Z Zasmyk pod Kiwerce

Jedna z bomb trafiła w duża lipę, rozrywając ją na kawałki. Rosła ona na podwórku sąsiada, na którym radzieccy wojskowi umieścili dużą ilość koni i wozów. Na miejscu zginął Bohuslaw Nowotny, opiekujący się końmi, który skrył się pod lipą. Wybuch rozerwał go na kawałki. Wraz z nim zginął Polak Tadeusz Dobrowolski. Też niewiele z niego zostało. Poranione konie wydawały przeraźliwy kwik, stawały dęba, biły kopytami. Dla mnie jako młodej dziewczyny sytuacja ta oznaczała piekło, którego nie byłam w stanie opanować.

– O tym, że w okolicy pojawili się Rosjanie, dowiedziałam się od rannych przywiezionych do szpitala – wspomina Monika Śladewska. – Praca w nim absorbowała mnie na tyle, że nie widziałam, co się wokół dzieje. Co najwyżej od rannych dowiadywałam się, gdzie ostatnio toczyła się bitwa. Nie mieliśmy radia i zupełnie byliśmy odcięci od świata. Od zagadnień politycznych w ogóle byliśmy odcięci. Nikt z nami nie organizował żadnych pogadanek. Nie wiedzieliśmy nawet, że należymy do Armii Krajowej. Ufaliśmy naszym dowódcom, a przede wszystkim kierownictwu dywizji. Czy ono zdawało sobie sprawę z dwuznaczności polityki zachodnich aliantów wobec Polski, nie wiadomo. Było to już po konferencji teherańskiej, podczas której Kresy Rzeczypospolitej Anglicy i Amerykanie oddali Stalinowi. Nasza walka o Kresy z góry była skazana na klęskę. Stanowiła tylko manifestację polityczną, która niestety nie mogła nic zmienić. Myśmy się nad tym wówczas nie zastanawiali, wykonywaliśmy rozkazy. Dowództwo dywizji wiedziało jednak już po pierwszym spotkaniu z dowództwem radzieckim, że cele polityczne „Burzy” na Wołyniu nie zostaną osiągnięte.

Znalazł się poza pierścieniem

– Sowieci wyrażali zgodę na czasowe współdziałanie na froncie z dywizją, utrzymywanie przez nią łączności ze swoimi władzami, lecz wykluczali pozostawienie dywizji na zapleczu frontu. Od razu poinformowali też dowództwo dywizji, że działa ona na ziemi ukraińskiej, na której nie może występować w roli gospodarza. Dowódcy dywizji starali się oczywiście wykonać rozkaz bez wchodzenia w polityczne niuanse. Oddziały dywizji zostały przegrupowane i zaczęły szykować się do walki. Szpital dywizyjny z Kupiczowa został przeniesiony do Mosulu. W nowym pasie operacyjnym, obejmującym około 60 km, dywizja miała wykonywać zadania uzgodnione z dowództwem radzieckim. W pierwszych dniach kwietnia 1944 r. dywizję zaatakowały przeważające siły niemieckie , które zamknęły ją w kotle. Nasz szpital, za nią podążający, znalazł się poza pierścieniem na łasce losu. Składająca się z kilkudziesięciu wozów kolumna szpitalna , wioząca rannych, zatrzymała się w lesie. Ranni leżeli na wozach pod gołym niebem. Byli to na szczęście lżej ranni. Ciężej ranni zostali w szpitalu w Kupiczowie. Nie nadawali się do transportu w warunkach partyzanckich. Do opieki nad nimi zostały cztery sanitariuszki, w tym ja. Trzy sanitariuszki uznały, że rannych trzeba odwieźć do szpitala radzieckiego, w którym będą mieli szanse na przeżycie. W tej grupie odjechał m.in. „Tajfun”, czyli Stanisław Bekier. Po wyleczeniu wstąpił do Samodzielnej Brygady Artylerii Ciężkiej i z 1 Armią Wojska Polskiego przeszedł cały jej szlak bojowy od Dolska nad Turią do Łaby. Okolice Kupiczowa w tamtym czasie zostały opanowane przez partyzantkę radziecką.

Ja wracam!

