W parafii u Poleszuków

Maniewicze, choć liczą 10 tys. mieszkańców, nie mają praw miejskich. Według oficjalnej nomenklatury to osiedle typu miejskiego. Miejscowość ta, choć duża, ma wygląd wsi. Znaczna część jego zabudowy to proste wiejskie, zapadające się w ziemię chałupy, przylegające do zabudowań gospodarczych.

Tak jak na całej Ukrainie, wszyscy niezależnie od profesji zajmują się tu hodowlą świń, krów i drobiu. To główny filar ich utrzymania. Swoją nazwę miejscowość zawdzięcza rzece Maniówce, dopływowi Prypeci. Leży na skraju Polesia Wołyńskiego, 65 km na północny wschód od Łucka. Powstała ona w końcu XIX w. jako osada przy stacji kolejowej na linii Warszawa – Kowel – Kijów. Jej powstanie miało ułatwiać eksploatację bogatych i trudno dostępnych lasów, a także pokładów torfu. Dziś ta rozcięta na dwie części torami kolejowymi mieścina robi senne wrażenie.

Śladami po Rzeczypospolitej jest w Maniewiczach stacja kolejowa, zbudowana w latach trzydziestych z niezmienioną po dziś dzień boazerią, a także katolicka parafia. Widać, że ma dobrego gospodarza. Jest nim ks. Andrzej Kwiczala. Proboszcz młody, ale nietuzinkowy, mający bardzo ciekawą drogę do kapłaństwa. Zanim wstąpił do Seminarium Duchownego ukończył w Nysie Zespół Szkół Rolniczych. Wygrywając jako jego uczeń dwie olimpiady z chemii i biologii, postanowił podjąć studia na Akademii Medycznej we Wrocławiu. Po jej ukończeniu miał staż w Nysie, po którym został zaproszony do Wrocławia na czwartą Nefrologiczną Katedrę Akademii Medycznej przy Kościele Bonifratrów. Tu pracował przez dwa lata. Po tym okresie ogarnęła go refleksja nad dalszym życiem. Postanowił zostać księdzem, pracującym na Wschodzie, by leczyć nie tylko zdrowie, ale i duszę człowieka. W realizacji tego pomysłu pomógł mu dominikanin o. Ambroży Adamski. Przez niego poznał kard. Mariana Jaworskiego. W 1994r. wstąpił do Wyższego Seminarium Duchownego Diecezji Zamojsko – Lubaczowskiej i rozpoczął studia na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, uwieńczone magisterium w 2000 r. Pracę magisterską poświęcił dziejom parafii w Ostrogu w latach 1939 – 2000, w której pod okiem proboszcza ks. Witolda Józefa Kowalowa przyjeżdżał na praktyki jako kleryk i diakon. Po święceniach kapłańskich, które otrzymał w rąk bp Marcjana Trofimiaka w 2000 r. został wikariuszem parafii katedralnej w Łucku. Parafię w Maniewiczach objął jako proboszcz w 2001 r., kontynuując dzieło kilku poprzedników, wskrzeszających wspólnotę od 1990 r. Parafię tą znał już wcześniej. Ciekawiła go ze względu na swoja historyczna przeszłość. I to nie tylko tą tragiczną związana z mordami ludności polskiej, ale z tą związaną z I wojną światową. Przypominają o niej znajdujące się na przykościelnym cmentarzu surowe, betonowe, wojskowe groby, w których spoczywają oficerowie Legionów Polskich. Ksiądz Andrzej jako ich opiekun i renowator z dumą je pokazuje, acz z ubolewaniem dodaje, że stanowią one symboliczną “resztkę” Polskich Cmentarzy Wojennych na terenie Maniewicz.###strona###

