– Śmierć w wojsku zawsze można było ukryć, ale ciężko rannego w szpitalu już o wiele trudniej. Lekarz, który przychodził do chorych interesował się głównie tym, czy już zdechłem. Gdy po trzech dniach jeszcze żyłem, ten bydlak kazał mi wstać i robić pompki.
– Od 1 września 1952 r. poszedłem do pracy i do szkoły w Częstochowie.- Zatrudniłem się jako pisarz budowlany, a po południu uczęszczałem do Gimnazjum dla pracujących przy ul. Kościuszki – opowiada Stanisław Nowak – Jego dyrektorem był dawny Akowiec, który znał nasze tereny. Przyjął mnie do X klasy, w której miałem w trybie przyspieszonym w ciągu roku zrobić maturę. Przed aresztowaniem w 1948 r. zdążyłem bowiem uzyskać „małą maturę”. Zamieszkałem u jednej pani nauczycielki, bardzo dobrze zarabiałem. Byłem lubiany przez kolegów. W styczniu skończyłem X klasę i rozpocząłem naukę w XI. W kwietniu zostałem nagle wezwany do Wojskowej Komisji Rezerw, gdzie uświadomiono mi, że jestem powołany do odbycia służby wojskowej i do domu już nie wracam. Nie chcieli słyszeć, że jestem pozbawiony praw publicznych i honorowych, że mam niedługo zdawać maturę itp. Oficer, który ze mną rozmawiał, zgodził się tylko, bym udał się do zakładu pracy, by go poinformować, że idę do wojska i zaraz wracał. Wyszedłem z WKR o dziesiątej i o pierwszej już wróciłem. Zdążyłem tylko biegiem wpaść do pracy i na stancję do gospodyni, którą uprosiłem, żeby pojechała do mojej mamy i powiedziała jej, że idę do wojska.
– Znała ją i bez wahania się zgodziła. W tym samym dniu, jak się później dowiedziałem, pojechała do mamy i ją zawiadomiła. Ja od pierwszej do czwartej po południu jeszcze wraz z innymi czekałem. O czwartej wszystkich nas ustawiono w czwórki i poprowadzono na dworzec. Pojechaliśmy na Śląsk. Wieczorem dotarliśmy do koszar. Oczywiście nie zostaliśmy przywiezieni do jednostki liniowej, tylko do batalionów pracy. Od razu nas ostrzyżono na zero i przebrano w mundury. Rano nie mogliśmy się poznać. Od razu poddano nas tam ostrym ćwiczeniom, trwającym sześć tygodni. Na wszelki wypadek szykowano nas do odegrania roli mięsa armatniego. Mama zaraz do mnie przyjechała, żeby dowiedzieć się, co się ze mną dzieje. Poprosiłem ją, żeby pojechała do szkoły w Częstochowie i wzięła zaświadczenie, że w czerwcu miałem zdawać maturę. Później jeszcze raz wróciła z nim. Ja wtedy zameldowałem się u dowódcy jednostki z prośbą, by zwolnił mnie na czas zdawania matury. Ten porozumiał się z informacją wojskową i odmówił zwolnienia mnie. Ja wtedy napisałem podanie do ministra, które mama wysłała. Za tydzień wezwał mnie dowódca jednostki. Gdy zameldowałem się u niego, miał pianę na ustach. Strasznie się wściekł, że wysłałem list do ministra z pominięciem drogi służbowej. Ukarał mnie za to dwoma tygodniami karceru. Po odbyciu ćwiczeń w danym dniu szedłem do karceru na tzw. twarde łoże.
– O zwolnieniu na maturę w ogóle nie było mowy. Tu po przysiędze zostaliśmy przydzieleni do pracy w kopalni. Początkowo pracowaliśmy na „Dymitrowie”. W sumie z jednostki 29-60 było nas tam przydzielonych pięć kompanii. Warunki pracy tam były bardzo trudne, wręcz koszmarne. W kilka dni po naszym przydzieleniu do „Dymitrowa” zginęło na jego dole 6 żołnierzy z kompanii ze starszego rocznika. Jeden z żołnierzy popełnił samobójstwo. Atmosfera była bardzo napięta. Władze obawiały się rozruchów. Żołnierze stanowili jedną czwartą załogi kopalni. Po jakimś czasie moją kompanię przeniesiono na kopalnię „Łagiewniki” do jeszcze gorszych warunków. Pracowałem na ścianie we wnęce. Czyniłem to niedługo, bo zdarzył się zawał. Zginęło podczas niego dwóch żołnierzy: Respondek i Szymoch, którego ojciec był przed wojną majorem Policji Państwowej, z takich to rodzin dzieci kierowano też tylko do kompanii górniczych. Ja w czasie tego zawału ocalałem i zostałem tylko przygnieciony. Rzuciło mnie pod taśmę, która osłoniła moje ciało przed zwałem węgla. Straciłem jednak przytomność. Doznałem złamania podstawy czaszki. Krew waliła mi uszami. Spod zawału wystawała mi ręka i dlatego mnie uratowano. Po jakimś czasie przewieziono mnie do izby chorych i ale nie chciano mnie odwieźć do szpitala. Chcieli po prostu ukryć zawał. Nie chcieli, by jakakolwiek informacja o zawale i o śmierci przedostała się do wiadomości publicznej.
– Śmierć w wojsku zawsze można było ukryć, ale ciężko rannego w szpitalu już o wiele trudniej. Lekarz, który do przychodził do chorych interesował się głównie tym, czy już zdechłem. Gdy po trzech dniach jeszcze żyłem, ten bydlak kazał mi wstać i robić pompki. Wściekł się, gdy mu powiedziałem, że mam jedną rękę zmiażdżoną i nie jestem w stanie wykonać jego polecenia. Pewnie bym umarł w tej izbie chorych, gdyby do tego lekarza nie przyjechała żona, także lekarka. Pielęgniarz z izby chorych poszedł do niej z interwencją mówiąc, że jej mąż lekceważy umierającego. Kobieta ta, gdy mnie zbadała, zrobiła dziką awanturę. Na drugi dzień zostałem przewieziony do szpitala wojskowego w Zabrzu, gdzie się mną odpowiednio zajęto. Tam byłem dwa miesiące. Uratowano mi rękę, ale chirurg, którego specjalnie ściągnięto, orzekł, że będzie ona niesprawna, bo mięśnia dwugłowego nie da się już zszyć, bo po pęknięciu w wyniku uderzenia uszkodzony mięsień się zasuszył. Ja, leżąc w tym szpitalu, nic nie słyszałem. Z uszu ciągle lała mi się krew. Po dwóch miesiącach stanąłem przed wojskową komisją lekarską.
– Uznano mnie za inwalidę, ale nie zwolniono do cywila. Komisja orzekła, że nie mogę pracować na dole, ale na powierzchni zgodnie z kwalifikacjami pracownika umysłowego, względnie na wartowni. Była to bardzo dziwna decyzja, jeżeli weźmiemy pod uwagę, że moją utratę zdrowia oceniono na 60 procent. Decyzja komisji w Zabrzu została zatwierdzona przez komisję w Krakowie. Jej przewodniczący, co trzeba mu przyznać, podkreślił w orzeczeniu, że musze być autentycznie zatrudniony zgodnie z orzeczeniem, albo zwolniony do cywila. Nie zwolniono mnie, ale nie żałuję. Powodziło mi się bowiem bardzo dobrze. Zrobiono mnie łącznikiem między jednostką a kopalnią. Przenieśli mnie jednak do innej jednostki, w której czułem się bardzo dobrze. Głównym moim zajęciem było załatwianie rozmaitych premii dla oficerów, dowodzących żołnierzami w batalionach górniczych. Praca żołnierzy nie była bowiem oficjalnie wliczana do efektów wydobycia, osiąganych przez kopalnię. Oficjalnie ich nie było. Cały ich dorobek szedł na konto kopalni, dzięki czemu osiągała ona w przeliczeniu na jednego zatrudnionego ogromne nadwyżki w zakładanych planach. Żołnierze z batalionów górniczych stanowili przecież darmowa siłę roboczą. Kopalnie płaciły tylko kierownictwu jednostek. Szybko zadając się z oficerami przekonałem się, że do batalionów górniczych też kierowano oficerów niepewnych z akowską przeszłością, do których nie miano zaufania.
– Do ich nadzoru do każdej jednostki przydzielono odpowiednio zwiększoną komórkę informacji wojskowej, która starała się oplatać żołnierzy siecią donosicieli. Bardzo dobrze wspominam m.in. majora Fiszerowicza przedwojennego oficera, którego też zesłano do batalionów górniczych. Jak siebie nie umieściłem na listach do premii, to on mnie dopisywał. On też zgodził się, by będąc w wojsku mógł wstąpić na rok zerowy w Wieczorowej Szkole Inżynieryjnej. Do południa pracowałem, a po południu w mundurze uczęszczałem na zajęcia. Dzięki temu, gdy w 1954 r. zakończyłem służbę wojskową, mogłem od razu być przyjęty na pierwszy rok Wieczorowej Szkoły Inżynieryjskiej. W 1958 r. szczęśliwie ją ukończyłem. W 1957 r. wyszła ustawa sejmowa, która puszczała w niepamięć wszystkie przestępstwa, szczególnie niebezpieczne przeciwko państwu, osądzone na mocy dekrety z 13 czerwca 1946 r. ulegają zatarciu, a nazwiska osób, które je popełnili zostają wykreślone z rejestru skazanych. Uznałem, że zostałem zrehabilitowany i przestałem się przyznawać do przeszłości. Dla większego zatarcia śladów wstąpiłem do partii i zacząłem awansować.
Cdn.
Marek A. Koprowski






