Jadąc z Tyrasopola do Bender, jedynego miasta należącego do Przydniestrzańskiej Republiki Mołdawii na prawym brzegu Dniestru, mało gości zdaje sobie sprawę, że jedzie prastarym szlakiem polskich wygnańców. To właśnie Bendery stały się pierwszym ośrodkiem osiedlenia się polskiej emigracji politycznej w Mołdawii jeszcze w czasach, gdy granica Rzeczypospolitej opierała się o odległy o 60 kilometrów Jahorlik.
W latach 1709 – 1713 w Benderach ukształtowała się tzw. “emigracja benderska”, grupująca zwolenników króla Stanisława Leszczyńskiego, którzy zgromadzili się przy królu szwedzkim Karolu XII na terenie twierdzy Bendery w Mołdawii (należącej wówczas do Turcji).
Twierdza to dziś najcenniejszy zabytek Bender. Pierwsze jej umocnienia powstały w XV w. Po zajęciu miasta przez Turków twierdza została znacząco rozbudowana. Forteca miała formę prostokątną, zwieńczało ją 12 wież, a otoczona była trzema pierścieniami głębokich fos. Ten wspaniały zabytek architektury militarnej można niestety podziwiać tylko przez moment z mostu ma Dniestrze. Dalej stanowi bowiem obiekt wojskowy. Znajdujące się na jej terenie koszary są wykorzystywane przez siły zbrojne Przydniestrza. Most jest strzeżony przez siły OBWE i wyjmując na nim aparat można przysporzyć sobie niepotrzebnych kłopotów. Posterunek OBWE, którego fotografować nie wolno, jest uzbrojony w broń maszynową i transportery opancerzone, a nawet ukrytą pod siatkami maskującymi broń przeciwlotniczą. Przypomina on wciąż o nieuregulowanym statusie Przydniestrza i jego konflikcie z Mołdawią, która uważa je za swoją integralną część.
Zadniestrzańskie przedmieście
Dla Tyrasopola Bendery stanowiły zawsze zadniestrzańskie przedmieście, choć licząc 120 tys. mieszkańców niewiele ustępowały mu wielkością. Jest to jednocześnie wysunięty na prawy brzeg Dniestru strategiczny przyczółek całego Przydniestrza, który za swoje położenie zapłacił konkretną cenę. To na jego obrzeżach toczyła się na początku lat 90-tych wojna, w ramach której Kiszyniów podjął działania na rzecz “przywrócenia na terenie Bender porządku konstytucyjnego”. Wysłane przez niego oddziały napotkały jednak na zacięty opór Przydniestrza. W trakcie kilkutygodniowych walk zginęło według oficjalnych danych sześciuset pięćdziesięciu mieszkańców Bender, a ponad cztery tysiące zostało rannych. Kilka kwartałów domów leżących na linii walk obrócono w perzynę. Choć ruiny zostały już dawno uprzątnięte, to jednak na wielu domach i budynkach są jeszcze widoczne ślady po pociskach i kulach. Dreszczyk emocji czuje się stając przed znajdującą się przy ul. Lenina siedzibą władz miejskich. Jej fasada, posiekana ogniem karabinów maszynowych, celowo nie remontowana, jest smutnym antywojennym memento. Daje ona wyobrażenie, z jaką zaciętością toczyły się walki na ulicach Bender.
Ślady po kulach były też na domu Wiktorii Francewny Grundan przy ul. Dobradojewa, który w 1992 r. przekazała ona tutejszej katolickiej wspólnocie (tam urządzono pierwszą kaplicę, dziś mającą już nową siedzibę). Sercanie, którzy objęli tutejszą służbę w 1996 r. postanowili przenieść ośrodek duszpasterski bliżej centrum Bender i zbudować w nim kościół.
Sowiecki charakter
Jadąc do sercańskiego centrum częściowo już gotowego, można przyjrzeć się miastu, które reklamuje się jako najpiękniejsze w Naddniestrzu. Architektura jego centrum ma typowo sowiecki charakter, gdyż budynki zostały wzniesione w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych w okresie przyspieszonej industrializacji, gdy w mieście zlokalizowano szereg zakładów przemysłowych i potrzebowano rzesz robotników. Powstał tu przemysł elektrotechniczny największa w Mołdawii fabryka obuwia, zakłady mięsne, olejarskie, owocowo – warzywne, włókiennicze, stocznia remontowa i zakłady remontowe ciągników i autobusów. Rozbudowano port rzeczny i węzeł kolejowy.
