Szkolny podręcznik, jak i masowa świadomość w całości, odtwarzają wizerunek Ukrainy jako kolektywnej ofiary – ofiary reżimów: komunistycznego i hitlerowskiego, a także szlacheckiej Polski i “turecko-tatarskiej” nawały. W tej sytuacji pytanie o odpowiedzialność za własną historię jest nie na miejscu – pisze ukraiński historyk Andrij Portnow.
W ukraińskim podręczniku historii dla klasy 11 o „antypolskiej akcji” UPA na Wołyniu, ofiarami której padło około 60 tys. Polaków, napisano: „Tragicznie ułożyły się stosunki UPA z polskimi oddziałami zbrojnymi o różnych odcieniach politycznych, działającymi na Zachodniej Ukrainie. UPA deklarowała likwidację drugoplanowych frontów, a pozostawienia tylko głównych – bolszewickiego i faszystowskiego. Niestety nie udało się osiągnąć porozumienia z polskim podziemiem. Ukraińcy oskarżali o to Polaków, którzy chcieli odrodzić Polskę w przedwojennych granicach. Polacy, za przyczynę konfliktu, uważali nieustępliwość Ukraińców. Główną ofiarą tych politycznych antagonizmów stała się ludność cywilna”.
Przytoczony cytat – to całkowity eufemizm, z którego zupełnie nie wynika, w jaki sposób i ilu ludzi „stało się ofiarami politycznych antagonizmów”. Nie podano ich narodowości, nie wymienia się nawet słowa „Wołyń”. Autorzy podręcznika postanowili nie próbować wytłumaczyć zachowanie stron konfliktu, opowiedzieć uczniom o argumentach stron, i wreszcie, chociażby wspomnieć o symbolice hasła „Wołyń 1943” w polskiej pamięci narodowej i ogólnie przyjętej wśród polskich historyków kwalifikacji tych wydarzeń jako ludobójstwa.
O tym, co właściwie wydarzyło się w lecie-jesieni 1943 roku na okupowanych przez Niemców terenach Wołynia dziś wiemy o wiele więcej, niż przed dziesięcioma laty. W lecie 1943 roku banderowski odłam Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) i Ukraińska Powstańcza Armia (UPA) rozpoczęły akcję fizycznej eksterminacji polskiej ludności na Wołyniu, która liczyła około 15 % ludności regionu, wchodzącego przed wojną w skład Polski. Logiki kierownictwa ukraińskiego podziemia nacjonalistycznego, które podjęło decyzję „oczyszczenia” Wołynia z ludności polskiej, można doszukiwać się w analogii z końcem I wojny światowej, kiedy to przynależność terytorialną państw określano na konferencjach międzynarodowych, przede wszystkim, na podstawie narodowego składu ludności. Liderzy OUN zdawali sobie sprawę, że żaden z ówczesnych polskich ruchów politycznych nie chciał słyszeć o utracie Galicji Wschodniej i Wołynia. Dlatego, podobnie jak organizatorzy czystek etnicznych na okupowanych Bałkanach, uważali za konieczne przedstawić międzynarodowym arbitrom monoetniczność terenów, które chętnie by widzieli w składzie swoich narodowych państw.