– W pierwszej dekadzie kwietnia z Mosulu do Kupiczowa przyjechał ppor. „Konrad” Roman Skwarski, dowódca kompanii gospodarczej 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK. Miał zabrać resztę sprzętu szpitalnego ozdrowieńców, resztę sanitariuszek i dołączyć do dywizji. Właśnie jemu w szpitalu robiłam ostatni opatrunek, miał bowiem lekko poranioną szyję. Odwijając bandaże zobaczyłam, że jest strasznie zawszony. Insekty dosłownie kapały z niego na podłogę. Wkrótce z Kupiczowa wyruszyła długa kolumna furmanek. Część starszych mężczyzn, nie posiadających broni, zdecydowało się dołączyć do dywizji, obawiając się o swój los po wkroczeniu do Kupiczowa Armii Czerwonej. Jednym z tych wozów powoził mój brat Józef, a ja jechałam obok niego. W pewnym momencie zeskoczyłam z wozu i powiedziałam – ja wracam! Brat powiedział, że zrobiłby to samo, ale nie ma komu przekazać koni, bo na wozie jechały tylko trzy dziewczyny. Ruszył dalej do przodu i więcej go już nie widziałam. Dlaczego podjęłam taką decyzję, nie wiadomo. W jakiejś mierze była ona podświadoma. Mój ojciec od dawna walczył w dywizji. W Kupiczowie została sama mama z młodszymi siostrami, która najzwyczajniej się bała. Mówiła – po lasach są jeszcze Ukraińcy, dlaczego odchodzicie? Po powrocie do Kupiczowa dalej pracowałam w szpitalu z felczerem Niemoszkalenko, który też został w Kupiczowie.

Pojawił się samolot

– Leżeli w nim partyzanci radzieccy, których atakował tyfus i malaria. Stacjonujący w Kupiczowie oddziała partyzantów radzieckich stanowił garnizon, mający bronić go przed ewentualnymi odwiedzinami ukraińskich rezunów. Radziecka ofensywa na jakiś czas została wstrzymana i wieś znalazła się na obszarze ziemi niczyjej. Nad jej domami zaczęły krążyć często niemieckie samoloty zwiadowcze tzw. „ramy”. To zaś nigdy nie wróżyło nic dobrego. Felczer Niemoszkalenko podjął decyzję o ewakuacji szpitala za linię frontu. Jako ostatnia sanitariuszka miałam się zająć ich transportem. Czesi podstawili wozy i wysłali je słomą. Gdy chcieliśmy wynosić rannych, nad Kupiczowem pojawił się samolot, z którego posypały się bomby i rozległy się serie strzałów z jego pokładowych karabinów maszynowych. Celem ataków była szkoła, pod którą stały tabory wojskowe. Gdy samolot odleciał, to do szpitala przybiegły kobiety z prośbą o pomoc. Na jednym z podwórek leżał młody człowiek Ladislav Kalivoda z roztrzaskaną nogą. Felczer nie zastanawiając się ją amputował, zabandażował kikut. Chłopca wniesiono do domu. Lżej rannych było jeszcze więcej i wszystkich należało opatrzyć. Z tego powodu z chorymi wyruszyłam znacznie później niż zamierzałam. Dopiero następnego dnia rano dotarliśmy do radzieckiego szpitala polowego.

Dramatyczny przebieg

– Stąd zostali przetransportowani do frontowego szpitala zakaźnego. Gdy jechałam nocą z chorymi partyzantami, od strony Kowla jaśniała łuna. W niebie migotały światła reflektorów przeciwlotniczych i rozległy się wystrzały niemieckiej artylerii przeciwlotniczej, usiłującej odeprzeć nalot radzieckich bombowców. W Kupiczowie dane mi było jeszcze przeżyć Wielkanoc 1944 r. Miała ona dramatyczny przebieg, bo wieś znów została zbombardowana. Wkrótce Niemcy, chcąc odblokować Kowel rozpoczęli natarcie, mające odepchnąć Sowietów na wschód. Na osi ich natarcia znalazł się m.in. Kupiczów. Zaczęło się od kolejnego bombardowania. Jedna z bomb trafiła w duża lipę, rozrywając ją na kawałki. Rosła ona na podwórku sąsiada, na którym radzieccy wojskowi umieścili dużą ilość koni i wozów. Na miejscu zginął Bohuslaw Nowotny, opiekujący się końmi, który skrył się pod lipą. Wybuch rozerwał go na kawałki. Wraz z nim zginął Polak Tadeusz Dobrowolski. Też niewiele z niego zostało. Poranione konie wydawały przeraźliwy kwik, stawały dęba, biły kopytami. Dla mnie jako młodej dziewczyny sytuacja ta oznaczała piekło, którego nie byłam w stanie opanować.