Industrializacja Bender spowodowała też napływ do miasta pracowników ze wszystkich republik ZSRR, głównie jednak z Rosji, Ukrainy i Białorusi. Według oficjalnych statystyk 42 proc. mieszkańców Bender to Rosjanie, 28 proc. Mołdawianie i 18 proc. Ukraińcy. Pozostałe 12 proc. stanowią inne narodowości, w tym także Polacy. Miasto ma jednak zdecydowanie rosyjski charakter. Na ulicach nie usłyszy się innego języka niż rosyjski.
Jeżdżąc po mieście na każdym kroku spotyka się nie tylko sowiecką architekturę, ale także ornamentykę. Nazwy ulic noszących miano Lenina, Kalinina czy Suworowa dopełniają wrażenia, że czas się tu zatrzymał i nadal trwa Związek Radziecki. Trochę burzy je widok okazałego Preobrażeńskiego Soboru, ale kościelnej wieży próżno szukać. Ba, nie widać nawet bryły budynku, która wyglądałaby jak katolicki kościół. Fakt ten, jak wynika z zachowanych dokumentów, nie bierze się tylko z sowieckiej polityki. Inaczej niż w Kiszyniowie tutejsza parafia p.w. Narodzenia NMP, została stosunkowo późno, ponieważ w 1900 r. Była jak na mołdawskie warunki dość duża – liczyła 1882 wiernych. Najprawdopodobniej z powodu wybuchu I wojny światowej nie zdążyła wznieść okazałej świątyni, poprzestając na niewielkim kamiennym budynku, w którym urządziła tymczasową kaplicę. Po zakończeniu wojny dopiero w 1930 r. kaplica została powiększona. Nadbudowano nad nią piętro, w którym urządzono szkołę niedzielną i przytułek dla sierot. Akcent sakralny budowli dodawała do niego wieża. Długoletnim proboszczem parafii w Benderach był ks. Mikołaj Szczurek. Kapłan ten urodzony w Odessie w 1875 r. w polskiej, wielodzietnej, bardzo religijnej, pobożnej i biednej rodzinie. Jego rodzice chorowali na gruźlicę i szybko go osierocili, a on mógł ukończyć seminarium duchowne w Saratowie dzięki pomocy bogatego sąsiada Rosjanina, który doceniając dobroć i głęboką wiarę stał się jego mecenasem, zyskując sobie dozgonną wdzięczność chłopca, który po zostaniu księdzem do końca życia podczas każdej Mszy św. modlił się za niego. Współczesna działalność sercanów jest w jakiejś mierze nawiązaniem do socjalnej pracy ks. Mikołaja, w ramach której opiekował się sierotami. Średnio w jego przytułku przebywało czterdzieścioro dzieci. Były one w różnym wieku, niektóre trafiały do niego nawet tuż po urodzeniu. By podołać ich wychowaniu ks. Mikołaj często prosił o pomoc swoją siostrę Łucję. Sen z powiek ks. Szczurkowi spędzało zawsze pozyskiwanie środków na utrzymanie przytułku, zbierał ofiary od osób prywatnych, jeździł do pobliskich parafii, odwiedzał niemieckie kolonie. Szukał wsparcia u polskich organizacji i towarzystw, które działały w należącej wówczas do Rumunii Mołdawii. Ks. Szczurkowi pomagała tez miejscowa policja. Jeżeli zarekwirowała jakieś produkty żywnościowe na targu, przynosiła je przytułku…
Woleli porzucić groby
Ks. Szczurek jako duszpasterz otaczał też opieką polskie skupisko w Benderach, stanowiące podstawową grupę jego parafian. Dbał, aby pamiętali o swoich korzeniach i podtrzymywali polskość. W przytułku również wszyscy podopieczni obowiązkowo uczyli się języka polskiego.
