Leonarda Rewkowska

Patrząc na Leonardę Rewkowską aż trudno uwierzyć, że na tej chodzącej w czerni na znak żałoby po zamordowanym przez NKWD ojcu, steranej życiem kobiecie, opiera się polskość w Słonimiu, pięćdziesięciotysięcznym mieście. Bagażem jej życiowych doświadczeń można by obdzielić kilka, jeżeli nie kilkanaście osób.

Zrehabilitowana została dopiero w 1992 r. Aż do tego czasu nosiła tytuł „wrag naroda”. Musiała zmieniać nazwiska i stosować różne wybiegi, by ujść łapom „sowieckiej sprawiedliwości”. Gdy zaczęło się polskie odrodzenie, stanęła w Słonimiu na jego czele i po dziś dzień mu przewodzi, choć dźwiga już na karku siedemdziesiąty pierwszy krzyżyk. Jej dorobkiem można by obdzielić wielu działaczy. Jest on tym większy, że pani Leonarda nigdy nie korzystała z pomocy płynącej z Polski via Zarząd Główny ZPB z Grodna. Z powodzeniem wykorzystywała miejscowe możliwości, zyskując duży szacunek tutejszych Białorusinów.

Gości przyjmuje pani Leonarda w domu na obrzeżu Słonimia przy ul. Socjalistyczieskiej 45. Najłatwiej trafić do niego w okolicy polskich świąt narodowych czy rocznic. Zawsze wisi na nim wtedy polska flaga. Nie stanowi on tylko jej prywatnego mieszkania. Ten zbudowany z dużym trudem przy pomocy synów dom przekazała na siedzibę Słonimskiego Oddziału ZPB, by nie tułał się po wynajętych pomieszczeniach. Gości przyjmuje zazwyczaj w dużym pokoju, gdzie odbywają się spotkania zarządu. Siedząc w nim można zobaczyć wszystkie odznaczenia i nagrody, jakimi władze RP starały się ją wyróżnić za „wierną służbę”. Jedno z odznaczeń nosi stale przypięte do czarnej sukni. To „Krzyż Sybiracki”. W 1952 r., gdy NKWD wyszukiwało ostatnich bandytów z AK, wraz z matką i siostrą została wywieziona do Kazachstanu. Choć ze Słonimiem jest związana od 1949 r., to w nim się nie urodziła. Przyszła na świat w Nowinkach k. Marysina, wsi leżącej 33 km od Słonimia, wówczas w powiecie baranowickim, województwa nowogródzkiego. Ochrzczona zaś została w kościele w Mołczadzi. Za polskich czasów jej rodzinie powodziło się bardzo dobrze.

Miód i serowarnia

I to bynajmniej nie dlatego, że miała 25 hektarów ziemi. Najwięcej pieniędzy do rodzinnego budżetu wpływało z liczącej ponad sto uli pasieki. Po pięć ton miodu przez nią wytwarzanych przyjeżdżali Żydzi aż z Warszawy. Także serowarnia, którą Józef Rewkowski zorganizował na wzór szwajcarski przynosiła duże zyski. Przed wojną Rewkowscy należeli niewątpliwie do najzamożniejszych w okolicy. Była to głównie zasługa ojca, który jadł chleb z niejednego pieca i w czasie wędrówek po świecie niejedno widział i nauczył się dziewięciu języków. Te jego „wędrówki” były oczywiście wymuszone. Wziął czynny udział w rewolucji w 1905 r. i ratując się przed carską katorgą przez Finlandię musiał uciekać za granicę. Wrócił dopiero w 1924 r. po 18 latach emigracji. Mieszkał w kilku krajach Europy i Ameryki. Pracował i jak twierdzi pani Leonarda zarobił furę pieniędzy za które zmodernizował rodzinne gospodarstwo.

W czasie pierwszej okupacji polskich Kresów, czyli jak ich mieszkańcy zwykli mówić, za „pierwszego bolszewika”, sowieci nie ruszyli rodziny Rewkowskich, choć spełniała wszystkie warunki aż nadto, by być zaliczona do kułaków. Najprawdopodobniej ich moce przerobowe były zbyt małe, by zdążyć z wywózką wszystkich do czasu ataku Niemiec na ZSRR. Nowinki leżały tez na uboczu. NKWD w pierwszym rzędzie musiało zająć się Marysinem, wioską osadników wojskowych. Praktycznie wszyscy mieszkańcy tej wioski zostali wywiezieni, a ona sama legła w gruzach. Gdy Niemcy napadli na ZSRR, nad Polakami na Białorusi, a zwłaszcza tymi mieszkającymi w powiecie baranowickim zawisła groźba zagłady.