Zaginione rzeczy

– Podobna masakra miała miejsce pod szkołą, gdzie też stały konie. Ilekroć przypominam sobie tamto zdarzenie, to słyszę w uszach ten przeraźliwy kwik przerażonych koni. Mama po niemieckim nalocie oznajmiła -uciekamy! Złapaliśmy, co mieliśmy po ręką i ruszyliśmy w stronę Zasmyk. Ledwie opuściliśmy tę osadę, gdy znalazła się ona pod ostrzałem artylerii niemieckiej. Uciekając na Zasmyki, zatrzymaliśmy się po drodze w Miedzikowie. Miejscowość ta była pełna uchodźców i partyzantów z polskiego oddziału Roberta Satanowskiego. Prosiliśmy ich, by pojechali z nami do Kupiczowa, byśmy mogli zabrać ze sobą resztę rzeczy i krowę. Partyzanci zgodzili się po warunkiem, że ostrzał artyleryjski trochę się uspokoi. Słowa dotrzymali. Pojechała z nimi do Kupiczowa moja siostra Jadwiga. Po kilku godzinach wrócili, wioząc na wozie pierzynę, poduszkę i kożuch taty. Reszta naszych rzeczy zaginęła. Jadwiga zdołała odszukać naszą krowę, która stała w rozwalonej stodole Vrlowej i wyskubywała słomę z sąsieku. Wszystkie zabudowania wokół były spalone. Ruszyliśmy zaraz do Zasmyk. Mama całą drogę martwiła się, czym będziemy karmić krowę. Wiedziała, że wszystkie zabudowania gospodarcze u babci spłonęły. Na skraju lasu lityńskiego zatrzymał nas patrol. Na szczęście nie UPA, tylko Armii Czerwonej. Żołnierze z pepeszami oświadczyli nam, że Zasmyki to strefa frontowa, a tam „nielzia”. Kazali nam iść na wschód, gdzie będziemy bezpieczne.

Dziennikarze

– Na szczęście znałam rosyjski i wytłumaczyłam im, że w Zasmykach mamy rodzinę zabrać i razem udać się na wschód. Ostatecznie patrol nas przepuścił. Gdy weszliśmy do Zasmyk okazało się, że cały teren wsi jest zajęty przez jednostkę Armii Czerwonej. Wszędzie były ziemianki, szałasy, kuchnie polowe, punkty obserwacyjne, zamaskowane stanowiska ogniowe. Był jednak spokój, choć zewsząd wiało grozą. W domu babci przeżyłyśmy kolejne zaskoczenie. Rozłożyli się w nim sowieccy dziennikarze, ściągnięci z Moskwy. Zajęli oni dwa pokoje w domu babci, a nasza rodzina musiała się gnieździć w jednym pokoju i kuchni. Na podwórzu babci stała maszyna drukarska, na której drukowano gazetę frontową. Trafiała ona na najważniejsze pozycje frontowe. W domu babci nareszcie mogłyśmy się wyspać. Na podłodze wprawdzie, ale w domu. Z dziennikarzami zaczęłyśmy prowadzić handel wymienny. Za mleko dostawałyśmy od nich herbatę i cukier. Były to wówczas prawdziwe rarytasy. Długo jednak w Zasmykach nie zostałyśmy. Niemcy rozpoczęli kontrofensywę i w ciągu 24 godzin ludność cywilna musiała opuścić Zasmyki. Wojsko podstawiło samochody, na które wsiedli z dobytkiem starsi i niedołężni.

Jama w ogrodzie

– Młodsi i zdrowsi musieli iść piechotą lub jechać własnym transportem, ciągnąc za sobą krowy. Z Zasmyk wyjechali praktycznie wszyscy mieszkańcy. Została w nim tylko moja babcia. Później wróciła po nią ciocia Kardaszowa. Okazało się, że babcia wykopała w ogrodzie jamę, w której hodowała świniaka i karmiła go raz dziennie przed świtem. Ważył on już osiemdziesiąt kilogramów i nadawał się na ubój. W tym czasie Sowieci zarządzili ewakuację, a babcia nie chciała wieprzka zostawić. Jak wszyscy wyjechali, babcia poprosiła dziennikarzy o pomoc. Ci nie odmówili. Przydzielili jej dwóch żołnierzy pochodzących ze wsi , którzy ubili świniaka, a kucharz pomógł mięso rozebrać i zapeklować. Babcia chciała się podzielić mięsem po połowie, ale dziennikarze nie przyjęli. Powiedzieli, że mają co jeść. Wywieźli też babcię i ciocię Kardaszową z Zasmyk swoim samochodem. Babcia wyjazd z Zasmyk bardzo przeżyła. Długo jeszcze płakała, gdy o nich rozmawiałyśmy. Wszyscy uchodźcy z Zasmyk zostali rozmieszczeni w różnych miejscowościach między Bożyszczami a Kiwercami. Mieszkali w domach należących do Polaków, którzy wrócili do swych domostw, głównie z baz samoobrony, w tym z Przebraża. Najczęściej były to same kobiety, bo mężczyzn powoływano do polskiego wojska.