Ks. Szczurek proboszczował w Benderach od 1939 r., kiedy to awansowano go do Kiszyniowa, ponieważ tamtejszy proboszcz został przeniesiony do Jass na rektora seminarium duchownego. Stworzony przez niego przytułek istniał do 1940r., kiedy to po zajęciu Mołdawii przez ZSRR został on upaństwowiony, a jego podopieczni wywiezieni w głąb Rosji. Parafia istniała w Benderach do 1950 r. Liczyła 1500 wiernych i musiała zostać poddana “obróbce”, aby można ja było zlikwidować. Część jej wiernych i zdecydowana większość czujących się Polakami skorzystało z repatriacji wyjeżdżając do polski. Woleli porzucić groby przodków niż pojechać na “białe niedźwiedzie”. Ci, którzy pozostali naiwnie liczyli, że władze sowieckie pozwolą na funkcjonowanie parafii. Początkowo wszystko na to wskazywało, w 1945 r. zgodziły się one, by formalnie mogła działać. Na wniosek tzw. “dwadcatki”, czyli Komitetu Kościelnego zarejestrowały wspólnotę. Jej przewodniczącym został Piotr Francewicz Sawicki przedstawiciel starej polskiej emigracji, urodzony w 1915 r. i pełniący funkcje państwowego lekarza sanitarnego. Jego zastępcą mianowano zaś Wiktora Osipowicza Grundana urodzonego w 1913 r. mistrza krawieckiego. Obowiązki dojazdowego proboszcza miał pełnić ks. Mikołaj Szczurek. Natychmiast po rejestracji przez pełnomocnika d.s. religii w Kiszyniowie, miejscowe władze zaczęły jednak naciskać na wiernych, by zrezygnowali z uczestnictwa w życiu parafii. Groziły im zesłaniem na Sybir, pozbawieniem praw obywatelskich, zwolnieniem z pracy itp. Presja ta była na tyle silna, że w 1947 r. parafia liczyła formalnie już tylko 120 osób. W miarę możliwości starał się dojeżdżać do niej ks. Mikołaj Szczurek, będący formalnie jej proboszczem. Na każdy przyjazd do Bender musiał mieć zezwolenie pełnomocnika, co bynajmniej nie zawsze było łatwe. Władze starały mu się utrudnić kontakt z wiernymi. Z zachowanych dokumentów wynika, ze tylko raz w 1947 r. otrzymał zgodę, by przyjechać do Bender na Wielkanoc.
Parafia bez duszpasterza
W 1948 r. ks. Szczurek umarł i parafia została bez duszpasterza. Zachęcone tym benderskie władze już w 1949 r. podjęły pierwszą próbę likwidacji parafii. Fałszując dokumenty usiłowały przejąć budynek kościelny pod Komitet Miejski Partii Komunistycznej. Nie do zniesienia był dla nich fakt, że kościół funkcjonował w samym centrum miasta przy ul. Józefa Stalina. Ponieważ ich działanie było szyte zbyt grubymi nićmi, wycofali się z tego pomysłu. Posłużyły się innym fortelem, żeby wszystko odbywało się “zgodnie z prawem”.. Zmusiły do wystąpienia z “dwadcatki” jej przewodniczącego i sekretarza. Następnie nie zgodziły się na przeprowadzenie do niej wyborów uzupełniających, na co konieczna była akceptacja władz. Po kilku miesiącach zwróciły się do pełnomocnika z wnioskiem o zamknięcie kościoła w Benderach, ponieważ tutejsza parafia nie może zebrać ilości wiernych niezbędnych do funkcjonowania jej komitetu. Ten przychylił się do wniosku i kościół został zamknięty. Nie oznaczało to jednak jeszcze likwidacji parafii, mogła ona dalej funkcjonować, ale wierni o tym nie wiedzieli. Żadnego dokumentu jej przedstawicielom do ręki nie dano, po kilku miesiącach na początku 1950 r. władze działając “lege artis” wymusiły na zupełnie zastraszonych członkach parafii dobrowolne zrzeczenie się budynku kościoła na rzecz ispołkomu. Ten nie przekazał go na siedzibę partyjnego komitetu, ale zamienił w obiekt sportowy. Z czasem dobudowano do niego dużą szkołę i tak już pozostało. Zacierając sakralny charakter budynku władze rozebrały przylegającą do niego wieżę.
Czasy nie były łatwe
,,Gdy sercanie objęli odrodzona parafię w Benderach w 1986 r. myśleli nawet o odzyskaniu dawnego kościoła” – mówi ks. Piotr Kuszman przełożony Mołdawsko- Ukraińskiego Dystryktu Zgromadzenia Księży Najświętszego Serca Jezusowego SCJ. ,,Okazało się to jednak niemożliwe. Postanowiliśmy zbudować nowy ośrodek duszpasterski. Dom, który pani Wiktoria przekazała parafii nie bardzo się do tego nadawał, zaczęliśmy szukać nowej lokalizacji pod budowę kościoła i ośrodka duszpastersko – socjalnego, w którym postanowiliśmy umieścić też siedzibę dystryktu. Teoretycznie tu właśnie powinien rezydować, ponieważ jednak Tyrasopol i Bendery tworzą praktycznie jedno miasto, po objęciu obowiązków przełożonego dystryktu pozostałem nadal w Tyrasopolu. Placówka w Benderach kieruje ks. Władysław Jadowski. Wspiera go brat Tomasz Chudziak, pełniący funkcję ekonoma dystryktu, a także miejscowy diakon Wowa Biełokonnyj, który wkrótce zostanie wyświęcony na kapłana.”
