Wszyscy bali się strasznie

Dawała im zegarek i pierścionki. Ci je oczywiście wzięli, ale Żydówkę popędzili do getta. Jej mąż z synem dalej ukrywali się w zbożach. Pomagał im ich sąsiad Ukrainiec, bardzo dobry człowiek, który donosił im żywność. Pałętali się po polach do jesieni.

Janina Świąder, choć korzenie ma kresowe, to Wołynianką została przez przypadek. Jej rodzice osiedlili się we Włodzimierzu po I wojnie światowej, ale pochodzili z Lwowszczyzny. Ojciec z samego Lwowa, a mama z Brodów k. Lwowa.

– W czasie I wojny światowej moi rodzice znaleźli się w Dęblinie, tam się poznali i pobrali – wspomina. – Jak tylko zaistniały do tego możliwości, rodzice postanowili osiedlić się we Włodzimierzu nad Ługą, gdzie odrodzone państwo polskie potrzebowało pracowników. Jak mi opowiadała mama, miasto i okolice były zniszczone. Trzeba było je dźwigać z ruin. Do miasta ściągali nauczyciele, urzędnicy, inżynierowie, lekarze i sędziowie. Miasto szybko zaczęło się rozwijać. Powstawały nowe, dobrze zaopatrzone sklepy. Znany warszawski księgarz Pomarański zorganizował pierwszą w mieście księgarnię w centrum miasta, dwaj kupcy z Poznańskiego Ciudziński i Kotliński założyli w mieście magazyny. Pierwszy włókienniczy, drugi gospodarczy. Lucjan Kowalski otworzył cukiernię. Lickindorf i Szumowski założyli sklepy z materiałami piśmiennymi i wielobranżowe.

Święta garnizonowe

– Swoje sklepy otworzyli także siostry Wolskie, a także Zajączkowski i Szumowski. Stanisław Pietras uruchomił restaurację „Pod Strzechą”, która szybko zyskała renomę. Szybko w mieście rozwijała się też polska oświata i kultura. W życiu Włodzimierza mocno zaznaczyły swą obecność takie organizacje, jak Polska Macierz Szkolna i Towarzystwo Dobroczynności. Bardzo ważną rolę we Włodzimierzu odgrywał też garnizon wojskowy. Stacjonowały w nim 23 pułk piechoty, 27 pułk artylerii lekkiej, kadra 19 pułku ułanów i Szkoła Podchorążych Rezerwy Artylerii. Znane były odbywające się święta garnizonowe , defilady, konkursy hippiczne, obchody i akademie, bale i zabawy. Sporo rodzin wojskowych mieszkało, tak jak my, na kolonii urzędniczej i było naszymi sąsiadami. Rodzice zbudowali dom przy ulicy Zimnej 24. Początkowo jednak rodzice mieszkali w wynajętej kwaterze. Pracując na państwowej posadzie byli jednak w stanie odłożyć tyle pieniędzy, że w 1927 r. na przydzielonej działce zbudowali dom. Niewielki, drewniany, ale jednak. Zrobili to mimo, że wcześniej w wyniku wymiany marki na złotego stracili całe oszczędności. Za złożone pieniądze zamiast zbudować dom, mogli kupić sobie krowę. Szybko jednak odrobili straty. Mama była nauczycielką, a ojciec urzędnikiem. Najpierw pracował na poczcie, a później przeszedł do Kasy Chorych. Oboje zarabiali tyle, ze stać ich było na posiadanie trojga dzieci. Miałam jeszcze dwóch braci, starszego Mariana i młodszego Stanisława. Tato niestety umarł w 1932 r., gdy miałam dziewięć lat, na gruźlicę. Przed śmiercią długo chorował i było nam bardzo ciężko. Gdy umarł, w naszym domu jeszcze bardziej się pogorszyło. Mama została sama z trojgiem dzieci. Gdy ukończyłam siedmioklasową szkołę podstawową, mama nie mogła mnie posłać do gimnazjum, choć miała dobre stopnie. Zaczęłam naukę w szkole krawieckiej. Za naukę w gimnazjum trzeba było bowiem płacić. Poszedł do niego tylko najstarszy brat.

Dzieci trzymały się razem

Jak zapamiętała Janina Świąder, współżycie między Polakami a Ukraińcami we Włodzimierzu układało się dobrze.

