Z marszu na śledztwo

Pamiętam, że na koniec, gdy krew zalewała mi oczy i najzwyczajniej narobiłem z bólu w portki, wszedł do pokoju jakiś starszy mężczyzna, który zobaczył, jak mnie katują, strasznie ich zwyzywał.

– Tuż po zatrzymaniu zaprowadzony zostałem na miejscowe UB – wspomina Stanisław Nowak. – Tu ten oficer z Wrocławia kilkakrotnie uderzył mnie w twarz. Nie spodobało się to szefowi tej instytucji, który był świadkiem mojego zatrzymania. Jak zobaczył, że ten wali mnie po mordzie, zerwał się zza biurka z krzykiem – co ty robisz? Jego brat mieszkał w Bursie i znał mnie bardzo dobrze. Ów oficer przestał mnie bić. Wziął jeszcze dwóch funkcjonariuszy i pojechaliśmy do Bursy. Tam ów oficer przeprowadził w moim pokoju bardzo dokładną rewizję. Przeglądał strona po stronie każdą książkę. Podobnie postąpił z zeszytami. Ciągle się przy okazji pytał o brata, kiedy ostatni raz go widziałem itp. Bardzo uważnie przeglądał zwłaszcza moje notatki, szukał ewidentnie wszelkich adresów. Nic nie znaleźli, bo w Bursie żadnych konspiracyjnych materiałów nie przechowywałem. Załadowali mnie więc ponownie do auta i zawieźli do Wrocławia, gdzie od razu zostałem z marszu poddany śledztwu. Przesłuchiwali mnie chyba ze czterdzieści godzin.

Synu, ja cię rozumiem

– Bili i kopali mnie strasznie. Zmuszali mnie do klęczenia z rękami uniesionymi do góry. Moi oprawcy to byli młodzi, prymitywni ludzie, którzy umieli tylko bić. Pamiętam, że na koniec, gdy krew zalewała mi oczy i najzwyczajniej narobiłem z bólu w portki, wszedł do pokoju jakiś starszy mężczyzna, który zobaczył, jak mnie katują, strasznie ich wyzwał. Przestali mnie wtedy przesłuchiwać i zaciągnęli do takiego pomieszczenia, gdzie strumieniem wody ze szlaucha starali się mnie doprowadzić do porządku. Później wrzucili mnie do celi. Teoretycznie była to cela pojedyncza, ale aresztowanych siedziało w niej ośmiu. Znajdowała się tam ubikacja, w której spuszczało się wodę. W tej ubikacji współwięźniowie wyprali mi ubranie i powiesili następnie na kaloryferze. Na drugi dzień znów mnie wezwano na przesłuchanie. Nie było już jednak tych młodych, tylko ten starszy pan. Okazał się on bardzo porządnym człowiekiem, który mnie uratował. Powiedział mi – Synu, ja przed wojną siedziałem w Berezie Kartuskiej jako więzień polityczny. Ja cię rozumiem. – Później przeczytał mi protokół z przesłuchania tego Tadka Gołębiowskiego z Wrocławia, od którego odbierałem dla brata broń i pieniądze, którego, jak się okazało, UB też aresztowało, jak z resztą i mojego brata.

Chcieli mi skuć ręce

Dzięki temu wiedziałem, jak się bronić. Protokół ten był bardzo szczegółowy. Gołębiowski zeznał jednak, że pieniądze, które odbierałem od niego dla brata były w paczce i ja nie wiedziałem, co w niej jest. Gołębiowski nie wspomniał też nic o broni. Ów starszy oficer zapytał mnie po przeczytaniu tego protokołu z zeznaniem Gołębiowskiego, czy się z nim zgadzam. Powiedziałem, że tak. Później jednak jeszcze kilkakrotnie wzywał mnie na przesłuchania, w trakcie których ów starszy pan coś tam sobie notował. Młodzi już mnie nie przesłuchiwali i nikt mnie nie bił. Gdy śledztwo zbliżało się do końca, ów starszy oficer powiedział mi – będę rozmawiał z prokuratorem. Jesteś sądzony w trybie doraźnym i najmniejszy wyrok w tej procedurze wynosi trzy lata. Nikt cię jednak w śledztwie nie obciążył, poza tym, że pomagałeś bratu. Sąd może wziąć to pod uwagę i cię zwolnić.

Jak miała się odbyć rozprawa, zostałem wyprowadzony z celi. Ubowcy chcieli mi skuć ręce. Było ich tylko dwóch i im na to nie pozwoliłem. Tak mnie wtedy jeden z nich uderzył, że spuchły mi wargi i język, że nie mogłem głośno mówić. W sądzie siedzieliśmy kilka godzin, czekając na rozprawę. Tuż przed wejściem na salę podszedł do mnie mocno przestraszony człowiek, który powiedział – jestem pana obrońcą z urzędu! – Więcej jego głosu nie słyszałem. W trakcie rozprawy nie odezwał się ani razu.

