Nie ustają dyskusje wokół sprawy banderowskiego zawołania, na które pozwolił sobie Jarosław Kaczyński w Kijowie. W ruch poszły najcięższe działa w postaci zarzutów o prorosyjskość i agenturalność wobec krytyków tego posunięcia dokonanego przez prezesa największej opozycyjnej partii w Polsce. Tylko czy odwrotna postawa – przemilczanie tego incydentu – licowałaby z godnością polskiego patrioty?
Na początek uczciwie stawiam sprawę swojego stosunku do komunizmu – jako system ludobójczy powinien doczekać się swojej symbolicznej choćby Norymbergi. I to nie tylko dlatego, że bezpośrednio odczuła go na własnej skórze moja rodzina: wśród nich funkcjonariusze Policji Państwowej zamordowani w ramach Zbrodni Katyńskiej (w tym jeden z nich to obrońca Lwowa przed bolszewikami z 1920 roku) czy też pozbawieni majątku krewni albo chociażby dziadkowie-Powstańcy Warszawscy, którzy po 1945 nie marzyli o niczym innym, jak o wybuchu III wojny światowej wymierzonej w sowietów. Wszystkie te cierpienia i ofiary nie poszły wcale na marne, ponieważ ukształtowały mnie w radykalnej opozycji do komunizmu i braku jakiejkolwiek akceptacji dla każdej jego formy – choćby najładniej dziś opakowanej. Nie osobiste czy też rodzinne krzywdy jednak były tu decydujące, ponieważ moralny obowiązek sprzeciwu wobec czerwonej ideologii spoczywałby na mnie nawet wówczas, gdyby sytuacja rodzinna przedstawiała się pod tym względem diametralnie inaczej. System ufundowany na kłamstwie i mordzie nie może doczekać się akceptacji ani usprawiedliwienia u żadnego uczciwego człowieka, u żadnego Polaka. Tyle o komunizmie, o którym, mam taką nadzieję, będziemy mówić niedługo w czasie przeszłym, gdy usuniemy jego wszystkie relikty z naszego nieszczęśliwego kraju. O kwestiach rodzinnych nie zdecydowałbym się wspominać, bo nigdy tego nie robiłem z uwagi na szacunek do przodków jak i oddalenie podejrzeń o przypisywania sobie ich zasług, ale szantaż emocjonalny w postaci oskarżeń o „proputinizm” i „prorosyjskość” po prostu nie pozostawiają mi wyboru. Skoro tak niektóre osoby nakierowały debatę na ten temat, to wobec tego trzeba posłużyć się argumentacją odwołującą się do emocji – co, mam nadzieję, następuje pierwszy i ostatni raz.
Co się tyczy Rosji, to oczywiście jest ona postrzegana tradycyjnie jako zagrożenie i tutaj nic się nie zmieniło. Najnowsza odsłona stosunków polsko-rosyjskich, czyli Tragedia Smoleńska, musi zostać wyjaśniona wszelkimi dostępnymi środkami, a winni zaniedbań postawieni przed sądem wolnej Polski. Nie wykluczam też, że Rosja, gdyby uznała to za opłacalne dla siebie, mogła przyczynić się do tragedii. Deklaruję też, że w niesławnym sporze o krzyż stoję po stronie „oszołomów” i „moherów”. Z tą częścią mojego narodu, która pamięć o tragedii w Smoleńsku uznaje za ważną, będę zawsze się identyfikował oraz zawsze będę się starał wychodzić naprzeciw ich oczekiwaniom. Tyle o moim „prosowietyzmie” i „prorosyjskości”. Przejdźmy teraz do meritum.
Ukraina z UE, z Rosją czy jako bufor
W całym sporze przedstawia się niestety zupełnie fałszywą alternatywę – Ukraina albo z UE, albo z Rosją. Nie słyszałem nigdy o tym, aby ktokolwiek proponował Ukrainie wejście do Unii Europejskiej albo nawet zgodził się na choćby najbardziej mglistą deklarację członkostwa. Wszystko blokował Paryż i Berlin, więc gdyby nagle coś miało się pod tym względem zmienić, to wtedy, gdy w tych dwóch stolicach zapadnie inna decyzja – korzystna dla francusko-niemieckiego tandemu rządzącego Unią, w tym i pośrednio Polską. Chodziło tylko o handel bez ceł z krajami Unii Europejskiej i to wszystko. W żadnym momencie nie było mowy o członkostwie, nie było nawet mowy o ruchu bezwizowym. Z drugiej strony wejście do strefy wolnego handlu z UE byłoby dla Ukrainy dość katastrofalne w skutkach, bo natychmiastowa reakcja Rosji polegałaby na zamknięciu się na handel z Ukrainą. Wówczas kraj ten – uzależniony od handlu z Rosją – po prostu by zbankrutował i tym bardziej byłby wystawiony na wpływy rosyjskie, na szerzenie których Kreml nie szczędziłby przecież nafto-rubli z „bratnią pomocą”. Alternatywa: albo z UE, albo z Rosją nigdy więc nie istniała.