Praktycznie rozwiązanie tego nieprostego zadania wyglądało (wg fundamentalnych w tej kwestii badań Grzegorza Motyki) następująco: partyzanci okrążali polskie wioski (jedna z największych operacji miała miejsce w Niedzielę Wielkanocną, co gwarantowało maksymalne skupienie ludności w kościołach) i mordowali wszystkich. Do udziału w „antypolskiej akcji” (terminologia z dokumentów OUN) starano się dołączyć mieszkańców okolicznych ukraińskich wiosek, co w sposób szczególnie bolesny odbiło się w pamięci ofiar. Później apologeci UPA starali się przedstawić wydarzenia wołyńskie jako „spontaniczny bunt ludowy” czy „chłopską zemstę za lata poniżeń” (słowa ostatniego dowódcy UPA Wasyla Kuka). Tymczasem nie budzi wątpliwości, że akcje te organizowała i mobilizowała OUN. Planowy charakter „antypolskiej akcji” wyraźnie przedstawia jednoczesny napad 11 lipca 1943 roku na 99 polskich wiosek wołyńskich. Wkrótce po tym polskie podziemie zaczęło organizować oddziały „samoobrony”, które nie tylko prowadziły ochronę polskiej ludności, ale i podejmowały akcje odwetowe przeciw ludności ukraińskiej. Jednak nieuprawnionym jest stawiać znak równości pomiędzy działaniami polskich i ukraińskich partyzantów. Ogółem w czasie „rzezi wołyńskiej” zamordowano około 60 tys. Polaków. Na skutek działań „samoobrony”, tych obronnych i powodowanych zemstą zginęło 2-3 tys. Ukraińców. Jeżeli w ukraińskiej pamięci o wydarzeniach wojennych Wołyń nie zajmuje szczególnego miejsca, to w polskiej – jest to jeden z głównych nurtów.
Przytoczony na początku cytat pojawił się w szkolnym podręczniku po wspólnym apelu parlamentów polskiego i ukraińskiego potępiającym zabójstwa ludności cywilnej. Parlament ukraiński – Rada Najwyższa przyjął ten apel w 2003 roku (w 60. rocznicę rzezi wołyńskiej) dopiero pod presją prezydenta Kuczmy i to z przewagą tylko jednego głosu. Ciekawe, że w 50. rocznicę tragedii, w 1993 roku polskie elity polityczne i intelektualne, nastawione zasadniczo na normalizację stosunków z Ukrainą, świadomie unikały akcentowania tych wydarzeń, wychodząc z założenia, że młode państwo ukraińskie powinno okrzepnąć i nabrać śmiałości, by odpowiedzialnie odnieść się do ciemnych kart swojej historii. Dlatego na początku lat 1990 polska opinia publiczna więcej uwagi poświęcała osądzeniu operacji „Wisła” – zarządzonej przez polskie władze komunistyczne planowej deportacji ukraińskiej ludności z terenów przygranicznych powojennej Polski w głąb kraju.
W 2003 roku, w 60. rocznicę wydarzeń, oficjalna Warszawa już takich ustępstw nie czyniła. Prezydent Kuczma, dla którego dobre stosunki z Polską były priorytetem, z jednej strony sprzyjał przyjęciu deklaracji przez parlament ukraiński, a z drugiej – nie zrobił nic, żeby nadać problemowi większego rozgłosu na Ukrainie.
Imitacja „opracowania przeszłości”, wzmocniona efektem sowieckiej polityki amnezji, w wyniku której nawet wielu zawodowych historyków nie miało pojęcia o wydarzeniach wołyńskich, przyniosły spodziewane rezultaty. Według socjologicznych badań w 2003 roku 48,9 % Ukraińców niczego nie wiedziało o „rzezi wołyńskiej 1943 roku”. Decyzja prezydenta Juszczenki o nadaniu tytułu „Bohatera Ukrainy” Stepanowi Banderze, została odebrana w Polsce przez pryzmat pamięci o Wołyniu, chociaż osobiście Bandera od 1941 roku był osadzony w obozie koncentracyjnym Sachsenhausen (w specjalnym oddziale tzw. Zelenbau – dla ważnych więźniów). Na początku prezydencji Wiktora Janukowicza temat Wołynia po raz pierwszy świadomie został wykorzystany przez przeciwników rehabilitacji UPA.