– Sporo było zwłaszcza małżeństw mieszanychnb- wspomina. – Polki wychodziły za Ukraińców, a Polacy żenili się z Ukrainkami. Na naszej kolonii urzędniczej takich rodzin mieszkało wiele i tworzyły one bardzo zgodne stadła. Na kolonii żyli też Ukraińcy, z którymi wszyscy się przyjaźnili. Dzieci w ogóle trzymały się razem, bawiąc się w jednej gromadzie. Niedaleko nas po sąsiedzku kupił dom prawosławny pop. Sam mieszkał w nim tylko od czasu do czasu. Miał swoją parafię gdzieś na wsi. W domu mieszkała jego żona popadia z trójką wnucząt, które zostawiła mu zmarła córka. Pop celowo kupił dom na kolonii, żeby jego wnuki mogły uczęszczać do szkoły. Myśmy z tymi wnukami popa żyli w wielkiej przyjaźni. Najstarsza córka tego popa, starsza ode mnie, wyszła przed wojną za mąż za Polaka. Pamiętam, że ta popadia bardzo lubiła, gdy polskie dzieci przychodziły się bawić z jej wnukami. Schodziła się więc na jej podwórko cała dzieciarnia z okolicy. Popadia na wszystko nam pozwalała. Pop, jak przyjeżdżał do domu, to też nas nie przeganiał. Czymś zawsze wszystkich częstował. Gdy wybuchła wojna, Janina Świąder miała 16 lat.

Pamiętne wydarzenie

– Bardzo przeżywałam to wydarzenie. Cały Włodzimierz był zapchany uciekinierami z centralnej Polski. Sporo z nich szukało schronienia na kolonii urzędniczej, gdzie mieszkaliśmy. U nas w domu zatrzymała się jakaś znana artystka scen warszawskich z mężem, którzy przyjechali do Włodzimierza samochodem. Zostawiła ich u nas i sam pojechał szukać benzyny. Akurat Niemcy zaczęli bombardować miasto, w trakcie którego jego samochód został zniszczony , a on sam ranny. Z naszej gościny korzystał też jakiś młody ksiądz ze Śląska który panicznie bał się Niemców. Gdy 17 września gruchnęła wiadomość, że bolszewicy przekroczyli granicę Polski, cała naszą kolonię urzędniczą ogarnęło przerażenie. Ludzie spodziewali się najgorszego. Mama zabrała nas i przeszliśmy do domu jej koleżanki. Miała ona dom murowany i mama sądziła, że lepiej nas obroni przed atakami sowieckimi niż nasz drewniany. Oprócz nas w domu tej koleżanki zbierały się inne rodziny. Wszyscy starali się pocieszać, że może nie będzie tak źle, ale wszyscy bali się strasznie. Spodziewali się, ze lada godzina do miasta wtargnie dzicz bolszewicka taka jak w 1920 r. i zaczną się mordy, gwałty i rabunki! Na szczęście rzeczywistość nie okazała się tak straszna. Azjatyckich wyczynów w trakcie wkraczania bolszewików nie było. Już na drugi dzień po zajęciu miasta przez Sowietów zaczęły się jednak aresztowania. Wyglądało to tak, ze działali według od dawna przygotowanych list.

Mama ciężko zachorowała

– Nie poruszali się po omacku, ale aresztowali najpierw wszystkich wojskowych i członków ich rodzin, a później znaczniejszych urzędników i przedstawicieli inteligencji itp. Naszą rodziną NKWD jakoś się nie zainteresowało. Wdowa z trojgiem dzieci nie przyciągała ich uwagi. Kolonia urzędnicza, na której mieszkaliśmy, bardzo szybko pustoszała. Co rusz słyszało się, że tego czy tamtego aresztowali. Nasza sytuacja była bardzo trudna. Nie mieliśmy środków do życia. Przed wojną mama ciężko zachorowała i musiała przejść na rentę. Sowieci przestali ją wypłacać i ja, mając 16 lat, wraz ze starszym osiemnastoletnim bratem musieliśmy pójść do pracy. Znaleźliśmy ją w nowym przedsiębiorstwie, utworzonym przez Sowietów i nazywającym się „Ogrody Miejskie”. Sowieci powołali je do zagospodarowania działek znajdujących się wokół naszej kolonii. Na jego czele stanął Polak mieszkający niedaleko nas, pan Stanisław, na którego mówiliśmy Stach Ogrodnik. Pozbierał on wszystkie dzieci z kolonii i zatrudnił je w kierowanych przez siebie ogrodach, w których Sowieci kazali uprawiać mu tytoń. Wraz z bratem utrzymywałam dzięki zatrudnieniu w ogrodach cała rodzinę, czyli mamę, brata, a także matkę mamy, czyli naszą babcię oraz jej siostrę i ciocię. W czasie okupacji sowieckiej struktura ludności na kolonii znacznie się zmieniła. W domach, z których wywieziono wszystkich mieszkańców, zamieszkali sowieccy wojskowi bądź urzędnicy.