Czego więc powinien życzyć sobie w tej sytuacji polski patriota – zarówno „smoleński”, jak i „niesmoleński” i w ogóle jakikolwiek? Polski patriota powinien życzyć sobie tego, by Ukraina była buforem między Polską a Rosją. Buforem, czyli miejscem, gdzie ścierają się i równoważą wpływy różnych sił, które ostatecznie są grą o sumie zerowej. Nie będzie przecież takim buforem Ukraina, która weszłaby do Unii Europejskiej (choć i tak jest to kwestia więcej niż jednego pokolenia) na warunkach niemieckich, tak samo jak nie będzie takim buforem, gdy będzie zdominowana przez Rosję. Ukraińcy sami pod obecnymi rządami przyjęli ustawę o pozablokowości, bo zdają sobie jednocześnie sprawę z tego, jak bardzo rozdarty wewnętrznie jest ich kraj (wbrew stereotypowi na więcej niż dwie części, mentalnych i tożsamościowych typów Ukraińców jest przecież znacznie więcej i przy ich różnicach nasz podział na obóz „smoleński” i „niesmoleński” jest mało znaczący). My powinniśmy się z tego tylko cieszyć, chociaż oczywiście optymalna byłaby dla nas sytuacja, gdyby to polskie wpływy były tam decydujące. Na ile to teraz możliwe – wszyscy wiemy aż za dobrze.
Banderyzmem przeciw Rosji?
Często pojawiającym się argumentem w dyskusji o zbrodniach OUN-UPA i spadkobiercach tej niechlubnej tradycji jest niemające nic wspólnego z myślą ludzi prawych „mądrość etapu”, rzekomy dowód na „realizm” w obliczu zagrożenia antyrosyjskiego.
Po pierwsze, Polakom – „lemingom”, „moherom” czy „faszystom” – naprawdę nie trzeba tłumaczyć, czym jest imperializm rosyjski, wszyscy to doskonale wiemy. Problemem jest za to lekceważenie innego typu zagrożeń. Fałszywa jest bowiem teza, że istnienie jednego zagrożenia eliminuje inne zagrożenie.
Po drugie, jeśli na rzecz jakiejś doraźnej korzyści poświęcamy pamięć o zamordowanych Rodakach, to jaką mamy wiarogodność jako wspólnota narodowa będąca pewnym historycznym continuum? Zapominając o jednym członku rodziny – a jako Polacy jesteśmy właśnie taką kilkudziesięciomilionową rodziną – cała nasza wspólnota zupełnie traci sens. Przemilczanie lub delikatne usuwanie w cień kwestii tak zasadniczych nigdy nie da pożądanego rezultatu. Z zatrutego drzewa nie będzie zdrowych owoców, a wyrzekanie się pamięci jest tym, co zatruwa naszą politykę w stosunku do Ukrainy.
Natomiast jeśli nasza polityka ma się opierać na pewnych podstawach moralnych – a takie zasady głosił m.in. śp. Lech Kaczyński – to innego wyjścia jak pielęgnowanie pamięci i dobrego imienia ofiar OUN-UPA nie ma. Nie można więc nie czuć dyskomfortu będąc wśród licznych flag banderowskich, jednocześnie głosząc konieczność powrotu do naszych historycznych korzeni, do patriotyzmu. A na Wołyniu były i są nasze korzenie, tam toczyła się historia Polaków. Czy właśnie nie w imię wierności tym ideałom leciał do Katynia złożyć hołd zamordowanym oficerom Lech Kaczyński?
