Pięcioro polskich dziennikarzy, zatrzymanych przed południem w pobliżu smoleńskiego lotniska przez rosyjskich żołnierzy, zostało po 7 godzinach wypuszczonych na wolność.
Dziennikarze zostali zatrzymani około 11.30 naszego czasu, gdy chcieli zobaczyć wrak samolotu prezydenckiego, który w kwietniu uległ katastrofie. Dziennikarze zostali najpierw zaprowadzeni przez żołnierzy do budynku wojskowego na lotnisku. Potem kazano im pisać wyjaśnienia, dlaczego znaleźli się w miejscu, w którym ich zatrzymano. Kilka godzin później pytania w tej sprawie zadawali już funkcjonariusze rosyjskiej milicji.
Następnie dziennikarzy przewieziono na posterunek milicji i wypuszczono. Arleta Bojke, korespondentka Telewizji Polskiej, powiedziała Polskiemu Radiu, że milicjanci stwierdzili, iż nie mają do dziennikarzy żadnych pretensji i nie spotkają ich żadne dalsze przykre konsekwencje.
Według wcześniejszych informacji strony rosyjskiej, nasi dziennikarze byli zatrzymywani dwukrotnie. Najpierw miało się to stać w zakładach lotniczych, a później zatrzymano ich, gdy rzekomo próbowali dostać się od innej strony na teren lotniska. Arleta Bojke temu zaprzecza. Powiedziała, że do jej zatrzymania doszło w miejscu, gdzie nie było żadnych oznaczeń, dotyczących zakazu wstępu. Nie wie również, o kogo mogło chodzić w trakcie pierwszego zatrzymania, o którym mówi strona rosyjska.
Bojke powiedziała, że w trakcie przesłuchań dziennikarze byli traktowani przyzwoicie. Najgorsze było długie oczekiwanie na decyzje rosyjskich funkcjonariuszy. Polscy dziennikarze spędzili w budynku rosyjskiej armii na lotnisku około 7 godzin bez jedzenia.
IAR/Kresy.pl






























