Sowiecka rzeczywistość

Niektórzy myślą, że stracili wiarę z powodu filozofii, inni, że odzyskali, czytając książki, to nie jest tak, tu przychodzi Duch Święty.

Pracując jako laborantka Irena Sandecka nie zrezygnowała rzecz jasna z działań na rzecz podtrzymywania polskości w Krzemieńcu. Liczyła, że większość Polaków nie da się zastraszyć i pozostanie w mieście rodzinnym Juliusza Słowackiego. Sądząc, że główną placówką, wokół której gromadzić się będą Polacy będzie katolicka parafia, zaangażowała się w jej działalność. W grudniu 1944 r. została organistką parafii i utworzyła przy niej chór. Jej matka uczyła dzieci religii. Była to dla niej z pewnością decyzja trudna. Od momentu ukończenia studiów żyła jako osoba niewierząca.

– Po studiach filozofii na uniwersytecie doszłam do wniosku, że umysł ludzki jest zbyt słaby, żeby coś powiedzieć w sprawach Boga – wspomina. – Dlatego wybrałam najuczciwsze rozwiązanie. Powiedziałam, nie wiem, czy Bóg jest, czy nie, nie będę rozstrzygać. Ale kiedy zaczęli niszczyć kościoły, walczyć z religią – odezwało się coś we mnie. Zaczęłam czytać, zrozumiałam, ze Bóg żąda od nas wiary i nie daje bezpośrednich dowodów na swoje istnienie. Ostatecznie do wiary wróciłam w Berdyczowie, do którego pojechałam po służbowej „putiowce”. Poszłam tam z moimi wątpliwościami do tamtejszego księdza. Wysłuchał mnie i odpowiedział w kazaniu mówiąc: „Niektórzy myślą, że stracili wiarę z powodu filozofii, inni, że odzyskali, czytając książki, to nie jest tak, tu przychodzi Duch Święty”. Zrozumiałam, że do mnie przyszedł.

Zaangażowanie Ireny Sandeckiej, jej matki i innych działaczy zakochanych w Krzemieńcu i zdecydowanych go nie porzucać, nie zdało się na wiele. Exodus Polaków z Krzemieńca trwał.

Większość wyjechała

– Większość Polaków wyjechała jednak do Polski – ubolewa Irena Sandecka. – W 1946 r. opuścił także Krzemieniec ostatni proboszcz ks. Dominik Wyrzykowski, zabierając część kościelnego wyposażenia. Oświadczył, że nam się i tak nie przyda, bo Sowieci nam świątynię zabiorą. Ci istotnie chcieli nam ją odebrać. Uratował ją nam Juliusz Słowacki. Oczywiście pośrednio. Sowieci, by zamknąć kościół i przeznaczyć go na inne cele, postanowili zacząć od usunięcia z niego pomnika Juliusza Słowackiego. Pogardzali bowiem religią, ale szanowali zawsze wielkich ludzi, których mogli użyć do swoich własnych celów. Jednym z nich był właśnie Juliusz Słowacki. Chcieli jego pomnik przenieść do jakiegoś muzeum, by nie zdobił obskuranckiego przybytku. Okazało się, że nie jest to zadanie łatwe. Autor pomnika Szymanowski wykonał go w Paryżu, w kawałkach przemycił do Krzemieńca i tu go złożył. Komisja sowiecka uznała, że pomnika nie można rozebrać, bo grozi to jego zniszczeniem. Pomnik pozostał w kościele, a ten pozostał czynny mimo, że nie miał stałego proboszcza. Do 1948 r., co jakiś czas, dojeżdżał do nas z Dubna ks. Marceli Wysokiński. Pozbawiony „sprawki” musiał przenieść się na Podole, gdzie tamtejsi wierni wystarali się dla niego o rejestrację. Po jego wyjeździe parafia nie zamarła. Rolę jej liderów przejęli świeccy. Pani Melania Kańska niezależnie od pory roku i pogody codziennie otwierała kościół. Modliła się z ludźmi, prowadziła nabożeństwa paraliturgiczne, odwiedzała chorych, modliła się na pogrzebach. Zofia Majewska z kolei starała się u władz o zezwolenie na przyjazd do Krzemieńca na kilka dni jednego z nielicznych księży, którzy pozostali na Podolu i Wołyniu. Byli to księża Jan Rutkowski, o. Alojzy Kaszuba i ks. Bronisław Mierecki. Pani Majewska przywoziła ich do Krzemieńca i gościła w swoim domu. Wszyscy parafianie angażowali się w remonty świątyni i składali pieniądze na ogromne podatki za użytkowanie świątyni. Pierwszego stałego proboszcza udało się nam zdobyć w 1955 r. Był to ks. Jakub Macyszyn. Zamieszkał on w naszym domu, który dla niego stał się parafialną plebanią. Tą właściwą bolszewicy oczywiście od razu zabrali, umieszczając w niej jakieś urzędy. Poznałam więc ks. Jakuba bardzo dobrze. Był to kapłan obdarzony ogromną charyzmą, niezwykle przystojny, podobający się kobietom. Posiadał ogromną posturę, donośny głos i niepospolitą siłę. W Seminarium Duchownym, jak mi opowiadał, każdego kleryka kładł na rękę. Głos zaś miał tak donośny, że mury w kościele się trzęsły, gdy wygłaszał kazanie z ambony. Żony miejscowych komunistycznych notabli, które przyjechały z głębi imperium, wzdychały na jego widok. Ich mężowie też byli niepocieszeni. Jeden z nich bez ogródek powiedział mi o ks. Jakubie – żałko szto swiaszczennik, mog by byt’ charoszym priedsiedatielem gorsowieta.