Czasy, w których sercanie objęli parafię w Benderach nie były łatwe. W mieście dźwigającym się z ruin panowała bieda, cały przemysł leżał w gruzach. Ludzie nie mieli pracy, a co za tym idzie środków na utrzymanie. Wielu wyprzedawało za bezcen swoje mienie i wyjeżdżało do rodzin w Rosji. Nikt nie był pewny swojej przyszłości. Pierwszy sercański proboszcz, który zaczął tworzenie zaplecza w parafii po trzech miesiącach rozchorował się na serce i musiał wracać do kraju. Jego następcy musieli zmienić wybraną przez niego lokalizację i zacząć organizować siedzibę gdzie indziej.
Tradycja przetrwała
Udało im się jednak uzyskać przydział placu pod budowę kościoła. Dzięki pomocy różnych darczyńców (głównie z Anglii), mogli przystąpić do budowy całego ośrodka, który obecnie jest już częściowo gotowy. Funkcjonuje już klasyczny dom zakonny na piętrze, ponadto częściowo zostało wykończone zaplecze socjalne. Budując ośrodek sercanie zajmowali się też formowaniem parafii. Choć istniała ona od 1992r., faktycznie dopiero sercanie ustabilizowali jej funkcjonowanie. Wcześniej stanowiła filię parafii w Kricoje i kapłan dojeżdżał do niej tylko na niedzielę, żeby odprawić Mszę św. Nie było to najszczęśliwsze rozwiązanie, bo Kricoje też nie miało stałego kapłana i dojeżdżał do niego z Kiszyniowa ks. Benon Farkasz obecny wikariusz generalny diecezji kiszyniowskiej. Na miejscu w Kricoje mieszkały tylko Siostry Służebniczki Starowiejskie, dojeżdżające do Bender. Choć w sensie materialnym współbracia zaczynali w Benderach na surowym korzeniu, to w sensie duchowym nie. Jakaś katolicka tradycja tu jednak przetrwała. Wśród najstarszych wiernych wspólnoty byli jeszcze i tacy, którzy pamiętali funkcjonowanie parafii jeszcze w okresie międzywojennym. Pani Wiktoria Grundan np., która zapisała swój dom na rzecz odrodzonej wspólnoty była członkiem jej “dwadcatki”. Znaczna część wiernych, przynajmniej od czasu do czasu jechała do Kiszyniowa odległego o 60 km, by w czynnej parafii przystąpić do sakramentów i uczestniczyć we Mszy św. Także posługujący w mołdawskiej stolicy księża, dojeżdżali w tajemnicy i nieoficjalnie do najstarszych i chorych katolików mieszkających w Benderach. To niewątpliwie ułatwiało odrodzenie benderskiej parafii. Swoistym paradoksem jest, że w mieście przetrwała też inna tradycja, zgodnie z którą wskrzeszona wspólnota od razu została ochrzczona mianem “polskiej”.
,,W świadomości tutejszego społeczeństwa wciąż pokutuje pogląd, że jak ktoś chodzi do kościoła, to jest Polakiem, a jak do cerkwi, to Ruskim” – śmieje się ks. Władysław Jadowski. ,,Kwestia języka jest w tej sprawie drugorzędna. Nawet, jeżeli katolik nie zna języka polskiego i mówi tylko po rosyjsku, to też jest Polakiem. My oczywiście nad tym specjalnie nie ubolewamy. Nie eliminujemy na siłę języka polskiego. Owszem, Msze św. odprawiamy głównie po rosyjsku, gdyż zdecydowana większość wiernych nie zna języka polskiego, ale jedną czy drugą pieśń po polsku podczas Mszy św. zaśpiewamy. Po polsku odmawiamy też wszystkie nabożeństwa paraliturgiczne, jak np. Różaniec. Tak życzą sobie wierni i my to szanujemy. W mieście mającym zdecydowanie rosyjskie oblicze świadomych Polaków jest oczywiście niewielu. Większość z nich wyjechało w ramach repatriacji po zakończeniu II wojny światowej do Polski. Pozostali musieli zmienić nazwiska, dodając do polskich rosyjską końcówkę i “otcziestwo”. Tylko najbardziej odważni z nich dbali o to, by w paszportach mieli wpisaną narodowość polską. Większość dla świętego spokoju deklarowało, że są Rosjanami, Ukraińcami i Białorusinami. Kiedy tu przyjechałem przed siedmioma laty, byłem bardzo zdziwiony, gdy spotykałem rodziny, w których matka była Polką, jej mąż Ukraińcem, a dzieci uważały się za Rosjan. Żeby było śmieszniej mąż tez miał korzenie polskie, więc ich dzieci także de facto je miały. Obecnie sprawę dodatkowo komplikuje sytuacja polityczna w Przydniestrzu.
