Kiedy odwiedza się te kraje i spotyka się z przedstawicielami ich elit, to staje się coraz bardziej odczuwalne, że oni powracają do swojej tradycyjnej roli największych potęg.
Dużo się dziś mówi o rozpadzie westfalskiego systemu suwerennych państw narodowych. System ten uznawał nienaruszalność granic, a u jego podstaw leżała teza, że to, czym zajmują się państwa wewnątrz swoich granic nikogo innego nie powinno obchodzić. Dziś twierdzi się, że system westfalski został zburzony wskutek zachodnich interwencji: najpierw w celu usunięcia Slobodana Miloševicia i powołania do życia Bośni i Kosowa, potem dla obalenia Saddama Husajna, a jeszcze później – Muammara Kaddafiego. W opinii niektórych ekspertów swój udział w destabilizacji systemu miało powstanie nowych państw i mini-państw, czy to na Kaukazie, czy to w Południowym Sudanie. Ale według zwolenników interwencji z nurtu konserwatywnego czy liberalnego – w tych wydarzeniach nie było nic złego.
Jednak tak, jak i w wielu innych sytuacjach, rzeczywistość nie jest tak prosta. Po pierwsze wątpliwe jest założenie, że zmiany reżimów zaczęły się od Miloševicia albo Saddama. A czym był upadek dwóch Napoleonów – w 1815 r. i 1870 r. – jeśli nie zmianą reżimu? Dwie wojny światowe także przecież spowodowały zmianę reżimów i powstanie nowych państw.
Z drugiej strony trzeba przypomnieć o pewnym o wiele mniej znanym procesie, który cofa nas do epoki, kiedy w 1648 roku zaczął obowiązywać traktat westfalski. Chodzi o triumfalny powrót kilku upadłych swego czasu imperiów.
We wschodniej Azji Chinycoraz częściej demonstrują swoją polityczną, ekonomiczną i wojskową muskulaturę. Chcą być dominującym mocarstwem, przed którym inni mają się uniżenie kłaniać.
Turcjana Bliskim Wschodzie i w Azji Centralnej wykorzystuje swoją na nowo odzyskaną gospodarczą i polityczną siłę dla rozpostarcia wpływów na kolejne kraje, które kiedyś wchodziły w skład imperium osmańskiego.
Rosjaz kolei wykorzystuje władzę i wpływy, płynące z zasobów surowców energetycznych i w carskim stylu prowadzi neoimperialną politykę w Europie oraz regionach znajdujących się kiedyś w składzie Imperium Rosyjskiego.
Nie można zapominać o wpływie Indiina Azję Południową. W regionie, gdzie kiedyś rządzili Wielcy Mogołowie indyjska gospodarka przyćmiewa sąsiadów.
Warto też przypomnieć o imperialnym płaszczu, który rozwinęła kiedyś Portugalia, a który odbudowuje teraz przy użyciu swego ekonomicznego potencjału Brazylia.
Imperialne dziedzictwo tych państw stymuluje ich wysiłki na rzecz wzmocnienia własnej pozycji nie tylko w swych regionach, ale i na arenie światowej. Kiedy odwiedza się te kraje i spotyka się z przedstawicielami ich elit, to staje się coraz bardziej odczuwalne, że oni powracają do swojej tradycyjnej roli największych potęg. Dynamizm, którego nie zdołał ugasić nawet aktualny spadek ekonomiczny, zmusił ich do połączenia wysiłków w celu uzyskania większej wagi w „wielkiej dwudziestce”, w ONZ i pozostałych organizacjach międzynarodowych. Przywiódł ich także do istotnego rozszerzenia współpracy między sobą.
Naturalnie, między wymienionymi pięcioma państwami jest rywalizacja i są tarcia. Turcja i Rosja walczą o wpływy w Centralnej Azji i na Kaukazie. Rosja jak dawniej boi się chińskich zakusów na Syberię. Indie i Chiny spoglądają na siebie przez wspólną granicę bez zaufania, walcząc również o wpływy w Birmie i podtrzymując całkowicie różne stosunki z Pakistanem. A Brazylia i Chiny rywalizują o wpływy w Afryce.
Wszystkie z tych krajów wierzą natomiast w to, że USA, a tym bardziej Europa – nie powinny już dalej monopolizować procesu podejmowania decyzji przy odsunięciu od głosu społeczności światowej. Wszystkie odrzucają porządek, który wykształcił się po drugiej wojnie światowej nazywając go przestarzałym i nie godząc się na automatyczną akceptację wiodącej pozycji USA w jakiejkolwiek kwestii. Trzeba zaznaczyć, że z tej piątki tylko Turcja wysłała swoje wojska w skład koalicji międzynarodowej w Afganistanie i że ani jedno z nich nie zgodziło się na wysłanie swoich wojsk do Iraku. Do tego zaś Turcja była jedynym krajem z wymienionej piątki, który zgodził się w jakiejś mierze uczestniczyć w operacji libijskiej, przy czym jej zasadniczy wkład polegał na tym, że bez jakiegokolwiek entuzjazmu nie próbowała przeszkadzać innym członkom NATO w prowadzeniu ofensywy przeciw Kaddafiemu.
Nie ma żadnych symptomów i sygnałów wskazujących na to, że w tych pięciu krajach słabnie imperialny duch i towarzyszące mu pretensje na posiadanie szczególnych praw. Przeciwnie, z każdym rokiem ten proces się nasila. Politycy z Waszyngtonu owładnięci aktualnie problemami z innym dziedzicem imperium – Iranem, powinni zrozumieć i uznać, że te państwa mają w sobie coś więcej niż tylko imponujący wzrost ekonomiczny, zdolność do wojskowej ekspansji i polityczne wpływy. Amerykanie są dobrze znani ze swojego braku wyczucia dla historii. Ale żeby poradzić sobie z tymi państwami, których pretensje są uwarunkowane nie tylko przez współczesne sukcesy, ale i przez przeszłą chwałę – będzie im potrzebne tyle tego wyczucia, ile tylko zdołają nagromadzić.
Dov S. Zakheim
„The National Interest”
Autor był zastępcą sekretarza obrony w Departamencie Obrony USA w latach 2001-2004.
Tłum. KRESY.PL