Główna współpracowniczka

Pani Irena stała się główną współpracowniczką ks. Macyszyna. Nie tylko była jego gospodynią, ale po śmierci matki Marii zaczęła katechizować dzieci i młodzież. Czyniłą to oczywiście potajemnie, narażając się na prześladowania i represje. Następca Stalina Nikita Chruszczow, liberalizując stworzony przez niego reżim w dziedzinie religii, przerósł swojego mistrza w walce z religią i rozpoczął wielką ofensywę ateizacyjną zakładającą, że do 1980 r. religia zniknie z terenu ZSRR.

– KGB szybko wywąchało, że zajmuję się nauczaniem religii – mówi Irena Sandecka. – Zostałam wezwana do ich siedziby, gdzie pouczono mnie, że jeżeli będę łamać sowieckie prawo wyznaniowe, to zgodnie z prawem karnym zostanę ukarana wieloletnim więzieniem… Oczywiście nie przelękłam się tych ostrzeżeń i dalej uczyłam dzieci nie tylko religii, ale także języka polskiego, polskiej historii i kultury. KGB oczywiście się o tym dowiedziało i znowu zostałam wezwana na rozmowę ostrzegawczą. Przesłuchujący mnie oficer nie był jednak jakimś tępym „czekistą” i potraktował mnie uprzejmie. Tłumaczył mi , że w moim domu mieszka „służytiel kulta”, a w domu „służytiela kulta” żadnych „sobrań” urządzać nie można. Wytłumaczył mi też, co to jest „sobranie”. Okazało się, że „sobranie”, to więcej niż trzech ludzi i na takowe trzeba mieć zezwolenie. Z pouczenia kagiebisty wynikało, że jeżeli chcę uczyć dzieci, to nie mogę robić „sobrań”, tylko spotykać się z dziećmi pojedynczo i w domach obcych ludzi. Chodziłam też z dziećmi nad rzekę, na Górę Bony.

Irena Sandecka należała też do rady parafialnej, która miała decydujący głos w sprawie funkcjonowania parafii, zatrudniała księdza, wypłacała mu wynagrodzenie, robiła coroczne spisy inwentarza kościelnego. Oprócz tych formalnych obowiązków na bieżąco opiekowała się księdzem Macyszynem, który pracował na wszystkich możliwych frontach. Był jedynym kapłanem posługującym w całym Obwodzie Tarnopolskim, do którego został przyłączony Krzemieniec.