Umrzemy jako Polacy

– Niemcy po zajęciu Białorusi oparli swą władzę o białoruską administrację, której członkowie najczęściej odnosili się do Polaków wrogo – podkreśla Leonarda Rewkowska. – Przy pomocy białoruskich policjantów hitlerowcy przystąpili do eksterminacji Żydów i założyli obóz koncentracyjny w Kołdyczewie. Było jasne, że po Żydach następni do likwidacji będą Polacy. Przyjaciel ojca pracujący w niemieckiej komendanturze poradził mu, żeby zapisał się jako Białorusin, bo to zagwarantuje mu przeżycie dla niego i jego żony i dzieci. Ojciec odpowiedział, że jeżeli taka będzie wola Boża, to zginie on, może zginą i dzieci, ale zginą jako Polacy…

Krótki okres okupacji sprawił, że rodzina Rewkowskich przeżyła hitlerowską okupację, choć znaczna część polskiej inteligencji z powiatu baranowickiego, nie wywieziona wcześniej przez sowietów, została wymordowana.

Po wojnie ojciec pani Leonardy wraz z całą rodziną nie chciał opuszczać Nowinek. Podobnie jak inni Polacy liczył naiwnie, że przyjdą Amerykanie, że wszystko się zmieni. Szybko się przekonał, jak bardzo się mylił. Początkowo mogło się wydawać, że jakoś da się żyć. Nikogo nie wywożono, nie zaganiano do kołchozów. Sowieci obrabowali tylko gospodarstwo z całego majątku ruchomego. Dopiero w 1950 r. NKWD nocą aresztowało ojca pani Leonardy i od tej pory wszelki ślad po nim zaginął.

Jak ojciec bandyta

Moment aresztowania ojca przez sowieckich oprawców mimo, że miała wtedy 10 lat i chodziła do trzeciej klasy, pani Leonarda pamięta doskonale. Mieszkała już wtedy w Słonimiu u starszej siostry Grażyny, która po ukończeniu szkoły felczerskiej w Baranowiczach w 1949 r. została skierowana do pracy w tutejszym pogotowiu. Rodzice umieścili ją u niej, bo w pobliżu Nowinek, w których mieszkali, nie było już szkoły. Ta w Marysinie, podobnie jak cała wieś, przestała istnieć.

– Gdy przyszłam pewnego marcowego dnia do szkoły jeszcze nie wiedziałam, że ojca aresztowano, nauczyciele jednak wiedzieli i zaczęli mnie uspokajać – wspomina pani Leonarda. – Jedna z nauczycielek postawiła mi dwóję, choć do tej pory zawsze miałam u niej piątki, kazała stanąć w kącie i powiedziała całej klasie, że jestem taka sama, jak mój ojciec bandyta… Więcej do tej szkoły nie poszłam. By nie martwić siostry, wychodziłam z mieszkania i zaszywałam się w zaroślach nad Kanałem Ogińskiego. Po paru dniach przyjechała matka i powiedziała, że szesnastego marca nocą ojca zabrali. Oskarżyli go, że jest „głową bandytów”. Tak bowiem w sowieckiej nomenklaturze określano AK-owców. Ojciec, podobnie jak dwie siostry Grażyna i Lidia, należał do AK. One jako osoby dorosłe także zostały aresztowane. Razem z ojcem umieszczono je na tzw. Krzywym Kole. Było to straszne więzienie NKWD. Siostry i ojciec dostali po 10 lat łagru. Siostry przeżyły, ojciec nie. Nie wiadomo, gdzie zmarł i gdzie jest pochowany. Matka, która po aresztowaniu ojca wzięła na siebie odpowiedzialność za rodzinę, zabrała mnie i najmłodsza siostrę Teresę, mającą osiem lat do Nowinek. Dwóm pozostałym siostrom, Celinie i Lusi, poleciła porozjeżdżać się po rodzinie, byle dalej od Słonimia. Słusznie przypuszczała, że NKWD nie zostawi nas w spokoju…

W oczekiwaniu na wywózkę

Żonie „bandyty” i jej dwóm córkom pozwolono mieszkać w Nowinkach jeszcze dwa lata. Pani Leonarda jako dziecko była wtedy świadkiem „sowieckiej sprawiedliwości”, w ramach której gospodarstwo ich rodziców było dograbiane z resztek majątku. Widziała też rozwalanie stodół i innych budynków gospodarczych wzniesionych przez ojca. W pobliskim Wiszniewie zorganizowano Kołchoz im. Józefa Stalina i do niego wywożono cały pozyskany w gospodarstwie Rewkowskich materiał z rozbiórki. Nocami z Nowinek ekipy NKWD wywoził też ludzi. W ciągu dwóch lat zniknęli prawie wszyscy z tych, którzy zdecydowali się w nich pozostać.

– Matka spodziewała się, że któregoś dnia i nas wywiozą – wspomina Leonarda Rewkowska. – Wysyłając nas do szkoły uprzedziła, że wracając powinniśmy obserwować dom. Gdyby kręcili się przy nim jacyś ludzie w mundurach , to natychmiast mieliśmy uciekać do lasu, który był tuż obok. Ona sama po naszym wyjściu brała kozy i szła do lasu, by się napasły. Krowy nam bowiem zabrano i matka kupiła kozy, które dla nas stały się głównymi żywicielkami. Mama pasła te kozy i płakała. Nie wiedziała, co się dzieje z mężem i z aresztowanymi córkami, martwiła się, co będzie z nami.