Błagała, żebyśmy ją ukryli

– Do każdego domu dokwaterowano też dodatkowych lokatorów, głównie sprowadzonych z ZSRR pracowników. W dużym domu obok nas zainstalowała się rodzina rosyjskiego oficera. Nam dokwaterowano też rosyjskiego kierowcę z żoną. Jeździł on po zaopatrzenie po całym Wołyniu, a także Galicji. Pamiętam, że był w kolejnej delegacji, kiedy wybuchła wojna. Jego żona wpadła w panikę. Błagała, żebyśmy ją ukryli, bo jak wejdą Niemcy, to ją zabiją. Na szczęście jej mąż zdążył w ostatniej chwili. Wskoczyła do auta i natychmiast odjechali nic z sobą nie zabierając. Zostawił nawet swoją legitymację partyjną. Mama, jak sprzątała dom, to ją znalazła. Od razu ją spaliła ze strachu przed Niemcami. Bała się, że jak zrobią rewizję i znajdą tę legitymację, to oskarżą ją o jakieś kontakty z bolszewikami. Samo wkroczenie Niemców do Włodzimierza bardzo przeżyliśmy. Pierwsza fala Niemców była pijana. Zachowywali się bezwzględnie. Strzelali do wszystkiego, co się ruszało. Niedaleko naszego domu znajdował się magazyn wojskowy, którego pilnowali młodzi żołnierze. Jak wybuchła wojna, to bali się porzucić posterunku bez rozkazu. Uciekli dopiero, gdy zobaczyli Niemców. Usiłowali schronić się w zbożu, ale ci ich zobaczyli i ruszyli za nimi w pościg, strzelając seriami. Kto był nieostrożny i pokazał się na ulicy, dostawał kulę. Z jednej strony naszego domu Niemcy zastrzelili chłopaka mającego szesnaście lat, a z drugiej mężczyznę ojca dziewięciorga dzieci. Jak zaczęła się strzelanina, to chciał się on ukryć w rowie przeciwlotniczym, które kazano nam wszystkim wykopać. Myślał, ze w rowie tym będzie bezpieczniejszy.

Od razu dostał kulę

– Gdy wyskoczył z domu, od razu dostał kulę. Jego najstarszemu synowi Niemiec przestrzelił nerkę. W pewnym momencie do naszego domu wpadła grupa szukających schronienia Ukraińców, którzy wyszli z rozbitego więzienia. Jak Niemcy uderzyli na Włodzimierz, to strażnicy więzienni uciekli. Więźniowie wywalili wtedy drzwi cel i bramę więzienia i ruszyli do domów. Z naszą dzielnicą sąsiadowała czysto ukraińska wieś Zimno. Do niej właśnie kierowali się uwolnieni więźniowie. Gdy zaczęła się strzelanina, Ukraińcy schronili się w naszym domu, który był ostatnim na ulicy. Niemcy to zauważyli i otoczyli dom i kazali wszystkim wychodzić. Gdy sprawa się wyjaśniła, dali tym Ukraińcom nawet przepustki, by nikt się ich nie czepiał. Niemcy od razu zaczęli organizować swoją administrację i powołali do życia ukraińska policję, która mocno się dała we znaki Polakom i uczestniczyła w eksterminacji Żydów. Oni zapędzali Żydów do getta, które Niemcy zaraz utworzyli i wyłapywali Żydów, którzy się ukrywali. Naprzeciwko nas po drugiej stronie ulicy mieszkała rodzina żydowska, a obok niej dwie mieszane rodziny polsko- ukraińskie. Rodzina żydowska zajmowała się przede wszystkim uprawa ziemi. Mieli konia, wóz i prowadzili gospodarstwo. Jak zaczęli zaganiać Żydów do getta, to oni zaczęli się ukrywać w zbożu.