Przypomnę, że stawiając w 2000 latach pomniki ofiarom UPA, Komunistyczna Partia Ukrainy miała wyłącznie na uwadze ofiary spośród obywateli radzieckich (pomniki w Symferopolu i Ługańsku). Ale już zorganizowana na wiosnę 2010 roku w imieniu „rosyjskojęzycznych Ukraińców” ekspozycja w Ukraińskim Domu (dawniej Muzeum Lenina) w Kijowie została poświecona „polskim i żydowskim ofiarom UPA”. Patronował tej wystawie, uważając, że może zabrać głos w imieniu „rosyjskojęzycznych Ukraińców”, deputowany z Partii Regionów Wadim Kolesniczenko. Niestety, akcja ta nie miała nic wspólnego z próbą refleksji na temat ciemnych kart historii Ukrainy. Celem wystawy było sprowokowanie konfrontacji wewnątrz społeczeństwa ukraińskiego. Próbowano przeciwstawić pamięć o „zawsze heroicznej” Armii Czerwonej jednoznacznemu osądzeniu „faszystowskich kolaborantów”. Pan Kolesniczenko&Co łatwo skrytykował tradycję, z którą sam nie miał nic wspólnego. Jednak ciekawsze jest co innego: w roli jego sojusznika wystąpili niektórzy przedstawiciele polskich organizacji „kresowych”, zajmujących się tematem „rzezi wołyńskiej” i innych przestępstw przeciwko Polakom (włączając w to zbrodnie stalinowskie). Niestety ludzie ci, przystępując do wspólnych działań, nawet nie zainteresowali się jakie są poglądy ich partnerów – „ukraińskich demaskatorów” UPA i ich stosunek np. do Stalina czy paktu Ribbentrop-Mołotow. W ten sposób, stali się sojusznikami ludzi, którzy często usprawiedliwiają zbrodnie stalinowskie (z mordem polskich oficerów w Katyniu włącznie).
Najważniejsze w tym wszystkim jest to, że po raz kolejny polityczne manipulacje utrudniły możliwość poważnej refleksji o wydarzeniach na Wołyniu, których Ukraina unikała przez wszystkie lata swojej niepodległości.
Wyjątkowość tematu „rzezi wołyńskiej” w historiografii ukraińskiej polega na tym, że w tym wypadku Ukraińcy występują nie jak ofiary lub, jak co najmniej, nie tylko jako ofiary. W prezentowanym przez sowiecką propagandę obrazie „banderowców – faszystowskich kolaborantów”, o rzezi wołyńskiej nie wspominano. W opisie wojny prezentowanym przez nacjonalistów ukraińskich też unikano tego tematu, rozmiar tragedii minimalizowano, a rola ofiar przypadała wyłącznie Ukraińcom.
W postsowieckich interpretacjach wołyńskich wydarzeń jednym z kluczowych był argument: „kto pierwszy zaczął”. Akcje UPA na Wołyniu interpretowano jako odwet za politykę ograniczania praw Ukraińców w międzywojennej Polsce. Te ograniczenia miały miejsce, ale w żadnej mierze nie można ich porównywać do metod stosowanych w „antypolskiej akcji” UPA, ani z represjami w ZSRS. Ukraińscy historycy wspominali też o polskiej polityce niszczenia świątyń prawosławnych na Ziemi Chełmskiej w 1938 roku, gdy w ciągu 60 dni zniszczono 127 cerkwi. Chociaż powiązanie tych dwu wydarzeń jest bardziej niż problematyczne, w literaturze pojawiło się określenie „chełmsko-wołyńska tragedia”.
Główny sens tych zabiegów jest prosty: „nie my zaczęliśmy”, a więc główna odpowiedzialność nie na nas spoczywa. Takie samo zadanie wykonuje próba przerzucenia całej odpowiedzialności na Niemców dążących do „skonfrontowania Ukraińców i Polaków na Wołyniu”. Ostatnie stwierdzenie nie jest zupełnie niesłuszne, ale nie usprawiedliwia i nie wyczerpuje fenomenu planowych mordów ludności cywilnej. Z pewnością, rozumiejąc to wszystko, znany ukraiński historyk Wołodymyr Sergijczuk, uważał za konieczne zmniejszyć samą skalę mordów, a jednocześnie postawić z nóg na głowę tezę o „ludobójstwie” wygłaszając tezę: „Zbrojne akcje przeciw oddzielnym polskim wioskom na Wołyniu były spowodowane tym, że ich mieszkańcy zaczęli pomagać zarówno Niemcom, jak i sowieckim partyzantom w ludobójstwie Ukraińców”.