Nocą 18 kwietnia 1952 r., gdy Leonarda Rewkowska już usnęła, usłyszała łomot do drzwi i krzyki – grażdanka Rewkowskaja otkrywajtie.

– Matka wiedziała, że to NKWD, ale nie chciała otworzyć – wspomina pani Leonarda Rewkowska. Spytała: – Dlaczego nie przyszliście w dzień? Może jesteście bandytami z lasu? Enkawudziści, którzy przyjechali dwoma gazikami na chwilę przestali walić w drzwi. Ustawili jeden z gazików tak, że reflektorami oświetlił okna naszego domu. W jednym z nich ustawili niejakiego Szarika, deputowanego Sielskiej Rady i zapytali się matki: – wy Szarika znajetie, on że deputat Sielskowo Sowieta? A potem jeszcze raz powtórzyli: – w imieni sowietskoj własti otkrywajtie! Cóż było robić. Matka otworzyła drzwi.

Dramatyczna noc

Pani Leonarda zapamiętała każdy szczegół tamtego zdarzenia i nie ma się temu co dziwić. W chwilę po tym, jak bojcy w czerwonych otokach wdarli się do domu, zobaczyła wycelowaną w siebie lufę pepeszy. Bojcy byli przekonani, że matka ukrywa w domu polskich partyzantów.

Wrzeszczeli: – obysk wy priatatie u siebia polskich banditow – wspomina Leonarda Rewkowska. Rozbiegli się po całym domu, przetrząsnęli strych i piwnicę. Po kilku minutach ich komandir stwierdził: – banditow my nie naszli, no wy priatatie arużie, budiem diełat wtaroj obysk.

Zaczęli robić wtedy dokładniejszą rewizję. W praktyce polegała ona na tym, że każdy z enkawudzistów starał się wyszukać coś dla siebie do zabrania. Po czterech godzinach rewizji zbliżała się pora, o której z reguły wychodziłam do szkoły. Zaczęłam więc rozglądać się za teczką z książkami. – A ty kuda? – wrzasnął pilnujący nas enkawudzista. – Do szkoły!- odpowiedziałam. Wtedy on zawołał komandira, a ten wyjął z kieszeni jakiś papier, wyprostował się jak strzała i zaczął czytać z zadęciem sędziego wygłaszającego wyrok śmierci: – Imieniem Wierchownowo Sowieta SSSR Rewkowska Antonina Kazimierowna, Rewkowska Leonarda Josifowna, kak niebłagonadiożne pieriesielajties w oddalone miesta Sowietskowo Sojuza”. Spojrzał na zegarek i dodał – na zbor wieszci imiejietie tridcat minut”. Moja siostra Teresa słysząc to zemdlała. Matka zaczęła ją ratować. Ja zaś mimo, że miałam wówczas tylko 12 lat, wiedziona jakimś instynktem, wzięłam prześcieradło i zaczęłam pakować najpotrzebniejsze rzeczy i wynosić na samochód. Zrozumiałam bowiem , że wywożą nas na białe niedźwiedzie… Gdyby nie to umarlibyśmy pewnie po drodze. Po półgodzinie siedzieliśmy na ciężarówce.

Buntarski duch

Nie był to jednak koniec przygód Leonardy Rewkowskiej tej nocy. Nie na darmo jeden z sowieckich urzędników powiedział, że – u niej buntarski duch. Gdy auto ruszyło, wiedziona jakąś podświadomością zeskoczyła z auta i wbiegła do domu.

– Upadłam na kolana przed obrazami i zaczęłam się modlić – wspomina. – Dwóch bojców wpadło za mną po chwili. Złapali mnie za ręce i powlekli, ale nie do ciężarówki, tylko do lasu. Ustawili mnie pod świerkiem i wycelowali we mnie lufy. Myślałam, ze to już koniec. Zaczęli strzelać, ale nad moja głową tak, że zaczęły się na mnie sypać szyszki i szpilki. Po chwili przestali i jeden z nich zapytał: – no szto diewoczka, poniała, szto u mienia nastajaszczyj awtomat, nie igruszka. – Pogroził mi palcem i dodał: – jeśli ty jeszczio raz prygniesz, uż li po dieriewiam nie budiem strielat, budiem strielat po tiebie. Można sobie tylko wyobrazić, co wtedy przeżywała moja matka. Siły jej wróciły, gdy zobaczyła, ze prowadzą mnie żywa. Gdy auto eskortowane przez dwa gaziki ruszyło, mama zaintonowała „Jeszcze Polska nie zginęła”, a my jako że matka nas nauczyła także zaczęliśmy śpiewać. Czterej bojcy, którzy pilnowali, byśmy nie uciekli nie zareagowali, zachowując kamienne twarze.