– Jeszcze niedawno było ich pięć, ale żaden z nich się nie zachował – wylicza. – Wszystkie zniszczono na początku lat dziewięćdziesiątych. Na jednym jest stadion, na drugim zakład energetyczny, na miejscu trzeciego stoją bloki, teren czwartego za stacja kolejową zniwelowano, a przez piąty przeprowadzono drogę. Nie ma więc śladu, że maniewicka ziemia została obficie zroszona polską krwią w czasie I wojny światowej, kiedy to na Polesiu Wołyńskim toczyły się ciężkie walki pozycyjne. Wojska austriacko – niemieckie, w ramach których walczyła dywizja legionowa, wypierając Rosjan z Wołynia, ugrzęzły w błotach Polesia, przechodząc do wielomiesięcznych walk pozycyjnych. Odznaczyły się w nich Legiony Polskie. Żołnierze trzech brygad pod Kołkami, Stowygorożem, Koszyszczami, Sobieszycami, Bielsko – Wolą, Jabłonką, Kuklami i Kamieniuchą złożyli obfitą daninę krwi. Pierwszy drewniany kościół w Maniewiczach zbudowano w 1915 r., gdy front rosyjsko – austriacki zaległ na dobre i przez wiele miesięcy w miejscowości kwaterowało polskie wojsko. Parafia została erygowana w niej dopiero w 1923 r. Maniewicze wyszły z wojny zniszczone i bardzo powoli wracały do życia, choć stacja kolejowa niewątpliwie im to ułatwiała.

– Obecny murowany kościół ma też korzenie legionowe – podkreśla ks. Andrzej. – Do jego powstania przyczyniły się rodziny oficerów legionowych pochowanych przy kościele. Gromadziły one fundusze na wzniesienie okazałej świątyni. Ich działania wsparli miejscowi przedsiębiorcy. Jeden z nich właściciel wytwórni parkietu i mebli pan Dąbrowski, ufundował do kościoła podłogę, ołtarze i boazerię. Dzięki temu budowa rozpoczęta w 1933 r. została ukończona pięć lat później. Był jednym z dwóch ośrodków, wokół których koncentrowało się życie polskiej społeczności w Maniewiczach. Drugim był “Dom Polski”, po którym dzisiaj nie ma śladu. Władze zarządziły jego rozbiórkę i przekazały w latach dziewięćdziesiątych pochodzące z niego materiały na budowę cerkwi prawosławnej. Społeczność polska w Maniewiczach była przed II wojną światową oczywiście nieliczna. W osadzie przeważali Żydzi. Ukraińcy stanowili drugą grupę narodową. Sąsiednia wieś Maniewicze, wchodząca dzisiaj w skład miasteczka miała natomiast czysto ukraiński charakter.

Parafia w Maniewiczach przetrwała do 1942 r. , kiedy to została zamknięta. Nieliczni wierni, którzy nie padli ofiarą wywózek i transportem z maniewickiej stacji nie zostali wywiezieni na Sybir, czuli się zagrożeni i starali się wyjechać, korzystając z połączenia kolejowego do Kowla.###strona###

W osadzie ton nadawała już rejonowa komórka OUN, kierowana przez Płatona Samosiuka, pseud. “Mat”. W ostatnich dniach czerwca podjudzeni przez nią Ukraińcy dokonali pogromu Żydów, plądrując przez trzy dni domy żydowskie. W sierpniu 1942 r. Niemcy i ukraińscy policjanci, którzy przeszli później do UPA zlikwidowali getto, mordując wszystkich Żydów. Ukraińscy nacjonaliści nie ukrywali, że Polacy będą następni. Kto mógł, wyjeżdżał, by nie paść ofiarą rzezi. Część młodych Polaków z Maniewicz wstąpiła również do Armii Krajowej. Ich rejon należał do “Odcinka Maniewicze”, na czele którego stał major kawalerii “Pika” – Karol Dyczko. W samych Maniewiczach powstał najpierw oddział Jerzego Niumena – “Hińczy”, a następnie grupa sierż. Romana Gossa. Polacy zdawali sobie sprawę, ze muszą się bronić.

Na miejscu pozostało zaledwie kilka polskich rodzin, w tym m.in. pani Dąbrowska, znana nauczycielka, powszechnie, w tym również przez Ukraińców, szanowana. Ostatni proboszcz Maniewicz ks. Bolesław Jastrzębski zdeponował najcenniejsze sprzęty kościelne, takie jak monstrancja i kielichy u zaprzyjaźnionego Ukraińca, który obiecał, że je ukryje i przekaże parafii, jeżeli tylko wznowi działalność.