Na szczęście nie wszystkie ukraińskie publikacje są takie. Andrij Zajarniuk w swoim tekście zamieszczonym w jednym z lwowskim zbiorów artykułów, poświęconych wołyńskiej tragedii, wprost nazwał to wydarzenie „czystką etniczną” i wezwał kolegów-historyków do badań zachowań uczestników mordów, opierając się na istniejącej tradycji badań „zwykłych ludzi” – wykonawców masowych mordów w historiografii Holocaustu. Autor, chyba najbardziej dokładnej, ukraińskiej monografii o polsko-ukraińskim konflikcie w latach II wojny światowej Ihor Iljuszyn kwalifikował działania UPA jak jednoznacznie przestępcze.
Jednak nie te publikacje nadają ton na Ukrainie. Jedną z przyczyn tego stanu rzeczy jest kontekst rozwoju politycznego i kulturowego życia współczesnej Ukrainy, który odbierany jest przez wielu intelektualistów jako „niezakończona dekolonizacja”. Wychodząc właśnie z takiej logiki Mykoła Riabczuk pisał: „Ukraińska liberalna inteligencja nie może ustosunkować się do ukraińskiego nacjonalizmu tak, jak polska – do polskiego, a rosyjska – do rosyjskiego. Pozycja Ukraińców na współczesnej Ukrainie jest zupełnie inna, aniżeli Rosjan w Rosji, czy Polaków w Polsce”. Dlatego wielu jest przekonanych o tym, że mówić o ciemnych kartach historii ruchu nacjonalistycznego można i trzeba jedynie po oficjalnym uznaniu UPA. (Jak wiadomo, wszystkie próby przyjęcia odpowiednich decyzji w Radzie Najwyższej Ukrainy zakończyły się niepowodzeniem).
Jarosław Hrycak zaproponował „kompromisową” tezę mówiącą, że odkrycie ciemnych stron historii UPA ważne jest dla pełnego uznania jej antysowieckich i antyniemieckich operacji jako symbolu ukraińskiego patriotyzmu. Logika Hrycaka nie wiąże bezpośrednio przyznania faktu i potępienia antypolskich i antyżydowskich akcji UPA z jej oficjalnym uznaniem. Jednak dla absolutnej większości historyków i polityków jakiekolwiek „półtony” w historii są po prostu niezrozumiałe. Dodam, że „antypolską akcję” na Wołyniu Hrycak kwalifikuje jako zbrodnię wojenną, „bezsensowną z wojskowego i politycznego punktu widzenia”.
Szkolny podręcznik, jak i masowa świadomość w całości, odtwarzają wizerunek Ukrainy jako kolektywnej ofiary – ofiary reżimów: komunistycznego i hitlerowskiego, a także szlacheckiej Polski i „turecko-tatarskiej” nawały. W tej sytuacji pytanie o odpowiedzialność za własną historię jest nie na miejscu – tym bardziej, że, jak pisał jeden z wybitnych ukraińskich nacjonalistycznych historyków, – „metody walki narzuca naród-ciemiężca”.
Najważniejszą cechą ukraińskiej pamięci o II wojnie światowej jest brak społecznego uzgodnienia i wspólnego, dla absolutnej większości mieszkańców, wizerunku tej wojny. Nacjonaliści chętnie mówią o przestępstwach ZSRS, ale nie nacjonalistycznego podziemia; komuniści – o ofiarach UPA, ale nie o sowietyzacji Galicji Wschodniej, lub o zachowaniu Armii Czerwonej w Prusach Wschodnich. Tymczasem większość ludności Ukrainy jest raczej obojętna wobec prób wciągnięcia ich w kolejną wojnę pamięci.
Tak tworzy się pozycja narodu bez wspólnej historycznej pamięci, ale za to ze śnieżnobiałym sumieniem.
Dr Andrij Portnow– ukraiński historyk, autor 4 książek oraz licznych artykułów o problemach pamięci historycznej i historiografii, w tej chwili przygotowuje pracę habilitacyjną w Instytucie Ukrainoznawstwa im. Iwana Krypiakewycza. Mieszka w Kijowie.
Źródło: Kurier Galicyjski nr 12 (136) z 30 czerwca – 14 lipca 2011 r.