– Zawieźli nas na dworzec w Baranowiczach, otoczony przez trzy kordony wojska, załadowali do bydlęcego wagonu i powieźli na Wschód. Pociąg był ogromny, składał się bowiem aż z 50 wagonów. Jechało w nim kilka tysięcy osób. W trakcie załadunku na stacji działy się dantejskie sceny. Ludzie płakali, krzyczeli, wpadali w histerię. Bojcy strzelali na postrach… Jechaliśmy miesiąc. Pociąg zatrzymywał się tylko raz na dobę, na jakichś oddalonych od skupisk ludzkich stacjach. Gdy drzwi wagonu się otwierały, podchodził enkawudzista i pytał: – miortwyje jest?. – Jeżeli byli, to kładziono ich na nosze, przykrywano brezentem i odnoszono dalej. Potem dwóch przedstawicieli z wagonu udawało się na stację po wodę i po tzw. bałandę, czyli coś w rodzaju zupy z brukwi i Bóg wie z czego. Gdy minęliśmy Wołgę i pociąg coraz bardziej zaczął skręcać na południe wiedzieliśmy, że nie jedziemy na Sybir, ale gdzieś do Kazachstanu. Na miejsce przeznaczenia dotarliśmy 20 maja. Była to jakaś niewielka stacyjka w bachtaralskim rejonie w jużno-kazachstańskiej obłasti. Gdy wyszliśmy z wagonu, wzdłuż całego konwoju niczym na targu niewolników zaczęli biegać priedsiedatiele kołchozów i wybierać dla siebie pracowników. Myśmy trafiły z matka do kołchozu im. Kirowa, leżącego tuż przy granicy z Uzbekistanem. Oczywiście nie od razu. Przez trzy dni i noce siedziałyśmy przy torze, czekając aż ktoś nas weźmie. Tamtejsze kołchozy specjalizowały się w produkcji bawełny i potrzebowały dobrej siły roboczej. Kobieta z dwojgiem dzieci nie bardzo nadawała się na roboczego woła.

Czarna śmierć

Ostatecznie jednak młoda Leonadra została przydzielona wraz z matka i siostrą do wspomnianego kołchozu, w którym umieszczono je w jurcie. Szybko okazało się, że młodziutka Leonarda zabierając z domu kożuchy wykazała się wielka przezornością. Oprócz wszystkich niedogodności, na zesłańców czekały tez inne niebezpieczeństwa, w tym „czarna śmierć” , czyli pająk Kara-Kurt, którego ukąszenie było śmiertelne. Kazachowie poradzili matce Leonardy, by położyła kożuchy włosem do dołu i na nich urządziła posłanie dla siebie i dzieci. Kara-Kurt nie znosi bowiem zapachu owczych włosów i trzyma się od nich z daleka. Sąsiedzi Kazachowie widząc, że Rewkowscy nie potrafią samodzielnie urządzić się w jurcie, zaczęli im pomagać, przynosić różne wyposażenie niezbędne dla przeżycia w tych koszmarnych warunkach. Brygadzista z kołchozu przyniósł 10 kg pszenicy, ktoś inny żarna. Znalazł się i taki, co nauczył matkę Leonardy rozpalać ogień i ustawić kociołek. Życzliwość Kazachów rekompensowała Rewkowskim rygor obowiązujący w tej stepowej osadzie. Wszyscy zesłańcy nie mogli się od niej oddalać na odległość większą niż 5 km, a także co 5 dni musieli meldować się w speckomendanturze w Kara-Kyr.

– Był to większy pasiołek niż nasza osada, odległy o 4 km – wspomina Leonarda Rewkowska. – Chodziłyśmy tam piechotą, by składać podpisy na listach obecności. Pamiętam, że komendant nazywał się Jeromin. Był to zwyczajny zwyrodnialec. Jego zastępca Małygin miał więcej ludzkich odruchów. Śmierć Stalina nie spowodowała złagodzenia reżimu, któremu podlegaliśmy. Dopiero w 1954 r. nastąpiła zasadnicza zmiana. Dojechały do nas pozostałe siostry, skierowane przez władze, które je szybko odnalazły. W 1956 r. przyjechały do nas na zesłanie również starsze siostry, zwolnione z więzienia w ramach amnestii i skazane na osiedlenie się w Kazachstanie. Za Grażyną zaraz dobrowolnie przyjechał mąż. Gdy w 1950 r. aresztowano ją z drugą siostrą i ojcem, była mężatką i spodziewała się dziecka. Urodziła dziecko w więzieniu. Jej mąż służył wtedy w armii. Poradzono mu, żeby ratował swoją skórę i rozwiódł się z żoną jako „wragiem naroda”. Wtedy nie tylko uratuje własną skórę, ale oddadzą mu dziecko. Inaczej jego co najmniej wyrzucą z wojska, a dziecko umrze w sierocińcu NKWD. Posłuchał rady przełożonych, rozwiódł się z moja siostrą i oddali mu dziecko. Nie przestał jej jednak kochać. Gdy tylko dowiedział się, że została zesłana do Kazachstanu z dzieckiem, wziął z nią jeszcze raz ślub i był gotów żyć na zesłaniu. W 1954 r. został zniesiony też obowiązek meldowania się w komendanturze. Gdy pewnego razu przybyłyśmy, żeby się podpisać na liście obecności w komendanturze, nie zastałyśmy nikogo. Już nie funkcjonowała. Nikt nie wiedział, co robić dalej. Nie mieliśmy żadnych dokumentów. Obie z siostra Teresą chodziłyśmy do szkoły. Ja ukończyłam już siódmą klasę i nauczyłam się języka kazachskiego. Matka zajmowała się głównie szyciem. Umiała to robić bardzo dobrze i obszywała praktycznie cały kołchoz. Jeden z Kazachów miał maszynę do szycia, której nikt nie potrafił obsługiwać.