Stronnicy Jarosława Kaczyńskiego – którego jako polityka można cenić z wielu powodów – mają wyraźny problem z opcją banderowską na Ukrainie. Głoszą m.in., iż partie nacjonalistyczne na Ukrainie są przede wszystkim antyrosyjskie. Tylko na jakiej podstawie twierdzi się, że wyklucza to orientację antypolską? Czy antyrosyjskość wyklucza antypolskość? Pewnie tak, ale jedynie w chwili, gdy polscy politycy jadą na Majdan i wymieniają z tłumem banderowskie pozdrowienia. Natomiast Polakom na Ukrainie z tej antyrosyjskości nic nie przychodzi, a przecież to zachowanie tej żywej substancji polskości powinno być priorytetem dla państwa polskiego.
Z drugiej zaś strony banderowcy mający największe poparcie na zachodzie kraju jako siła antyrosyjska są właśnie tym buforem, któremu Rosji w razie przetasowania geopolitycznego będzie najtrudniej się przeciwstawić. Czy to nie powinno wystarczyć? Ukraina ogarnięta w całości ideologią nacjonalizmu ukraińskiego w niczym Polsce nie służy. Chcemy bowiem, by Ukraina była jako całość prawdziwym buforem, czy też aby zwyciężyła tam po prostu opcja banderowska?Jeśli ta opcja ma obecnie problem z wyjściem poza pewien – spory już niestety – margines, to właśnie dlatego, że równoważą ją wpływy rosyjskie. Ukraina jako całość pozostaje dzięki temu zarówno niebanderowska, jak i nierosyjska. Nie wiem, czy kogokolwiek w Polsce akurat to powinno martwić.
Polacy na Ukrainie
Wreszcie – pojawienie się poważnego polskiego polityka wśród czerwono-czarnych flag i pozdrowienie przezeń tłumu banderowskim okrzykiem jest fatalnym sygnałem dla Polaków na Ukrainie. Jeśli jest jedna podstawowa rzecz, której by oni oczekiwali, to jest to moralne wsparcie, poczucie, że Polska jest z nimi i za nimi się wstawi, że będzie dzielić z nimi ich losy, że ich losy będą zbiorowymi losami narodu polskiego jako całości. Czy zawołanie „Sława Ukraijni” na kijowskim Majdanie jest tym, czego by oczekiwali nasi Rodacy? Czy umacniamy ich morale, sens w to, że warto trwać jako Polacy poza obecnym terytorium państwa polskiego – ale przecież na historycznej ojcowiźnie?
Partia „Swoboda”, której udział w demonstracjach się tak bagatelizuje lub której przepowiada się ‘ucywilizowanie’ po wejściu Ukrainy do UE (czyli nie wcześniej niż za bardzo wiele lat) – jak usłyszałem w studiu TV Republika z ust Tomasza Sakiewicza – zdecydowanie nie sprzyja Polakom na Ukrainie i trudno będzie im wytłumaczyć, że z uwagi na antyrosyjskość „Swobody” będą musieli jeszcze swoje przecierpieć. Nie widzę w sugerowanej postawie żadnego związku z patriotyzmem polskim.
Podsumowanie
Nie mogę się zupełnie zgodzić na to, aby bagatelizować obecność polskich polityków wśród flag OUN-UPA. Prawdą jest, że dla Ukraińców nie oznaczają one popierania zbrodni na Polakach. Ale tak samo przecież Putin też nie czci Dnia Zwycięstwa 9 maja, bo popiera chociażby mord w Katyniu. Pewne tradycje są więc po prostu antypolskie, bez względu na ich odbiór w krajach macierzystych. Dla polskiego ducha chyba nie ma zaś niczego gorszego, niż właśnie takie infantylne usprawiedliwianie tych tradycji, którym powinniśmy z całą mocą się przeciwstawiać. Jeśli dzisiaj nie będziemy mówić głośno prawdy o ideologii OUN, to kto ma to zrobić i kiedy?
Myślę, że ofiary Tragedii Smoleńskiej ze śp. prezydentem Lechem Kaczyńskim na czele – który sam błądził w tej akurat sprawie, jeśli by sobie czegoś życzyły, to właśnie tego, by w polityce międzynarodowej nie popełniać tych błędów, których dopuścili się oni za życia. Dzisiaj musimy właśnie w imię tego patriotyzmu, który towarzyszył 96 członkom delegacji, mówić głośno o tym, że milczenie na temat udziału ukraińskich środowisk nacjonalistycznych w demonstracjach i wymiana z nimi banderowskich pozdrowień jest błędem. A w polityce błąd bywa przecież gorszy niż zbrodnia.
Tomasz Jasiński