– Zdeponowano w nim 700 ton soli, która strasznie zniszczyła kościół, wżerając się w jego ściany – ciągnie dalej ks. Andrzej. – Nigdy nie użyto jej do celów spożywczych. Skamieniała, zamieniając się w twardą skałę. Władze usunęły ją, gdy chciały urządzić w kościele klub. Zrobiły to oczywiście po sowiecku, rozsadzając sól przy pomocy dynamitu. Przy okazji uszkodziły dach i całą konstrukcję świątyni. Wtedy zarzuciły projekt, zostawiając świątynię w stanie zdewastowanym. Chciały ja ponoć wysadzić w powietrze. W zakrystii i składziku mieszkały jednak dwie rodziny, z którymi nie miały co zrobić i zostawiły kościół z spokoju. W stanie ruiny zwróciły go parafii. Tą reaktywowano w 1990 r. Przez pięć lat jej wierni modlili się “po domach” – jak mówi się na Ukrainie, a pięć lat później wprowadziła się ona do świątyni, którą udało się jako tako wyremontować.

Parafia w Maniewiczach, tak jak przed wojną, jest bardzo rozległa. Należy do niej oprócz samej osady 17 wsi – chutorów. Tyle zostało po wołyńskiej pożodze z 1943 r. z 43 należących do niej miejscowości. 13 z tych ocalałych miejscowości zmieniło też nazwę. Po reszcie trudno odnaleźć jakiś materialny ślad. W ich miejscu często rośnie las…###strona###

Ile osób należy do parafii precyzyjnie ks. Andrzej jeszcze nie ustalił. Teoretycznie w spisach jest zapisanych 740 osób. Były one jednak sporządzane w 1994 r., gdy na terenie Maniewicz nie było jeszcze żadnej chrześcijańskiej świątyni. Do kościoła przychodzili więc również prawosławni. Obecnie, gdy w osadzie zbudowano dwie cerkwie należące do dwóch odrębnych patriarchów: kijowskiego i moskiewskiego, prawosławni wolą modlić się we własnych obrządkach. Do cerkwi chodzi też spora grupa grekokatolików, którym bardziej odpowiada wschodnia liturgia.

– Obecnie, realnie licząc, w niedzielnej Mszy św. bierze udział razem z dziećmi około osiemdziesięciu wiernych – ocenia. – W tygodniu na poranną Mszę św. przychodzi dwie, trzy, a na wieczorną sześć, siedem osób. W tej grupie najaktywniejszych wiernych tylko dwie Polki, czyli pani Stanisława Kijewska – Hajko i Kazimiera Mitkalik pamiętają przedwojenną parafię. Pozostali wierni to osoby napływowe z Lwowszczyzny i Tarnopolszczyzny, o polskich korzeniach , którzy do Maniewicz trafili głównie z nakazem pracy, jako personel do tutejszego więzienia. Zakład ten w sowieckich czasach był jeszcze większy. Bywały czasy, że przebywało w nim… sześć tysięcy osadzonych.

Z napływowymi Polakami ks. Andrzej wiąże duże nadzieje. Ze statystyki wynika bowiem, że stanowią oni około 60 proc. mieszkańców Maniewicz. Swojej polskości raczej się nie wstydzą .

– Z rozmów z nimi mogę wnosić, że każdy z nich ma jakiś dokument, przy pomocy którego może udowodnić przynajmniej posiadanie polskich korzeni – dywaguje ks. Andrzej. – Są nie tyle zukrainizowani, co zsowietyzowani. Wielu z nich przestrzega jednak polskich tradycji. Przed Bożym Narodzeniem np. przysyłają dzieci po opłatki. Świadczy to o tym, że świętują Wigilię. Wielu z nich przychodzi też do kościoła z okazji świąt Bożego Narodzenia i Wielkiej Nocy. Wtedy jest on pełen.

Marek A. Koprowski

forma płatności