Matka szyła koszule

Brygadir kołchoza, który mieszkał obok, jak tylko dowiedział się, że mama umie się nią posługiwać, kazał jej szyć dla wszystkich koszule, sukienki itp. Priedsiedatiel kołchoza chcąc się matce odwdzięczyć, wysłał mnie z siostrą na naukę do technikum w Kapłambieku, miejscowości położonej 18 km od Taszkientu. Zgodziłam się na to chętnie, bo kołchoz nie tylko kierował nas, ale obiecał płacić stypendium. Jedyną alternatywą było po ukończeniu 16 lat pójście do pracy przy zbiorze bawełny. Nie miałam jednak żadnych dokumentów. Priedsiedatiel zaradził jednak temu, wysyłając mnie na komisję lekarską do Słowianki, która była centrum rejonu. Tam wydano mi metrykę urodzenia, jedyna jaką mam po dziś dzień. Bym nie miała problemów z dostaniem się do szkoły, przesunięto mi datę urodzenia z 1940 na 1939 i tak już zostało. Zażądałam tylko, by w metryce wpisano mi narodowość polską. Kazachowie będący członkami komisji na to przystali i wpisali, że jestem Polką, a także, że moja matka i ojciec są narodowości polskiej. Dwa lata uczyliśmy się w szkole i w 1956 r. postanowiliśmy uciekać z Kazachstanu i wrócić na Białoruś. Legalnie tego uczynić nie mogliśmy. Każdy, kto kończył 16 lat musiał podpisać zobowiązanie brzmiące następująco: „Dowiedieno do mojewo swiedienia, szto ja pieriesielon, pieriesieliena siuda na wieczna i za pabieg grozit dwadcat piat liet łagierow”.

Ucieczka z miejsca zesłania miała oczywiście dla rodziny Rewkowskich konkretne skutki. Formalnie byli dalej „wragami naroda”. Nie mogli wrócić na Słonimszczyznę. Musieli ukrywać swoją przeszłość, skazując się na bycie obywatelem III kategorii. Pani Leonarda „przycupnęła” w Szczuczynie, gdzie dokończyła edukację w Technikum Rolniczym. Wyszła za mąż, urodziła dwóch synów, ale niestety w jej rodzinie nie układało się. Mąż pani Leonardy noszący nazwisko Popiełuszko chciał robić karierę i szybko na Oszmiańszczyźnie został dyrektorem sowchozu, co oczywiście wiązało się z przynależnością do partii komunistycznej. Ona zaś chciała wychowywać synów na polskich patriotów i porządnych ludzi, przyznała się mężowi, że jest „kułacką doczką” i uciekła z zesłania w Kazachstanie. To nie stwarzało w rodzinie dobrej atmosfery. Mąż Leonardy ciągle żył w strachu, że przeszłość żony ujrzy światło dzienne i jego kariera zakończy się natychmiast. Pani Leonarda nie chciała tez pracować w sowchozie. Marzyła jej się praca pedagogiczna, ale jako „wrag naroda” nie miała żadnych szans na zdobycie odpowiedniego wykształcenia. Pion wychowawczy był bowiem zarezerwowany w ZSRR dla ludzi ślepo wierzących w komunizm, potwierdzających swą wiarę czynami. Pani Leonarda chcąc ukończyć zaocznie studia nauczycielskie musiała skorzystać z pomocy siostry Grażyny, która uciekając z mężem z Kazachstanu osiedliła się na Ukrainie. Tam pod nazwiskiem Popiełuszko ukończyła studia upoważniające do nauczania chemii i biologii.