Stan tymczasowości
Wielu ludzi wyjeżdża stąd do pracy w Rosji i na wszelki wypadek nie tylko deklaruje rosyjską narodowość, ale przyjmuje rosyjskie obywatelstwo. Pracując w Rosji ściągają do siebie dzieci, by studiowały na rosyjskich uczelniach. Nie ma się temu zresztą, co dziwić. W Benderach funkcjonuje nie więcej niż jedna trzecia dawnych zakładów i mieszkańcy miasta muszą szukać możliwości zdobycia środków do życia. W efekcie w mieście jest też duża fluktuacja ludności. Faktyczna jej liczba jest znacznie niższa od oficjalnej, niektórzy szacują, że nawet o połowę.
Ekonomia i ruch ludności przekłada się niestety negatywnie na stabilizację społeczności wiernych, składającej się przede wszystkim z ludzi starszych, choć co prawda należy do niej też grupka dzieci i młodzieży. Stale dołączają do nich nowi przedstawiciele najmłodszego pokolenia, lecz powiększa się ona bardzo wolno. Po ukończeniu szkoły średniej dziewczęta i chłopcy idą na studia i do Bender rzadko wracają.
Służące dzieciom
Sercanie zgodnie z tradycją benderskiej parafii stworzonej przez ks. Mikołaja Szczurka i własnym charyzmatem zaczęli realizować różne przedsięwzięcia służące dzieciom. W zbudowanym zapleczu socjalnym mieszczącym się na sąsiedniej działce kupione od starszej kobiety, która wyjechała do dzieci w Rosji uruchomili m.in. stołówkę dla dzieci ulicy. Może ona wydawać do 60 gorących posiłków dziennie. Prowadzą też świetlicę. Działają w niej kółka zainteresowań, w których dziewczęta i chłopcy mogą uczyć się np. modelowania i szycia odzieży, wyszywania itp. Sercanie współpracują też z miejscowym domem dziecka, w którym prowadza dwa kółka pozwalające podopiecznym placówki pożytecznie spędzić czas. W jednym dzieci uczą się majsterkować w drewnie, a w drugim szycia, wyszywania i malowania.
Podobnie jak w innych sercańskich parafiach w benderskiej funkcjonuje również punkt medyczny. Nie jest on tak duży jak w Tyrasopolu, bo zatrudnia tylko dwie pielęgniarki i jedną sanitariuszkę, ale cieszy się on dużym powodzeniem. Z jego pomocy stale korzysta 30 osób, ale zapotrzebowanie jest dużo większe.
,,Na razie jednak nie mamy warunków do jego rozwinięcia” – ubolewa ks. Jadowski. ,,Musimy dokończyć budowę ośrodka i rozpocząć wznoszenie kościoła. Wszystko co robimy, możemy realizować dzięki wsparciu fundacji i dobroczyńców z Zachodu i ostrożnie gospodarujemy środkami, by nam na wszystko starczyło.”
By podołać wszystkim wyzwaniom ks. Władysław Jadowski musi mieć dużo siły. Jako doświadczony misjonarz, który wiele lat spędził w Afryce, wie, że aby osiągnąć efekty potrzebna jest cierpliwość, modlitwa i cierpienie podejmowane w łączności z Jezusem Chrystusem. Gdy rano zaczyna dzień od pójścia do kaplicy, przypomina mu o tym wiszący na ścianie klatki schodowej krucyfiks. Rozpięty na nim Chrystus zdaje się mówić, że poprzez Jego wierne naśladowanie sercanin ma wynagradzać Mu zniewagi, których doznaje.
Marek A. Koprowski