Ukraińskie złodziejki

– Nam kwaterę wyznaczono w Olganówce. Ledwie zaczęliśmy tam mieszkać, a już tamtejsze Ukrainki chciały nam ukraść krowę. Na pastwisku trzeba było na nią uważać, bo Ukrainki miały na nią ochotę. Ciocia Eugenia, pasąc swoją, pilnowała także krowę babci. Któregoś dnia zaatakowały ją trzy Ukrainki, które powiedziały, że to są ich krowy i je zabierają. Chciały ciocię Gienię bić. Na szczęście przechodził obok rosyjski oficer. Ustawił Ukrainki po jednej stronie, a ciocię po drugiej, a krowy pośrodku. Najpierw dokładnie obejrzał krowy, a później kazał Ukrainkom podać znaki szczególne. Nie potrafiły tego uczynić, więc je przegonił. W Olganówce mogliśmy wreszcie wyprać swoje rzeczy. Od oficera rosyjskiego , który przysyłał żołnierza po mleko, dostawałyśmy konserwy i mydło. Dzięki temu, że w Olganówce stacjonowały radzieckie oddziały, które zajmowały się m.in., szkoleniem rekrutów, mogłyśmy spać spokojnie. W innych miejscowościach było różnie. Bojówkarze z UPA nie zaprzestali bowiem swojej działalności. Niewielkie oddziały UPA krążyły po lasach i nocami mordowały. W okolicy Szepietówki atakowały mniejsze grupy żołnierzy radzieckich, transporty kolejowe i Polaków. Z tego powodu m.in. nasi dawni sąsiedzi Municzewscy zostali zmuszeni do szukania na własne rękę nowego zakwaterowania. Zamieszkali bowiem w Starówce w chacie bez drzwi, okien i podłogi. W nocy skonstatowali, że dosłownie przez ich podwórko przechodziła banda banderowców, idąca na akcję.

Drżeli o życie

– Do rana drżeli o życie , a jak zaświtało, to natychmiast uciekli. Banderowcy na szczęście do chaty nie zajrzeli, bo gdyby to uczynili, to bez wątpienia Municzewskich by zarżnęli. Mniejsze banderowskie grupy, czoty i roje wciąż penetrowały niespalone domy Polaków lub „odwiedzały” tych, którzy ośmielili się wrócić do swoich zagród. Chałupa, w której zamieszkali Municzewscy była zapewne ukraińska i dlatego banderowcy nie zwrócili na nią uwagi. Pewnie ją też wcześniej wielokrotnie penetrowali, zabierając wszystko, co nadawało się do użytku. Także blisko nas, mimo że stały tu sowieckie oddziały, banderowcy dokonywali napadów. Pod Kiwercami zamordowali pełniące wartę dwie młode dziewczyny- z batalionu kobiecego im. Emilii Plater. Pilnowały one magazynu, który banderowcy chcieli zniszczyć. W naszej okolicy trwała w tym czasie również mobilizacja do Wojska Polskiego. Jego formujące się jednostki zajęły teren w lasach kiwerskich. Wiedziałam, że większość żołnierzy pochodziła z Kresów Wschodnich. Kiedyś ich odwiedziłam w nadziei, że wśród nich znajdę deportowanych znajomych, wywiezionych w rejon Archangielska.

UPA mordowała

– Wtedy dowiedziałam się, że na czele wojska stoi przedwojenny polski oficer-legionista gen. Zygmunt Berling. Szeregowi żołnierze mówili o nim w superlatywach i mieli do niego zaufanie. Chodząc w pobliżu polskich rejonów zakwaterowania, słyszało się często „Rotę” i „Wszystkie nasze dzienne sprawy”, a także inne polskie pieśni i piosenki. W niedzielę odbywały się w obozach imprezy artystyczne. Niedziela była bowiem dniem wolnym od zajęć. Żołnierzom nie wolno było jednak oddalać się od obozów. Tłumaczono im, że może to być dla nich niebezpieczne. Bo UPA morduje polskich żołnierzy. Argumentacja ta nie trafiała do polskich żołnierzy. Nie rozumieli wołyńskiej skomplikowanej rzeczywistości. Nie rozumieli, dlaczego mają być ostrożni kontaktach z ludnością ukraińską. Dopiero po pewnym czasie zaczęli rozumieć dlaczego, gdy przechodzili przez ukraińskie wsie, to nikt ich nie witał. Wyglądano na nich zza węgła i zza opłotków. W tym też okresie do Kiwerc dotarli żołnierze zgrupowania „Gardy” z 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK, którzy przeszli Prypeć. Początkowo żołnierze ci przez pewien czas zachowali swoją odrębność i porządek organizacyjny, a także własne dowództwo. W grupie tej było wielu znajomych, kolegów i kuzynów. Wśród nich byli m.in. Tadeusz Kardasz, Zygmunt Dąsalski, Tadeusz Municzewski, dr „Gryf” oraz por. „Konrad”.

Cdn.

Marek A. Koprowski

forma płatności