KGB nie zapomniało

Po 15 latach małżeństwa pani Leonarda widząc, że w małżeństwie jej się nie układa postanowiła je zakończyć. Przeprowadziła się do Słonimia wraz z synami, gdzie w ubogiej chałupce należącej uprzednio do jednej ze starszych sióstr mieszkała jej matka. Udało jej się też dostać do pracy w szkole. Przez dwa lata miała spokój. Gdy jednak dokończyła sprawę rozwodową i wróciła do nazwiska Rewkowska, natychmiast przypomniało sobie o niej KGB. Wytoczona jej została sprawa karna. Zarzucono jej nadużycie i posługiwanie się zdobytym dyplomem w złej wierze. Oskarżono ją, że po to została nauczycielką, by wychowywać „wragow naroda”. Sprawa wlokła się wiele lat, przekroczyła granice rejonu, obwodu i stanęła na szczeblu republikańskim.

Twarz pani Leonardy tężeje, gdy mówi o procesie. Broniła się jak lwica i nie chciała za nic się poddać, pójść na układ z władzami. Te bowiem chciały ją amnestiować, ona zaś domagała się uniewinnienia. Sprawa zaś stała się na tyle głośna i nie można jej było ukręcić łba. Grono nauczycielskie w szkole stanęło zdecydowanie po jej stronie, co było wypadkiem bez precedensu. W rezultacie ze szkoły jej nie zwolniono, co również było ewenementem.

Stanęli okoniem

– Do szkoły przyjechała Komisja z Ministerstwa Oświaty – mówi Leonarda Rewkowska. – Zostało zwołane zebranie wszystkich nauczycieli. Władze spodziewały się, ze zgodnie z sowieckim obyczajem zamieni się ono w swoisty sąd, podczas którego moi koledzy, jak przystało na socjalistyczny kolektyw, potępią mnie i zażądają od władz, by mnie wyrzucić. Tymczasem oni stanęli okoniem. Nie tylko mnie nie potępili, ale wprost przeciwnie zaczęli mnie bronić. Naczalstwo zabraniało. Przepychanka trwała trzy godziny. W końcu zaległa cisza. Wtedy nauczyciel matematyki, Rosjanin Michaił Prokopiew wstał z miejsca i oświadczył: „nie ma co tu siedzieć, musimy iść do domu, żeby przygotować się do jutrzejszych lekcji”. Inni go poparli i zaczęli wychodzić. Po chwili na sali zostałam sam na sam z komisją. Niewiele myśląc zabrałam się również i wróciłam do domu. Ze szkoły mnie nie wyrzucili. Wielokrotnie jednak wzywano mnie na przesłuchania, przedstawiano różnych świadków itp. Ostatecznie jednak w 1984 r. sprawę umorzono z powodu nie stwierdzenia przestępstwa. Zrehabilitowano mnie jednak całkowicie dopiero w 1992 r.

W tej samej szkole nr 1, w której pracowała w 1991 r., czyli rok wcześniej przed zdjęciem z niej odium „wraga naroda”, Leonarda Rewkowska rozpoczęła oficjalne polskie odrodzenie. Przy pomocy sióstr mieszkających w Polsce, które zorganizowały elementarze, uruchomiła nauczanie języka polskiego. Prowadzone przez nią lekcje były pierwszymi w Słonimiu od 1939 r. Jednocześnie nie chcąc być oskarżana o nielegalną działalność, zaczęła mobilizować rodziców uczniów, by w dwóch egzemplarzach składali na ręce dyrektora szkoły podania z wnioskiem, by ich dzieci uczyć języka polskiego. W ciągu niespełna dwóch tygodni dzieci z różnych klas złożyły ponad trzysta podań. Władze nie mogły tego już lekceważyć. Od 1 marca 1992 r., Leonarda Rewkowska została oficjalnie zatwierdzona na stanowisko kierownika Koła Języka Polskiego w Szkole Nr 1. Zapleczem pani Leonardy do walki o prawa rodaków była zorganizowana w 1989 r. grupa Polaków, która w 1991 r. przekształciła się w oddział Związku Polaków na Białorusi, który w Słonimiu został oficjalnie zarejestrowany 15 lipca 1991 r. Grupa ta skupiona wokół odrodzonej parafii św. Andrzeja w Słonimiu przeszła chrzest bojowy w walce o odzyskanie zamienionego w skład soli kościoła, a także plebani.

Z kościołem wyszło

– Z kościołem nam wyszło, z plebanią nie – zżyma się pani Leonarda. – Świątynię odzyskaliśmy, plebani nie. Plebanię sprywatyzowała na swoją rzecz trzecia sekretarz Rajkomu KPB towarzyszka Mukasiej. Parafianie chcieli ją najpierw usunąć siłą z bezprawnie zajmowanego budynku. Poprosiła wtedy, żeby dać jej miesiąc czasu, a ona wszystko wyjaśni. Ludzie myśleli, że za miesiąc najzwyczajniej się wyniesie. Tymczasem ona za miesiąc pokazała akt własności plebani, który sobie błyskawicznie załatwiła. Skierowaliśmy wtedy sprawę do sądu, sama pisałam do niego podanie. Odbyła się już pierwsza rozprawa, ale o. Żelwietro, kapucyn, nie chciał żadnego konfliktu i poprosił wiernych, by zrezygnowali z walki o plebanię. W zamian otrzymał od władz, jako rekompensatę, budynek starej szkoły.