Popędzili do getta

– Wieczorami Żydówka przychodziła jednak do domu i zaglądała do niego. Nie wiadomo, czy przez przypadek, czy na skutek donosu, któregoś wieczoru zjawili się policjanci ukraińscy i ją aresztowali. Ja tego nie widziałam, ale świadkiem tego zdarzenia była moja mama. Żydówka ta błagała tych policjantów, żeby ją puścili. Dawała im zegarek i pierścionki. Ci je oczywiście wzięli, ale Żydówkę popędzili do getta. Jej mąż z synem dalej ukrywali się w zbożach. Pomagał im ich sąsiad Ukrainiec, bardzo dobry człowiek, który donosił im żywność. Pałętali się po polach do jesieni. Któregoś dnia na noc wrócili do domu i zaraz zjawili się ukraińscy policjanci, których zawiadomił mieszkający w pobliżu Ukrainiec. Policjanci zabrali tego Żyda z synem i popędzili do getta. Znajdowało się ono w centrum miasta. We Włodzimierzu istniało jeszcze jedno getto dla Żydów fachowców, wykonujących różne usługi dla armii niemieckiej. Mieściło się ono w południowo-zachodniej części miasta. Zgromadzonych w nim było około 500 Żydów. Jesienią 1942 r. Niemcy wraz z policją ukraińską zlikwidowali getto. Kilkanaście tysięcy Żydów w nim mieszkających zostało wywiezionych do lasu Piatydnie i tam rozstrzelano. Niemcy całą operację tylko nadzorowali. Głównym jej wykonawca była policja ukraińska. Polacy także bali się ukraińskich policjantów.

Polowania na młodzież

– Ci korzystając z protekcji Niemców czuli się bardzo pewnie i Polaków także mordowali. Co rusz słyszało się, że tego czy tamtego zabili. Ja też miałam z nimi przygodę. Ukraińska policja nocami regularnie urządzała polowania na polską młodzież. Przychodzili do domu, wykorzystując godzinę policyjną i zabierali młodych do punktu zbornego, z którego Niemcy wywozili wszystkich na roboty do Rzeszy. Mnie tez którejś nocy wyciągnięto z domu i zapędzono do szkoły, w której ukraińska policja gromadziła wszystkich przeznaczonych na wywózkę do Niemiec. Mama zaczęła szybko działać, żeby mnie wydostać z punktu zbornego. U jednej z jej koleżanek mieszkał oficer ukraińskiej policji, pilnujący punktu zbornego w szkole. Za odpowiednią ilość słoniny i bimbru, które wówczas były główną walutą Ukrainiec ten zgodził się mnie wypuścić. Wyprowadził mnie na tyły szkoły, gdzie czekała koleżanka manny z dorożką. Nie mogłam niestety wrócić do domu, bo oficjalnie nie zostałam zwolniona tylko uciekłam z punktu zbornego. Koleżanka matki miała córkę w moim wieku i postanowiła mnie zabrać do siebie. Tam jednak zaczął się problem. Przyszedł bowiem ten Ukrainiec, który mnie wypuścił razem z kolegą który także mieszkał u koleżanki. Przystąpili do konsumpcji bimbru i słoniny, otrzymanych od mojej matki za moje uwolnienie i chcieli, żeby dziewczynki z nimi posiedziały. Cóż było robić. Siadłyśmy z tymi Ukraińcami, ale gdy ci sobie już tego popili koleżanka matki ukradkiem nas zabrała i schowała w specjalnej kryjówce. Mieściła się ona na poddaszu ganku. Od strony strychu był dla niepoznaki załadowany chrustem a wchodziło się do niego przez klapę od strony ganku. Koleżanka matki przygotowała tę kryjówkę dla swoich dzieci. Gdy nas tam umieściła to na dole zaczęła się awantura.

Młode Laszki

– Ukraińcy wściekli się, że gospodyni zabrała im dwie młode Laszki i zaczęli nas szukać. Jeden z nich postanowił dać koleżance matki dać nauczkę i pobiegł po Niemców. Po jakimś czasie wrócił z niemieckim patrolem. Koleżanka mamy wyjaśniła, że do jej córki przyszła jakaś znajoma, której ona nie zna. Po jakimś czasie udała się do domu a córka poszła ją odprowadzić i została na noc. Nie wiadomo, czy Niemcy uwierzyli w tą bajeczkę, bo obeszli cały dom a w końcu usłyszałyśmy ich kroki na schodach prowadzących na strych. Mnie żołądek podszedł do gardła i oblał zimny pot. Niemcy, poświęcili latarkami i zobaczyli, że strych jest pokryty kurzem i pajęczynami uznali, że nikt tu nie zaglądał od dawna i zeszli na dół. Dali wiarę wyjaśnieniom koleżanki mojej mamy i sobie poszli. Ukraińcy wypili resztę bimbru i posnęli. Rano, gdy poszli na służbę opuściłyśmy kryjówkę.

Cdn

Marek A. Koprowski

forma płatności