Dostałem szału

– Tyle tylko, że był i jego obecność została zapisana w protokole. Rozprawa trwała tylko pół godziny. Odpowiadałem na pytania sądu bardzo cicho, bo głośniej nie byłem w stanie. Przewodniczący sądu wielokrotnie zwracał mi uwagę mówiąc, że ławnicy nie słyszą moich odpowiedzi. Powiedziałem, że nie jestem w stanie głośniej mówić, bo zostałem pobity. Przewodniczący nie chciał mnie w ogóle słuchać. Nie spytał mnie, kto mnie pobił, tylko ironicznie zauważył, że pewnie ze schodów spadłem. Krew mi uderzyła wtedy do głowy i dosłownie ostatkiem sił zerwałem się z ławy oskarżonych i krzyknąłem – to wyście mi to zrobili! Stosujecie takie same metody jak hitlerowcy! Dostałem dosłownie szału i przestałem nad sobą panować. Za swoje zachowanie, za to, że ubliżyłem ubowcom oskarżając ich o pobicie, dostałem nie trzy lata, jak żądał prokurator, ale pięć lat więzienia. Pierwsze dziewięć miesięcy siedziałem w więzieniu we Wrocławiu. Przebywaliśmy tam w strasznych warunkach. Zatłoczone cele, w których nas osadzono, nie były ogrzewane. Marzliśmy strasznie. Gazety które nam dawali do czytania zbierałem i wkładałem pod drelich , żeby było mi trochę cieplej.

Z Wrocławia do Strzelec

– Klawisz, który mnie obmacał i wyczuł szelest papieru, wpadł we wściekłość. Powiedział mi – ty bandyto, gazeta służy do czytania, a nie po to, żeby używać jej jako ocieplacza. – Jako karę za to przewinienie dostałem dwa tygodnie karceru. Mój brat w tym czasie już nie żył. W listopadzie 1947 r. byliśmy aresztowani, w grudniu odbyły się nasze procesy, a w styczniu 1948 r. na bracie wykonano wyrok. Skazano go na karę śmierci. Z Wrocławia przerzucono mnie do Strzelec Opolskich, gdzie pracowałem w kamieniołomach, w koszmarnych warunkach. Kto miał słabe zdrowie, ten szybko się wykańczał. Utrzymywałem kontakt z rodziną, bo ojciec regularnie mnie odwiedzał. Wiedziałem więc, co się w domu dzieje. Rodzice dalej mieszkali w Kraszewicach, ale zmienili dom, zajmując opuszczony dom pożydowski, bo dach na naszym zaczął się walić. Gdy rodzice zagospodarowali się już na dobre, przyjechał do nich sukcesor tej żydowskiej rodziny, mający pełnomocnictwa do sprzedaży jej majątku. Rodzice przyjęli go bardzo grzecznie. Ojciec zapłacił za zajęty dom. Pomógł spieniężyć ziemię, której ta rodzina miała dziesięć hektarów, a także ułatwił mu sprzedaż kolejnej pożydowskiej majętności. Mieszkał on kilka dni u nas i matka o przeżyciach rodziny mu szczegółowo opowiedziała.

Niespodziewana pomoc

– Przeczytała mu ostatni list od brata. Ja w tym czasie siedziałem dwa lata i dziewięć miesięcy w więzieniu. On po zapoznaniu się z sytuacją, dał mamie swój adres w Łodzi i obiecał , że pomoże mnie wydobyć z więzienia. Nie przedstawił się jednak i mama nie wiedziała, kim jest. Mimo to ojechała do Łodzi. Trafiła pod wskazany adres i została przez tego pana przyjęta. Napisał mamie podanie do prezesa sądu, który mógł podjąć decyzję o moim przedterminowym zwolnieniu, przy mamie zadzwonił do niego, przedstawiając całą sprawę. Nad ranem wsadził mamę do wojskowego samochodu , który zawiózł ją na dworzec. Tu kupił jej bilet za własne pieniądze i wyekspediował ją do Wrocławia. Prezes sądu wiedział, że mama przyjedzie do niego między dziewiątą a dziesiątą i już na nią czekał. Odebrał i powiedział mamie, że otrzyma odpowiedź. Mama wróciła do domu, ale nie wierzyli z ojcem, że jej wyjazd coś da. Jak mama do mnie przyjechała na widzenie, to mi o wszystkim opowiedziała. Ja jednak też nie bardzo wierzyłem, ze podanie coś da. Któregoś dnia jednak strażnik po pobudce powiedział , że dzisiaj do roboty nie wychodzę i mam zostać w celi. Nie wiedziałem, co to oznacza, bo mogło być też zapowiedzią przerzucenia mnie do innego więzienia.

Wezwanie do naczelnika
– O ósmej rano wezwano mnie do naczelnika, gdzie oświadczono mi, że na prośbę rodziców zostałem ułaskawiony. Wróciłem do domu. Jak trochę odpocząłem i doszedłem do siebie, postanowiłem pojechać do tego pana i mu osobiście podziękować. Wziąłem od mamy adres i ruszyłem do Łodzi. Po drodze kupiłem najlepszy koniak i kwiaty, i pojechałem na przedmieścia Łodzi, gdzie w willowej dzielnicy mieszkał mój wybawca. Odnalazłem willę, w której mieszkał i dzwonię. Nikt jednak nie wyszedł. Zadzwoniłem więc do sąsiedniej willi, mając nadzieję, że ktoś wyjdzie i powie mi, kiedy przyjdzie gospodarz willi, do którego mam interes. Po chwili wyszła do mnie jakaś pani bardzo kulturalna, która wyjaśniła mi, że pan pułkownik dwa tygodnie temu wyjechał do Izraela, albo na placówkę dyplomatyczną. Nie mogłem więc podziękować mojemu wybawcy. Kwiaty dałem kobiecie, która mnie poinformowała, że wyjechał, a koniak zawiozłem do domu. Nie podziękowałem więc człowiekowi, który mnie uratował. Jeżeli dalej pracowałbym w kamieniołomach w Strzelcach Opolskich to nie wiadomo, czy by mnie nie wykończyli. Na pewno zaś straciłbym zdrowie. Do dziś nie dowiedziałem się, kim był mój wybawca. Najprawdopodobniej wysokim i bardzo wpływowym oficerem UB.

Cdn.

Marek A. Koprowski

forma płatności