Słonimski Oddział Związku Polaków na Białorusi Leonarda Rewkowska założyła w 1991 r. Oficjalnie został on zarejestrowany 15 lipca tego roku. Jako pierwsza na historycznej liście członków oddziału została wpisana nieżyjąca już Eugenia Wróblewska.

– W czasach sowieckich każdy Polak chciał żyć i żeby mieć spokój zapisywał się najczęściej jako Białorusin – mówi Leonarda Rewkowska. – Jak się jednak rozmawia z tutejszymi ludźmi, to w rozmowach na każdym kroku słyszy się, że a to mój dziadek był Polakiem, a to moja babka była Polką. Niektórzy podkreślają nawet, że ich ojciec czy matka byli Polakami. Wielu ma rodziny w Polsce, głównie siostry i braci. Część z nich nawet do nich jeździ. Gdy jednak pytam się, kim się czują odpowiadają, że Białorusinami… Tak się zapisali i tego już nie zmienią. Gdyby w latach dziewięćdziesiątych dostali wyraźniejszy sygnał w postaci budowy Szkoły Polskiej i Centrum Kultury Polskiej, może byłoby inaczej.

Pani Leonarda jest szczególnie rozżalona zlekceważeniem Słonimia w planach oświatowych ZPB. Miejscowe władze nie miały nic przeciw budowie Szkoły Polskiej i Centrum. Przydzieliły nawet na ten cel działkę o niezłej lokalizacji. Pani Leonarda musiała długo wisieć u klamek tutejszych urzędników, by sprawę załatwić. Swoje wychodziła, ale ostatecznie wyszła na durnia. Mimo to nie opuściła rąk. Na własną rękę bez aprobaty Zarządu Głównego z Grodna ściągnęła do Słonimia nauczycielkę Annę Lewandowską i rozszerzyła nauczanie w Słonimiu języka polskiego. Zaczęło ono odbywać się w kilku szkołach i cieszyć się dużym powodzeniem.

– Obecnie nauczanie języka polskiego odbywa się w Szkole Nr 3, Szkole Nr 5, Nr 9 i gimnazjum – mówi Leonarda Rewkowska. – Formy nauczania są różne. W Szkole Nr 3 np. jest on nauczany jako przedmiot klasy pierwszej do piątej. W pozostałych szkołach polski jest nauczany fakultatywnie i w postaci kółek. W sumie języka polskiego uczy się ponad pięćset dzieci…

Problem braku Centrum Kultury Polskiej pani Leonarda rozwiązała poprzez nawiązanie ścisłej współpracy z Miejskim Domem Kultury, a na lokal Związku przekazała zbudowany przez siebie z wielkim trudem przy pomocy synów własny dom.

Jej sukcesy potwierdzają opasłe teczki wypełnione dyplomami zdobytymi przez stworzone przez nią zespoły czy wychowanków. Bardzo utytułowany jest zwłaszcza zespół „Credo”.

– Z każdego przeglądu, konkursu czy festiwalu zespół przywoził dyplomy i nagrody za zajęcie pierwszego, drugiego, albo trzeciego miejsca – podkreśla Leonarda Rewkowska. – W 2002 r. „Credo” wystąpił z koncertem dla Sybiraków na Jasnej Górze podczas ich Światowego Zjazdu.

Krzyż sybiracki

Dla pani Leonardy było to wielkie wydarzenie. Z ruchem sybirackim jest związana od bardzo dawna. Nazwisko jej ojca jest umieszczone na „Ścianie Pamięci Sybiru” w Białymstoku, a ona sama z dumą nosi „Krzyż Sybiracki”. W 1995 r. Ryszard Reiff, przewodniczący Związku Sybiraków, specjalnie przyjechał na Białoruś, by pięciu osobom wręczyć „Krzyż Sybiraka”. Związku Sybiraków jeszcze wtedy na Białorusi nie było. Od tego czasu zaczęła brać udział w imprezach sybirackich „Marszach Sybiru” itp.

Ważnym odznaczeniem dla pani Leonardy jest też Krzyż „Wygrana Walka o Niepodległość Polski”. Leonarda Rewkowska otrzymała też od władz polskich odznakę „Zasłużony dla kultury polskiej” i Medal „Komisji Edukacji Narodowej”.

Pani Leonarda cieszy się zwłaszcza z nagrody „Pro Memoria”. Wręczono ją jej za zorganizowanie akcji odnowienia Cmentarza Żołnierzy Polskich z 1920 r.

