc świetną idée fixe zarówno dla młodych, jak i dla Polski. Unika pułapek „ksero-ideologii”, postulując jednoczesne wzmocnienie państwa, narodu i wolności. Wypływa z polskiej tradycji, ale zarazem pasuje do epoki globalizacji, stawiając na metaregulację i interes publiczny w warunkach różnorodności i współzależności. Jest też na tyle pojemny, żeby pomieścić nowe inkarnacje prawicy, lewicy i centrum. Wreszcie dostarcza języka ułatwiającego demaskację współczesnych królewiąt (albo, jak kto woli, „antyrozwojowych grup interesu”).

„Cierpienia młodego republikanizmu” Matyi czytam jako skierowane do elity trzydziestolatków wezwanie do solidarności pokoleniowej i aktywizacji politycznej. Warto odrobić tę lekcję, zanim emigracja i stopniowa kooptacja przez system rozbroją drzemiący jeszcze w młodym pokoleniu potencjał wymuszenia zmian.

Jeśli więc jako generacja mamy się istotnie Polsce przydać, musimy pójść najtrudniejszą drogą. I wspólnie wywalczyć sobie należne nam miejsce, zamiast indywidualnie awansować, wsiąkając w chory porządek.

Bartłomiej Radziejewski

Artykuł ukazał się w tygodniku Nowa Konfederacja

forma płatności