Odwiedzał skupiska Polaków

– Oficjalnie dojeżdżał do Hałuszczyńców i Borszczowa, gdzie formalnie były czynne parafie i wierni zabiegali u władz o przyjazd kapłana – mówi Irena Sandecka. – Nieoficjalnie wyjeżdżał bardzo często, ale nigdy nie mówił gdzie. Nawet ja nie wiedziałam i nie zadawałam mu zbędnych pytań. Domyślałam się tylko, że odwiedza skupiska Polaków. Czasami nie było go przez cały tydzień , przyjeżdżał tylko, by odprawić w niedzielę Mszę św. W Krzemieńcu. Do naszego kościoła zaczęli przyjeżdżać wierni z całego Wołynia i północnej części Obwodu Chmielnickiego. Był on zawsze nabity do ostatniego miejsca tak, że często nogi nie można było do niego wsadzić. Ksiądz Macyszyn spowiadał godzinami, chrzcił dzieci, udzielał ślubów. Odrabiał po prostu duszpasterskie zaległości, jakie powstały w okolicy Krzemieńca w wyniku nieobecności stałego kapłana. KGB oczywiście otaczało go swoją „opieką”. Miało wśród parafian swoich współpracowników. Jednym z nich był taki Maniek, sanitariusz, który zawsze klęczał na środku kościoła. Wykonywał on wszystkie polecenia księdza. Najgorliwiej sprzątał otoczenie kościoła, osobiście uważałam go za nieszkodliwego. Chciałam nawet uczyć jego dzieci religii, ale ksiądz Macyszyn machnął ręka i kazał dać mi sobie spokój. Był to jakiś życzliwy agent, bo nic złego z jego powodu parafii nie spotkało. Ksiądz Macyszyn miał oczywiście wielu aniołów stróżów. Permanentnie nadzorował go pełnomocnik do spraw religii. Początkowo rezydował on w Czortkowie, bo Tarnopol był zniszczony, a później przeniósł się do stolicy obwodu. Kazał mu co miesiąc meldować się ze sprawozdaniami dotyczącymi funkcjonowania parafii w Krzemieńcu. Gdy ksiądz Macyszyn zgodnie z prawdą napisał, że ilość wiernych korzystających z sakramentów i uczęszczających na niedzielną Mszę św. Lawinowo rośnie wpadł we wściekłość. Liczył bowiem, że w związku z wyjazdem z Krzemieńca większość Polaków, będzie u progu wymarcia, tymczasem u nas w związku z przyjazdami na niedzielne Msze św. Polaków z całego Wołynia było dokładnie odwrotnie. Pełnomocnik kazał wtedy pisać księdzu w sprawozdaniach nazwiska wszystkich osób, które przystępują do sakramentów z jego parafii. Gdy on odmówił, kazał mu co tydzień przywozić sprawozdania i przyjeżdżać na rozmowy. Była to ewidentna szykana, mająca utrudnić ks. Jakubowi działanie. Doradziłam mu wtedy, żeby w kontaktach z sowieckimi czynownikami przestał dbać o prawdę tylko żeby podawał w sprawozdaniach zaniżone dane, zmniejszając z miesiąca na miesiąc ilość wiernych uczęszczających na Msze św. Pełnomocnik, który był Żydem, kupił to i nie krył swego zadowolenia. Mógł przed zwierzchnikami wykazać się, że parafia w Krzemieńcu, chociaż powoli, ale jednak wymiera. W ciągu swojej 18-letniej posługi ks. Macyszyn miał oczywiście wielu „aniołów stróżów”. Szczególnie interesowali się oni działalnością tego kapłana poza Krzemieńcem w Hałuszczyńcach i Borszczowie. Podczas jego wyjazdów do tych miejscowości zawsze towarzyszył mu agent.

Prymitywny agent

– Był to wyjątkowo prymitywny szpieg, mały, wręcz obrzydliwy – ciągnie swoją opowieść pani Sandecka. – Kiedyś w Tarnopolu późnym wieczorem szli przez opustoszały park. Wtedy ten enkawudzista – jak opowiadał mi ksiądz Macyszyn – zagadnął go następująco. Proszę księdza. Jesteśmy sami. Nikt nas nie słyszy. Niech więc ksiądz powie, ale tak szczerze, czy ksiądz naprawdę wierzy w Boga? Ten zatrzymał się, pokazał mu swoje dłonie i oświadczył mu – Ciemno tu i pusto, nikt nas nie widzi, mógłbym cię zgnieść w dwóch palcach, ale tego nie zrobię dlatego, że właśnie wierzę w Boga. Po tej rozmowie ten zamilkł i już nigdy później się nie pojawił…

Księdza Macyszyna KGB oczywiście nie pozostawiło w spokoju. Był szykanowany na różny sposób. Trzykrotnie odmawiano mu m.in. wydania pozwolenia na wyjazd do Polski, by odwiedzić umierającą matkę.

– Ksiądz Macyszyn wszystkie szykany, złośliwości i inwigilacje znosił z ogromnym heroizmem – wspomina pani Irena. – Nie oszczędzał się choć zdrowie mu wysiadało, miał bowiem chore stopy.

Na początku lat sześćdziesiątych ks. Macyszyn podjął się remontu wszystkich obsługiwanych przez siebie świątyń, co nie było łatwe, bo wymagało nie tylko środków, ale i zgody władz. Być może zadanie to przerosło jego siły. W 1973 r. zasłabł nagle w Borszczowie. Po przewiezieniu do szpitala w tej miejscowości, zmarł w wieku 62 lat. Nie jest wykluczone, że ktoś „życzliwy” pomógł mu odejść z tego świata, by pozbyć się kapłana stanowiącego na Tarnopolszczyźnie ostoję wiary rzymskokatolickiej i polskości.

– Jego śmierć dla Polaków z Krzemieńca stanowiła szok – wspomina Irena Sandecka. – W szpitalu nie postawiono żadnej diagnozy, nie przeprowadzono sekcji zwłok. Szybko go tez w Borszczowie pochowano, choć zameldowany był w Krzemieńcu. By uczcić jego pamięć, usypaliśmy na polskim cmentarzu jego symboliczną mogiłę…

Odwiedzając katolicki cmentarz w Krzemieńcu, uroczo położony na zboczu góry można przekonać się, że symboliczny grób ks. Jakuba to nie zwykła mogiła. To usypany kopiec z krzyżem z tablicą, na której widnieje napis:” Ks. Jakubowi Macyszynowi (1911- 1973)- księdzu, który Krzemieńcowi przywrócił kościół, a Panu Bogu krzemienieckich wiernych”.

Na zbawienie wielu

Pani Irena zadbała nie tylko o to, by na krzemienieckim cmentarzu czczono pamięć ks. Jakuba Macyszyna. Udało jej się sprowadzić i pochować na niej ekshumowane szczątki harcerki Zofii Waszatyńskiej zamordowanej we wrześniu 1939 r. Przez ukraińskich nacjonalistów, o śmierci której dowiedziała się pomagając przyjaciółce w zawiezieniu matki do lwowskiego szpitala.

– Urządziłam jej mogiłę poniżej „Grobu Nieznanego Żołnierza” na naszym polskim cmentarzu – wspomina Irena Sandecka. – Postarałam się o krzyż i tablicę z napisem: „Niech jej męki pójdą na zbawienie wielu”.

Pani Irena Sandecka miała oczywiście kłopoty z KGB, w związku z kontynuowaniem przez siebie patriotycznej działalności, a zwłaszcza uczeniu religii i języka polskiego krzemienieckich dzieci.

Dialog z kagiebistą

– Po raz kolejny wezwał mnie kagiebista, który już raz mnie przesłuchiwał – wspomina. – Kazał mi siadać i zaczął z wyrzutem. – Przecież mówiłem, żeby w domu, w którym mieszka „służyciel kulta” żadnych „sobrań” nie robić. – Ja oczywiście owe „sobrania” w moim domu robiłam. Zwłaszcza, jak nie było pogody, albo żadnego wolnego i zaufanego domu, w którym mogłabym się spotkać z dziećmi. Nie zaprzeczałam więc, że to robiłam. Tłumaczyłam mu, że niczego złego dzieci nie uczyłam i chcę, żeby wyrosły na porządnych ludzi. Wiedziałam, że ten kagiebista ma kłopoty z synem, który zszedł na złą drogę, bo przecież Krzemieniec stanowił małe środowisko. Nie dałam oczywiście poznać po sobie, że wiem o wyczynach syna tego kagiebisty. Odwołałam się jednak do innej sytuacji. W miasteczku grzmiało wówczas o zbrodni popełnionej przez studentkę, która zabiła własne dziecko. Przypomniałam to kagiebiście i zapytałam, czy chciałby, żeby wszyscy młodzi ludzie w Krzemieńcu tak postępowali? – On odpowiedział, że nie, ale jeszcze raz powtórzył, że w domu „służyciela kulta” „sobrań” robić nie wolno i koniec… Zapowiedział też, że będzie sprawdzał, czy zastosowałam się do jego polecenia. Ja jednak się nie przestraszyłam. Już po Mszy św. W następną niedzielę ogłosiłam, że w związku z nowo rozpoczynającym się rokiem szkolnym zaczynam uczyć religii i żeby w tym a tym dniu zgłosiły się do mnie. W wyznaczonym dniu po wszystkich mieszkaniach, w którym mieszkali zaprzyjaźnieni ze mną ludzie, zaczął krążyć elektryk twierdząc, że jest awaria liczników prądu i musi sprawdzić całą sieć. Był to oczywiście agent mający ustalić, w którym mieszkaniu uczę dzieci.

Marek A. Koprowski

forma płatności