– Cmentarz był całkowicie zarośnięty lasem – wspomina Leonarda Rewkowska. – Od 1939 r. ludzie bali się nań przychodzić. Ja sama nie wiedziałam, że on istnieje. Poinformowali mnie o tym członkowie komisji inwentaryzacyjnej z Lublina. Natychmiast zmobilizowałam naszych członków do prac porządkowych. W 2002 r. cmentarz ponownie został poświęcony.

Leonarda Rewkowska ma łzy w oczach, gdy o tym opowiada i trudno się dziwić. Wtedy to po raz pierwszy od 1939 r. zabrzmiał w Słonimiu Mazurek Dąbrowskiego. Wykonała go orkiestra wojskowa słonimskiego garnizonu.

O Słonimiu Leonarda Rewkowska może mówić godzinami. Kocha to miasto i mimo, że spotkało ją w nim wiele złego, robi wszystko, by utrwalić jego piękno i polskie tradycje. Własnym sumptem wydała m.in. zbiór pocztówek prezentujących zabytki pamiętające polskie czasy. Wydając go nie przypuszczała, że w ten sposób utrwaliła wygląd niektórych z nich. Dwóch dworków szlacheckich na nich uwiecznionych już nie ma. Nie konserwowane same się zawaliły…

Sukcesy w „Poloniadzie”

Swoją pasją pani Leonarda stara się zarażać swoich wychowanków. O tym, że czyni to z powodzeniem świadczą m.in. nagrody zdobyte przez nich w „Poloniadzie” w 2004 i 2006 r. Zajęli oni I miejsca w Międzynarodowym Konkursie Referatów na temat „Wskaż Polaka, który może służyć dla ciebie przykładem.” Oba referaty były poświęcone wielkim synom Słonimszczyzny Michałowi Kazimierzowi Ogińskiemu i Lwu Sapieże, starostom słonimskim. Każdy referat musi mieć postać albumu. Jeden z nich poświęcony Ogińskiemu udało się pani Leonardzie wydać. Dla tutejszych Polaków stanowi prawdziwe kompendium wiedzy o Michale Kazimierzu Ogińskim.

Jednym z największych dzieł Leonardy Rewkowskiej są festiwale kultury. Trzy z nich poświęcone były polskiej pieśni, jeden twórczości Stanisława Moniuszki, a jeden nosił nazwę „Festiwal Malwy”. Doświadczenia zdobyte przy tych imprezach pani Rewkowska wykorzystała przy organizacji „Festiwalu Poloneza”, który okazał się prawdziwym hitem w skali nie tylko Słonimia, czy nawet Grodzieńszczyzny. Przeprowadzany jest od 2005 r. i bardzo szybko stał się międzynarodowym. Jest polską imprezą, ale przez władze jest traktowany jako jedna z wizytówek Grodzieńszczyzny. Bierze w nim udział rokrocznie po kilkaset artystów. Są oni członkami zespołów tanecznych, chórów, orkiestr, którzy na festiwal przygotowują znane polskie utwory, tańce i kompozycje muzyczne, związane z głównym motywem imprezy. Podczas konkursu jeden czarujący polonez zmienia się za drugim. Uczestnicy imprezy specjalnie przygotowują na nią stroje, co całej imprezie dodaje kolorytu.

– Jest to prawdziwe święto poloneza, muzyki i tańca – podkreśla Leonarda Rewkowska. – Festiwalem chcieliśmy przypomnieć czasy, kiedy dwa razy dziennie, rano i wieczorem, na wieży strażackiej orkiestra grała „Poloneza Ogińskiego”, który w tym mieście je tworzył. Za pośrednictwem tego festiwalu przypominamy o historii i pięknych polskich tradycjach Słonimia.

Konflikt

W 2005 r. podczas konfliktu w ZPB pani Leonarda Rewkowska opowiedziała za grupą Tadeusza Kruczkowskiego, popartą przez władze białoruskie. W efekcie został na nią nałożony, tak jak i na pozostałe osoby z tej grupy, zakaz wjazdu do Polski.

Leonarda Rewkowska się z tym nie pogodziła. W odróżnieniu od innych działaczy, których też to spotkało. Zaczęła składać odwołania. W grudniu 2007 r. i czerwcu 2008 r. Urząd d.s. Cudzoziemców odmówił skreślenia jej z wykazu osób niepożądanych na terytorium RP. Od tej decyzji poprzez pełnomocnika odwołała się do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie, który w styczniu 2009 r. przyznał jej rację i nakazał wykreślenie jej nazwiska z listy niepożądanych stwierdzając, że: „nie stanowi zagrożenia dla obronności i bezpieczeństwa”.

– Konsulat Generalny RP w Grodnie nie wziął jednak tego orzeczenia pod uwagę – ubolewa Leonarda Rewkowska. – Odmówił mi wydania wizy.

Nie wie, czy uda jej się jeszcze pojechać do Polski, choć deklaruje, że będzie o to zabiegać.

Marek A. Koprowski

Reklama



0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz